Czy Polacy są pracowici? Tak, są i to bardzo. Napisałem to już na wstępie ryzykując, że przeczytawszy to zdanie Czytelnik zaprzestanie, usatysfakcjonowany, dalszej lektury.

Czytajcie jednak dalej, gdyż padnie tu wiele pochwał pod adresem naszego narodu.

Zacznijmy od spostrzeżenia, że Polacy nie bardzo potrafią dobrze o sobie mówić. Od stuleci wypominamy sobie narodowe wady, więc znamy je na pamięć. Tak więc: źle sobie nawzajem życzymy, nie potrafimy działać razem, jesteśmy kłótliwi, źle gospodarzymy swoim krajem, jesteśmy zawistni, źle odbieramy sukcesy innych itd itp. Te wady są ustawicznie przypominane, zarówno w Polsce jak i wśród Polonii. Z masochistyczną przyjemnością cytujemy polityków, myślicieli i pisarzy opisujących nasze narodowe wady. Cytujemy też krytykujących nas sławnych cudzoziemców.

Równie dobrze znana jest lista naszych zalet: bywamy uczuciowi, dbamy o rodzinę, potrafimy utrzymywać przyjaźnie, pielęgnujemy tradycję, w trudnych dla narodu chwilach potrafimy się zjednoczyć i wykazać odwagą.

Aż do znudzenia, prawda?

Rzadko jednak wymienia się inną naszą zaletę: pracowitość.

W Stanach ta zaleta była powszechnie dostrzegana. My się przejmowaliśmy pierwszymi skojarzeniami, uśmieszkami, wyższością (często przez nas wyimaginowaną) z jaką o nas mówili. No i oczywiście przejmowaliśmy się Polish jokes, w których byliśmy charakteryzowani jako ludzie wyjątkowo głupi. Zwykle jednak Amerykanie mieli o nas do powiedzenia dobre rzeczy. Przez kilka ostatnich pokoleń Polacy byli dla nich typowymi imigrantami, więc wywodzącymi się z klasy chłopskiej, którzy przyjechali tu by poprawić swój byt. Zarazem ceniono nas za najlepsze cechy tej grupy społecznej: wytrwałość, zaciętość, oszczędność, bogobojność, ludzką uczciwość, rodzinność. Ale przede wszystkim – za pracowitość.

Gdy mówiłem Amerykanom, że jestem Polakiem, zwykle słyszałem jakiś banał typu: – Moja babcia była pół-Polką albo: – Tam gdzie się urodziłem, było dużo Polaków. Zwykle potem dodawali: – To byli uczciwi ludzie, dobrzy obywatele. Hard-working people.

Taką mamy więc w Ameryce reputację: ciężko pracujących. Ten komplement przyjmujemy z rezerwą bo podejrzewamy, że może mają nas za frajerów. Nie ludzi, którzy dużo zarabiają, mają głowę do interesów, smykałkę do nauk, ciąg do kariery – tylko takich, którzy pracują ciężko, znojnie. Faktem jest, że Amerykanie najczęściej kojarzą Polaków z pracami fizycznymi, prostymi i wyczerpującymi. Budowa, prowadzenie taksówki, praca w kuchni, sprzątanie. Zgodnie z amerykańskim etosem pracy, nie ma w takich zajęciach nic wstydliwego. Rozumieją oni zresztą, że czasem tak musi pracować pierwsze pokolenie imigrantów. Ich dzieci startują z wyższego pułapu, mają łatwiej więc będą miały szansę na prawdziwą, błyskotliwą karierę.

Radziłbym docenić dobrą reputację, jaką mamy u Amerykanów. Nie tylko bowiem chwalą za inteligencję i pracowitość polskich hydraulików i pomoce domowe – także polskich inżynierów, naukowców, studentów, kelnerki i pielęgniarki.

Co równie ważne – nie kojarzą nas z jakimiś wybitnie negatywnymi, kryminalnymi i aspołecznymi postawami. Nie handlujemy narkotykami, nie prowadzimy podejrzanych interesów, nie szmuglujemy imigrantów.

Siedzimy jak myszy pod miotłą – i ciężko pracujemy. Amerykanie to szanują.

Ustaliliśmy już więc, że Polacy mają w USA opinię pracowitych. Nie tylko tam – wszędzie za granicą. Czasem Anglicy czy Francuzi aż złoszczą się, że Polacy zabierają im pracę, że są za szybcy, za tani, za bardzo zasuwają, że psują rynek. Tak czy inaczej, jest to dowód uznania dla polskiej siły roboczej.

Czy Polacy są pracowici? Nie ci na emigracji, lecz ci mieszkający w Polsce? Wydaje mi się, że tak.

Pracowitością ludzi należy tłumaczyć szybki rozwój gospodarczy kraju w ciągu ostatnich 28 lat. Niektórzy skłonni byliby przypisać to wyłącznie potężnym dotacjom z Unii Europejskiej i wejściu na polski rynek zagranicznych firm. Gdyby jednak polski robotnik – tańszy niż niemiecki ale droższy niż chiński – pracował źle, czy te koncerny by tu weszły? Na pewno nie.

Słyszę czasem narzekania na standard usługi, obsługę w urzędzie, jakość towarów. To jednak zwykle skutek złej organizacji, biurokracji, cięć kosztów przez producenta. Nie widzę tu winy robotnika, który by byle jak, na kacu, przykręcał śrubki do silnika mercedesa czy nadwozia opla. Z takiego tumiwisizmu słynęli pracownicy firm samochodowych w Anglii, Włoszech, może i w Stanach. Przekładało się to na niższą jakość samochodów.

Tak jak to widzę, ogromna większość Polaków bardzo się stara, aby w tym okrutnym świecie wolnego rynku utrzymać pracę. Widzę po prostu, jak ludzie się przykładają. Studentki umiejętnie parzące kawę i nigdy nie zapominające, żeby się przywitać i podziękować. Kurierzy dostarczający przesyłki sprawnie i na czas. Kierowcy dowożący skuterami gorącą jeszcze pizzę. Przedszkolanki i nauczycielki wkładające całe serce w swoją pracę. Urzędniczki starające się zachować cierpliwość. Pewnie większość Polaków, zwłaszcza tych w mniejszych miastach, nie ma wielu opcji pracy i kariery. Są w szponach kapitalizmu. Dlatego się starają.

Inną opcją dla nich jest emigracja – i dlatego kolejne setki tysięcy, może miliony, przeniosły się czasowo lub na stałe do krajów Zachodniej Europy. Gdzie utwierdzają opinię o Polakach – dobrych pracownikach.

Novum na polskim rynku pracy jest obecność ponad miliona robotników przyjezdnych, głównie z Ukrainy. Tak jak kiedyś Polacy w Nowym Jorku i Londynie imali się najcięższych prac, harowali i zadowalali się płacą niższą niż dla autochtonów, tak dziś czynią w Polsce Ukraińcy. Może oni staną się kiedyś synonimem pracowitości, skoro zamożni i rozpieszczeni Polacy nie będą się już kwapić do byle jakiej roboty?

 

Jan Latus