Z Łukaszem Wilkowskim, dwujęzycznym Polakiem, który jako dziecko wyemigrował do USA rozmawia Justyna Bereza.

 

Nic tak nie motywuje do działania, jak prawdziwe historie, które zakończyły się sukcesem.

„W dzisiejszych czasach dwujęzyczność to konieczność”, mówi bohater mojej rozmowy. Ale gdy sam wstępował na jej ścieżkę emigrując do USA, nie było to takie oczywiste. Jego historię poznajemy z perspektywy dziecka, nastolatka i młodego taty. Ważną kwestią jest tu zagadnienie tożsamości. Kim jest? Skąd pochodzi? Co ceni sobie najbardziej?

Łukasz Wilkowski w Polsce, mieszkał do ósmego roku życia. Następnie wraz z rodziną wyemigrował do Ameryki. Dziś ma 31 lat. Ukończył studia licencjackie z psychologii na Uniwersytecie Temple w Filadelfii, które kontynuował w Polsce na Uniwersytecie Warszawskim. Pracuje jako menedżer zarządzania projektami w dużym banku w dziale IT. Jego pasją jest wspinaczka i podróżowanie. Lubi spędzać czas w otoczeniu natury, pod namiotem a najlepiej pod gołym niebem, w lesie z dala od miasta. Zimą uprawia snowboarding. Dużo czyta, głównie literaturę z pogranicza socjo – i psychologii.

 

 

Justyna Bereza: Jako dziecko zamieszkałeś w Ameryce. Pamiętasz sytuację, kiedy dowiedziałeś się, że opuszczasz Polskę. Jakie towarzyszyły ci wtedy emocje?

Łukasz Wilkowski: Szok i rozpacz. Szczerze – nie chciałem. I lęk. Bałem się zostawić babcię i dziadka. Byliśmy z sobą bardzo zżyci, czułem się u nich jak w raju. Mieszkałem w Warszawie. Miałem swoją „paczkę”, pięciu kolegów. Bawiliśmy się, graliśmy w piłkę, większość czasu spędzaliśmy razem. Miałem też „dziewczynę” i pamiętam, że czułem się z tego powodu wyjątkowy. I nagle to wszystko miałem zostawić. W Ameryce miałem co prawda dziadka, ale go nie znałem. Utożsamiałem go z paczkami, które przychodziły do Polski i z moją ulubioną gumą truskawkową. Ten strach potęgował jeszcze fakt, że nie znałem angielskiego. Byłem co prawda w klasie eksperymentalnej, w której wprowadzono angielski, ale go nie cierpiałem. Uczyliśmy się piosenki, która miała nam ułatwić liczenie, a ja nie mogłem jej zapamiętać. Pamiętam, jak powtarzałem tę piosenkę i płakałem. Byłem wściekły i mówiłem, że nie cierpię angielskiego. I że nigdy w życiu się go nie nauczę!

 

–Życie jednak zaskakuje. Nigdy nie mów nigdy.

– Dokładnie tak. (śmiech)

 

– Pierwsze wrażenia po wylądowaniu w Ameryce? Jak wyglądała ameryka oczami ośmiolatka z Polski?

– Miałem wyobrażenie, że tu jest zielono i wszystko jest duże. I to się po części sprawdziło, bo wszystko jest wielkie i jest zielono. (śmiech) W pamięci utkwiło mi spotkanie z dziadkiem, który był taki… inny od mojego dziadka z Polski – opalony, wyluzowany i taki… jak to określałem, strasznie „gadaśny”.

Pamiętam, jak wprowadziliśmy się do mieszkania, które w ogóle nie przypominało tego, w którym mieszkałem w Polsce. I to był dla mnie szok. Ale z drugiej strony byłem też trochę podekscytowany. O, coś nowego – myślałem. Chciałem wyjść na dwór i zobaczyć co tam się dzieje. Ale po pierwszym spotkaniu z dziećmi, kiedy nie mogłem się z nimi porozumieć, wycofałem się. Wszystko czego doświadczyłem w pierwszych dniach, było bardzo intensywne. Na tyle silne, że mając osiem lat, zapamiętałem jakie wrażenie wywarło na mnie mieszkanie, duże materace, kolor kołdry – takiej kolorowej i to, że było gorąco i duszno.

Bardzo tęskniłem za Polską. Od razu po przylocie zapytałem, kiedy wracamy, kiedy te wakacje się skończą?

 

– Wakacje minęły i nadszedł pierwszy dzień w amerykańskiej szkole. Jak go wspominasz?

– Wszedłem do klasy i wszystko było bardziej kolorowe niż w Polsce. Dzieci wyglądały inaczej, miały różny kolor skóry. Byłem przerażony. To, że nie umiałem komunikować się z dziećmi i nie wiedziałem co nauczycielka do mnie mówi, było po prostu straszne. Miałem jednak dużo szczęścia, bo poznałem panią Fulner, która była Polką. Chodziłem do niej na lekcje angielskiego (ESL) i to mi bardzo pomogło. Tak naprawdę, gdyby nie ona, to nie odnalazłbym się w szkole. Nie mogłem polegać na rodzicach, bo oni też byli w totalnie nieznanym dla nich miejscu, oni również musieli się odnaleźć.

