Nie mogę zasnąć. Miasto już zgasło.* Przewracam się. Z boku na bok przelewa się. Płynna czekolada. O smaku paczek żywnościowych z kościelnej kruchty. O smaku mleka w proszku, które ksiądz rozdawał rodzinom wielodzietnym. Były w dużych, lśniących puszkach. Wyżeraliśmy je łyżeczkami. Na sucho. Albo robiliśmy czekoladę. Dodawało się margarynę, kakao i cukier. Zagęszczało mlekiem dla niemowląt. Kroiło w bloki. Wylizywało palcem. To było dobre. Pierwsze i ważne. Jak każde wspomnienie z dzieciństwa. Zapamiętany smak niedoboru.

W nowej luksusowej wersji kakao jest organiczne, mocne i aromatyczne. Margarynę zastępuję masłem. Ale po kilku próbach redukuję jego ilość do minimum. Dodaję kilka kropel wanilii w płynie. Cukier brązowy. I mleko od szczęśliwych krów. Specjalnym przyrządem kuchennym eliminuję grudki. Teraz masa jest idealnie aksamitna. Wrzucam rodzynki, orzechy, płatki kokosu. I oddaję się reminiscencjom.

Siedzę w cudzej kuchni. Z piecem kaflowym. Jest zima. I krajobraz za oknem raczej monotonny. Skute mrozem pola. Czarne plamy ptaków. Niskie niebo. Wiązka dymu z majaczącej na horyzoncie chałupy. Niedziela. Wszyscy w domach. W rosołach. W telewizorach. Oglądają „Złotopolskich” i marzą o życiu z serialu. Gdzie wysycone kolory. I wszystko jak pociągnięte lakierem. Na stołach plecione koszyki z dorodnymi owocami. Nieutytłane maselniczki. Szyby bez tłustych paluchów. Wykrochmalone obrusy. I wypastowane podłogi. Wieś, którą odwiedzałam rzadko, była inna. Choć wielkopolska, to zapyziała. Niedomyta. Trzeszcząca w szwach. Lekko spróchniała. Z wychodkiem za domem, do którego bałam się wchodzić. Wolałam sikać w krzakach. W ogrodzie. Na polu. Pod lasem. Byle nie musieć zamykać za sobą drewnianych drzwi wygódki. Kucać nad dziurą, ze środka której – jak sobie po wielokroć wyobrażałam – wynurzy się potwór albo zwykły szczur wodny i ugryzie w dziecięcy zadek. Lubiłam studnię. Nabieranie wody. Pisklęta w ciepłym strumieniu światła. Czerwone porzeczki prosto z krzaka. Chleb przypiekany na piecu. Słodkie faworki pra-cioci posypane obficie cukrem pudrem. Dojrzałe, soczyste gruszki. Zapach ziemi po deszczu. Kiedy biegaliśmy nago po ogrodzie w lipcowe popołudnia. Pod baldachimem zielonego winogrona. Nie zadepczcie kwiatów – krzyczała starsza pani. Której trochę się baliśmy. Bo była z innego świata. Widywana nieczęsto, zadawała pytania: jak w szkole, czy masz same piątki. Uśmiechała się z wysiłkiem. Raczej nie przytulała. Nie była typem ciepłej, miękkiej, dobrodusznej babci-kwoki, która przegania „rozpaskudzone towarzystwo”, opędza się od dziatwy ze śmiechem, zadowolona, że rozrabiają, wyjadają śliwki z kompotu i plują pestkami w sieni. Starsza pani była urzędniczką w gminie. Mówiła językiem miasta. Zawsze poważna. Prosta jak struna. Raczej chłodna. Z rezerwą. Karcącym spojrzeniem usadzała nas w miejscu. Może nie lubiła dzieci? Sama ich nie miała. Najazdy wnuków (a było nas kilkunastu) musiały wytrącać ją z równowagi. Wolała samotność. Ciszę. Obecność zwierząt. Sąsiadów, którzy mieli ogromne – jak się wtedy wydawało – obory i dziwne zwyczaje. Mężczyźnie brakowało zęba. Śmierdział alkoholem i chodził w gumo-filcach. Raz, może dwa, byłam na jego posesji. Zapamiętałam tylko mocny, świdrujący zapach gnojówki. I smutne spojrzenia zwierząt stojących w boksach. I że wszędzie było błoto. I martwiłam się o swoje buty.

Nie. Raczej nie lubiłam wsi. Może tylko latem. Gdy można było opalać się w ogrodzie. Iść na spacer drogą pylistą, drogą polną, jak kolorowa panny krajka. Grać na liściu. Albo gonić w życie. Wielkopolskie sioło, kilka kilometrów od miasta, nie miało powabu mazurskich czy podlaskich osad. W niczym nie przypominało kaszubskich wioseczek, które odwiedzaliśmy podczas kolonii i zimowisk, mazurskich, pięknie położonych nad jeziorami miejscowości wypoczynkowych, górzystych terenów z majestatycznymi widokami. Było za płasko. Za blisko. Za zwyczajnie. Za nudno.
Dzisiaj w tamtym domu mieszkają już obcy ludzie. Ziemię rozparcelowano na działki. Rozrastające się miasto zaanektowało kolejne połacie ziemi. Pewnie wybudowano piękne, nowoczesne domy, do których wieczorami zjeżdżają się na nocleg ich mieszkańcy. Nikt nie sadzi ziemniaków. Nie hoduje kur. Nie sieje. Nie orze. Wymarli ostatni rolnicy. Wieś zamieniła się w przedpokój miasta. I straciła swój charakter. Jeśli kiedykolwiek jakiś miała. Mogłabym sprawdzić na Google Maps. Pójść na spacer zapamiętanymi z dzieciństwa ulicami. Choć właściwie znałam tylko jedną drogę, która prowadziła do domu pradziadków. Często pokonywaliśmy ją na piechotę. Albo rowerami. Rzadko zapuszczaliśmy się dalej. Do centrum wsi. Gdzie pewnie był jakiś sklep spożywczy. Na pewno przystanek autobusowy. Może nawet kościół. Nie, kościoła nie było. Ani remizy strażackiej. Kilkanaście domów. I dużo niezasłoniętego nieba. To wszystko.

Pod świętym obrazem. Pod ciężką pierzyną. W chłodnym pokoju, do którego nie wolno było wchodzić. Umarła prababcia Rozalia. Umarł pradziadek Jakub. Umarł świat, który nie został opisany, utrwalony. Zabrakło samozwańczego kronikarza rodu, który opowiedziałby nam kim jesteśmy. Skąd. Został tylko smak kwaśnego agrestu. Kulki z chleba przypiekane nad piecem, którymi rzucamy w przeszłość. Akt urodzenia spisany w obcym języku. Kilka fotografii. Niewiele.

 

* Wojtek Mazolewski, Kolor czerwieni (feat. Piotr Zioła)

 

Weronika Kwiatkowska