Przypadkiem spotkałam swojego idola daleko od Polski, bo aż w Stanach Zjednoczonych, w Phoenix, stolicy Arizony. Tam ma swój dom „Centrum Wagabundy”, a światowego podróżnika – Andrzeja Sochackiego, zna tam cała Polonia.

 

Myślałam, że Jędrek (to jego ksywa od dzieciństwa) podróżuje jeszcze po afrykańskiej ziemi. Tymczasem był w Phoenix, gdzie żar leje się z nieba, a temperatura powietrza wysusza gardło. Jędrkowi ten klimat właśnie służy i tu przygotowuje się kondycyjnie do następnej wyprawy.

Przypomnę. Jędrek to osoba z wielkim doświadczeniem podróżniczym, odwagą i optymizmem realizująca nałożone sobie zadania w pojedynkę.

Zrealizował osiem podróży dookoła świata różnymi środkami transportowymi, m.in. samochodem, pociągiem, samolotem, motocyklem i jachtem. Zwiedził przeszło 160 krajów. Włada swobodnie polskim, angielskim, hiszpańskim, rosyjskim, porozumiewa się po francusku i niemiecku.

Ten nie znający strachu śmiałek, przemierzył w pojedynkę samochodem po kiepskich afrykańskich drogach około 45 tys. kilometrów w ciągu 11 miesięcy, w latach 2016/17. Momentami wydawało się, że jego 13-letnia osobowa Toyota „Corolla” z silnikiem 1.4cc, użyczona przez dealera z warszawskiej Woli, nie przebrnie przez drogi pofałdowane i wyrzeźbione naturalnie przez wodę, na których stawały i zsuwały się po kamieniach większe i silniejsze samochody terenowe… A jednak… Myślę, że zdyscyplinowanie, niesamowite doświadczenie, umiejętności i odwaga Andrzeja pozwoliły pokonać wszelkie afrykańskie trudności.

Jędrek podróżuje po świecie z orłem na piersi, od czterdziestu lat sławi swój kraj i dzieli się po drodze swymi przygodami i doświadczeniem ze wszystkimi, a szczególne z młodzieżą, dla której napisał między innymi podręcznik pt. „Poradnik trampingu międzykontynentalnego”. Przeczytałam go jednym tchem by zastosować cenne uwagi do swojego podróżowania. Nie słyszałam o innym podróżniku, który by miał więcej spotkań po drodze. Za szerzenie polskości w świecie został odznaczony złotym krzyżem zasługi. To prawdziwy patriota.

Ujmuje słuchających swoimi emocjonalnymi opowieściami i zachęca do podróżowania wszystkich, niezależnie od wieku, tych będących na emeryturze też. Namawia, żeby nie załamywali się tylko realizowali swoje marzenia tkwiące w nich od młodości. Świat jest piękny i pouczający – przekonuje. Podróże to Wyższy Uniwersytet Życia. Dzięki podróżom czujemy się mądrzejsi, młodsi a tym samym zdrowsi, silniejsi i weselsi. Więc Andrzej zachęca – podróżujmy!

 

Zadałam Jędrkowi kilka pytań.

 

 

– Co jest ważne w takim samotnym podróżowaniu, jakie sobie wybrałeś?

Ważne jest zdrowie i dobre samopoczucie. To główne czynniki, oczywiście oprócz dobrego przygotowania się do wyprawy i optymizmu. Podróże nie są dla pesymistów. Jest jeszcze wiele dodatkowych punktów zachęcających do podróżowania jak: poznanie świata, sprawdzenie siebie w ekstremalnych warunkach, chęć porównania życia w różnych środowiskach społecznych, geograficznych, zweryfikowania tego co przekazują media, itp.

Dzięki Bogu, zdrowie i dobre samopoczucie towarzyszą mi przez cały czas podróżowania a szczególnie w Afryce. W podświadomości mam zakodowane – nie mogę chorować! To jest powód do radości i chęci zrealizowania założonego celu. Muszę tu dodać, że podróżuję z dobrym Aniłem Stróżem, który ma mnie w opiece.

 

 

– Jakie momenty z Afryki utkwiły Ci najbardziej w pamięci?