 

– Musiałeś szybko opanować angielski, czy w tej sytuacji język polski zszedł na drugi plan?

– Na początku polski poszedł trochę w odstawkę, ale tylko w sensie nauki czytania i pisania. Musiałem się skupić na nauce angielskiego. Ale nigdy nie przestałem mówić po polsku. Język polski był zawsze ważny dla mnie. Często lataliśmy do Polski, praktycznie co roku na wakacje i czasem na święta. Na początku tylko na to czekałem. Cały rok, aby wrócić do Polski. Wiedziałem, że ten język będzie mi tam potrzebny. To było motywujące. To, że mogłem odwiedzić rodzinę, pójść z prababcią na spacer, podczas którego opowiadała mi historie z czasów II wojny, to jak dziadek walczył, itp. Wiedziałem, że gdybym nie mówił po polsku, to straciłbym kontakt z dziadkami. A to było dla mnie bardzo ważne, mieć tę nić porozumienia. Dużo mówię o dziadkach, dlatego że zajmują szczególne miejsce w moim sercu.
Jak byłem nastolatkiem, polski ułatwiał mi zawieranie znajomości, zwłaszcza z dziewczynami. (śmiech) Mówiłem, że jestem ze Stanów, a posługiwałem się polskim, i to robiło na nich duże wrażenie.
Ale były takie momenty w Ameryce, kiedy nie chciałem się odróżniać, co nie było łatwe. Z początku inaczej się ubierałem, nie tak stylowo. Nawet moje jedzenie było typowo polskie, kanapki ze świeżą szynką i sałatą, a inne dzieci miały super pyszne rzeczy. (uśmiech) Dzieci śmiały się ze mnie, dokuczały mi. Kazały mi mówić głupoty, których nie rozumiałem. Pierwszy rok był trudny.

 

– Czy mimo tego trudnego początku z asymilacją, udało ci się nawiązać jakieś znajomości?

– Miałem przyjaciela Tylera, który był Amerykaninem. To była specyficzna znajomość. Wspólnie oglądaliśmy książki i śmialiśmy się z dziwnych rysunków, ale nie rozmawialiśmy ze sobą. Porozumiewaliśmy sie na migi, bo nie znałem języka. Często graliśmy w piłkę – to był mój najlepszy przyjaciel, bardzo się lubiliśmy. Mieliśmy swój „język”. Pamiętam taki moment, gdy byliśmy u mnie w domu, leżeliśmy na podłodze, oglądaliśmy wspólnie książkę i śmialiśmy się. Wtedy mimo bariery językowej, czułem się dobrze.
Po trzech latach poznałem Emila i Maćka. Zamieszkali na tym samym osiedlu i razem spędzaliśmy czas. Oni, podobnie jak ja, czuli się obco, więc wspólnie stworzyliśmy klub. Nie należeliśmy do większości, ale mieliśmy coś swojego.

 

– Wspominasz, że każdego roku czekałeś na wakacje, które spędzałeś w Polsce. A jak wyglądała twoja pierwsza wizyta, po roku spędzonym w Ameryce?

– Czułem, że jestem wreszcie w domu. Tylko że gdy wróciłem, to już nie był mój dom. Mieszkała w nim moja ciocia z dziećmi. I mój pokój nie był już moim pokojem. I to było bardzo przykre. Pojechałem do dziadków. Nie mogłem się doczekać, kiedy wraz z moim kuzynem będę mógł się bawić w starej syrence dziadka. Ale tej syrenki już nie było. Poza tym moja kuzynka Ela, która uwielbiała się ze mną bawić w ciągniku, nagle była za duża na takie wygłupy. To było uczucie, które często mi towarzyszyło podczas powrotów do Polski, że znowu coś mnie ominęło, że po raz kolejny coś straciłem. Bardzo przeżyłem też wycięcie drzewa orzechowego, na którym uwielbiałem się bawić i z którego zrywałem orzechy. To było dla mnie bolesne. Myślałem wtedy, że gdybym o tym wiedział wcześniej, zjadłbym więcej tych orzechów. Gdy wracałem do Stanów miałem już cały plan na kolejne wakacje. Ale co roku coś się zmieniało, zawsze czegoś mi brakowało, czegoś z dzieciństwa.

Ale było też tak, że czułem się wyjątkowy, bo przyleciałem z Ameryki. Lubiłem opowiadać o tym co działo się w Stanach. Ale potrzebowałem też zwykłej rozmowy. Nagle byłem w Polsce, pośród dzieci, z którymi mogłem normalnie porozmawiać, wyrazić w pełni to, co czułem i myślałem.

 

– Czy pamiętasz moment, kiedy poczułeś, że twój polski znacznie osłabł?