– Pokonywanie terenowych dróg na wschodzie, jadąc przez obie Gwineje i oba Conga. Tam są drogi wyrzeźbione przez potoki podeszczowe, po których możliwa jest jazda motocyklem czy SUWem, z napędem na cztery koła, a nie zwykłym samochodem. To był terenowy rajd typu „Dakar” w porze deszczowej, która mnie dopadła. Mała Toyotka ześlizgiwała się po wielkich kamieniach, mimo że koła kręciły się do przodu… Bez pomocy przypadkowych, a życzliwych ludzi nie dałbym rady pokonać tamtych wzniesień… Przygoda była bliska smutnego końca.

 

 

– Powszechne wyciąganie rąk po bakszysz jest powszechne w tamtejszych relacjach ludzi czarnych i białych. Biały, znaczy bogaty.

– Trudno się temu dziwić. Nie spotkałem w życiu tylu bezrobotnych mężczyzn co w wioskach afrykańskich, które pozbawione są wody, prądu i innych, podstawowych udogodnień życiowych. Analfabetyzm jest czymś powszechnym, brak nauczycieli i szkół nie mówiąc o przedszkolach. Odczuwa się brak pracy w ogóle. No to co robić?.. Pozostaje jedno, kochać się i płodzić dzieci. Wioski wypełnione są mrowiem dzieciaków. Biedy wiejskiej nie można porównać z miejską. W mieście walczy się o lepszą egzystencję. Na wsiach to walka o przetrwanie.

Bardzo dużo widzi się młodych dziewczyn z maluchami na plecach. Te matki mają 14 – 17 lat i ciężko pracują by wychować dziecko, nie rozstając się z nim ani na chwilę. Nie szukają kontasktu z ojcem, który zrobił swoje i zniknął… W Afryce jest wstydem nie mieć dziecka w wieku 20 lat. Społeczeństwo ignoruje takie bezdzietne panny. Każda chce mieć choć jedno dziecko by być poważaną w środowisku i czuć się spełnioną biologicznie.

 

 

– Afryka jest bardzo ciekawa, ale brak oznakowań na drodze stawia ją daleko w podróżniczym świecie.

– Tam nawet tubylec bez pytania po drodze nie pojedzie we właściwym kierunku. Jest to celowe by hamować kontakty i przemieszczanie się ludzi. Główne szosy łączące stolice państw, nawet dobrej jakości, są prawie puste. Od czasu do czasu mija się autobusy i państwowe pojazdy. Natomiast bramek kontrolnych jest co nie miara. Prywatne podróżowanie tubylców prawie nie istnieje.

 

 

– Jaki cel przyświecał Ci w tej podróży?
– To była moja podróż patriotyczna. Ponieważ jestem synem kombatanta II Wojny Światowej nawiązuję z przyjemnością kontakty z pozostałymi przy życiu kombatantami lub ich rodzinami rozsianymi po świecie. Przekazuję im otrzymany „gleit” z Muzeum AK w Krakowie, proszę o darowizny pamiątek, archiwalii wojennych na które czekają liczne muzealne gabloty. W ten sposób młodzież uczy się historii Polski na faktach a nie zmyślonych tekstach, jak moje pokolenie. Spotkałem kilkudziesięciu Polaków w krajach Afryki, którzy zostali tu po II Wojnie Światowej, inni wyrwali się z komunistycznej Polski i osiedlili w Maroku, Namibi, RPA, Mozambiku czy Egipcie.

 

 

– Z babskiej ciekawości… czy masz jakiegoś sponsora?

– W zasadzie od pierwszej podróży dookoła świata, czterdzieści lat temu, mam jednego sponsora, który mi nigdy nie nawalił i ja mu też – tym sponsorem jest własna kieszeń. Po prostu odkładam pieniądze i… realizuję kolejne marzenie. Natomiast w tej afrykańskiej podróży środki utrzymania czerpałem już z emerytury. Bywało, że było „krótko” pod koniec miesiąca. Wtedy zatrzymałem się gdzieś… i przeczekiwałem do dnia wpłaty. Następnie w banku pobierałem należności emerytalne… i jechałem dalej. Muszę dodać, że tej podróży niespodziewanie z pomocą przyszedł mi Automobilklub w Warszawie, którego jestem członkiem. Prezes klubu pan Romuald Chałas założył kaucję w banku za „Carnet de Pasages” (10 tys USD) bez którego miałbym trudności po drodze w pokonywaniu przejść granicznych. A tak nie traciłem czasu i dodatkowych opłat na granicach. Pomógł mi też w wyborze samochodu. To jest stary wyga rajdowy – wie co potrzebne w pokonywaniu trudności po bezdrożach świata. Wielkie mu za to dzięki.

 

 

– Jakie masz plany na przyszłość?

W niedalekiej przyszłości pragnę ukończyć tę podróż tj. przejechać dookoła świata przez okrążenie kontynentów wzdłuż granic morskich. To jest podróż, którą rozpocząłem w Bostonie w 2008 roku. Do tej pory okrążyłem już trzy Ameryki (Północną, Środkową i Południową), Europę, Australię i obecnie Afrykę. Została mi Azja, którą objadę w marcu przyszłego roku. Będę jechał z Warszawy VW-genem, typowym „Ogórkiem”, którego użyczą mi polscy garbusiarze… Ale gdybym zdobył jakiś nowszy samochód to pewniej bym czuł się po drodze, bo Azja jest kontynentem z równie kiepskimi drogami. W ten sposób zrealizowałbym najdłuższą możliwie pętlę – wyprawę swojego życia.

 

 

– Jakimi samochodami podróżowałeś?

– Do tej pory podróż kontynentami świata pokonywałem: Toyotą „Land Cruiserem”, Oldsmobilem „Cutlass”, Volvo „60”, Mitsubishi „Magna” i ostatnio Toyotą „Corollą Combi”.

 

 

– Co chciałbyś dodać na zakończenie naszej rozmowy?

– No cóż, nie kryję, że samotna podróż jest trudnym przedsięwzięciem. Zawsze może się coś niespodziewanego zdarzyć na trasie, no i co wtedy robić…? Nie wolno się załamywać. Bez pomocy technicznej jest też możliwe zrealizowanie podróżniczego marzenia i wykonanie założonego celu; to jest oczywiste, trzeba tylko wystartować. W moich podróżach, jak już mówiłem, czuję nad sobą opiekę dobrego Anioła Stróża, to więcej niż najlepszy sponsor. Światowe podróże w nieznane są wielkim wyzwaniem i naturalnym poligonem doświadczalnym tak dla pojazdów jak i dla kierowców.

 

 

– A po powrocie do kraju?

Po zrealizowaniu podróży będę myślał o dokończeniu pisania książek i stworzeniu prezentacji komputerowej z poszczególnych wojaży by pamięć o moich zmaganiach po bezdrożach świata nie zaginęła. W międzyczasie planuję odbywać spotkania w myśl założeń turystyki trampingowej, tj. podróżowania niezależego od biur podróży. I może na ostateczne zakończenie rozmowy, motto. Pamiętajmy – turysta turystuje, podróżnik podróżuje a świat jest zbyt ciekawy i pouczający by siedzieć w domu.

 

 

– Pamiętam jeszcze jedno motto Twego autorstwa – „Bez podróży życie jest nudne i… się dłuży”. Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

Andrzej Sochacki nie ma w świecie równego sobie. życzę nietypowemu podróznikowi z całego serca szczęśliwego wykonania tych niecodziennych eskapad, w które wyrusza z Targówka w Warszawie – miejsca urodzenia i twardego wychowania.
Więcej o przygodach naszego bohatera można przeczytać w internecie pod haslem Andrzej Sochacki podróznik i w: azpolonia.com pod haslem Centrum Wagabundy. Trasę Andrzeja śledziłam na bieżąco w internecie i będę to robić w niedalekiej przyszłości, pod hasłem: EMTRACK – Andrzej Sochacki. W ostatnią podróż swojego życia Andrzej planuje wyruszyć wiosną przyszłego roku z Polonezkoj (polskiej osady, dawny Adampol) w Turcji. Kontakt z podróżnikiem: [email protected] lub [email protected]

 

Katrina z Radomia
Centrum Wagabundy
ZPhoenix, wrzesień 2017