– Tak, po dwóch latach. Miałem taki straszny lęk. Czułem, że tracę polski, a angielskiego jeszcze nie opanowałem. Pamiętam, że mówiłem mojej mamie, że tracę języki i że za chwilę nie będę mówił w ogóle. Mój mózg przechodził chyba taką metamorfozę, zaczął się przekształcać na odbiór dwóch języków. Traciłem zasób słów. Słowa, które do tej pory znałem, którymi sieęposługiwałem, zaczynałem zapominać. A w angielskim nie znałem jeszcze ich odpowiedników. I zastanawiałem się jak ja będę się porozumiewał? Chyba będę rysował.

 

– Co postanowili twoi rodzice? Zapisali cię na lekcje polskiego?

– Chodziłem na prywatne lekcje. Uczyłem się z synem mojej nauczycielki Ernestem, dzięki czemu miałem fajnego przyjaciela i do tego Polaka. Oprócz nauki było dużo śmiechu i to było dla mnie ważne. Mieliśmy fajne lekcje: trochę historii, polskiego, trochę czytania i pisania. Z drugiej strony nie lubiłem tego, bo to była – wolna sobota, a ja wolałem sobie np. pospać albo pograć w piłkę. Do tego były jakieś dodatkowe ćwiczenia, przyimki, zaimki, wołacze – nie cierpiałem gramatyki. To było takie hatelove. Z perspektywy czasu jestem wdzięczny rodzicom – mówiłem im to już wiele razy. Dzięki tym lekcjom, potrafię dziś mówić, czytać i pisać do polsku. Uważam, że język polski jest piękny, piękniejszy od angielskiego.

 

– Masz rodzeństwo. Większość, dzieci mimo iż rodzice mówią po polsku, rozmawia między sobą po angielsku.

– Z rodzeństwem też rozmawiam po polsku. Wiem, że to jest nietypowe. Oczywiście próbowali mówić do mnie po angielsku, ale mówiłem, że ich nie rozumiem. Różnica wieku (5 i 8 lat młodsi) sprawiła, że jak oni zaczynali mówić po angielsku, ja byłem już świadomy wagi języka polskiego.

 

– Dla większości rodziców język polski, który zawsze pozostanie ich pierwszym językiem, jest przede wszystkim narzędziem komunikacji z dziećmi. Jak według ciebie język wpływa na relacje w rodzinie?

– Myślę, że dużo byśmy stracili, gdybyśmy nie rozmawiali po polsku. Język to nie tylko narzędzie komunikacji, to również wartości i emocje, które można w nim przekazać. W rodzinie zawsze mówiliśmy po polsku, bo to nasz wspólny język. Nasze obyczaje, kultura, mentalność sprawiają, że jesteśmy „jacyś”. Moi amerykańscy znajomi nie mają takich ważnych świąt i tradycji jak my (np. dzielenie się jajkiem podczas wielkanocnego śniadania, bezmięsna wigilia, pasterka itp.) Moje koleżanki Amerykanki zawsze są pod wrażeniem moich niektórych zachowań, np. ustępowanie kobietom miejsca. Często słyszę – wow! Jesteś prawdziwym dżentelmenem. Tak, bo tak jestem wychowany.

 

– Czy miałeś kiedyś problem z określeniem swojej tożsamości? Czujesz się bardziej Amerykaninem, czy Polakiem?

– Jednym, i drugim. W Ameryce czuję się bardziej Polakiem. Jestem tak odbierany, np. w pracy, kiedy wpadam na niecodzienne rozwiązania. Nie utożsamiam się do końca z Amerykanami, bo nie urodziłem się tu. W Polsce natomiast uzewnętrzniają się moje cechy nabyte tutaj. Jestem bardziej otwarty, mam amerykański uśmiech – patrzę przez „różowe okulary”, jak to określają Polacy. No i nie narzekam… Ale bardziej utożsamiam się z Polską. Zawsze tak było i trwa do dziś. Czuję się lepiej w polskim środowisku, tak swojsko. Mam dobrych znajomych wśród Amerykanów, byli nawet na moim ślubie w Polsce. Są naprawdę fajni, ale wśród nich czuję się inaczej niż wśród Polaków.

 

– Czy twoja żona też jest Polką?

– Tak. Magdę poznałem w Stanach, ale zaręczyny i ślub odbył się w Polsce. To był tak ważny moment w moim życiu, że chciałem to zrobić w Polsce. Spotykałem się wcześniej z dziewczynami, Amerykankami, ale kolosalna różnica w naszym myśleniu, w naszym podejściu do życia, utwierdziła mnie, że chcę mieć żonę Polkę.

– Jesteście młodymi rodzicami. Czy swoją dwujęzyczność planujecie przekazać waszej córeczce?

– Już to robimy. Byśmy chcieli, aby nasza córeczka zaczęła mówić najpierw po polsku. Dopóki nie wrócimy do Polski, będziemy dbali o to, aby uczyła się polskiego. O angielski się nie obawiam, bo wiem, z własnego doświadczenia, że nauczy się go bardzo szybko.

 

– Jak się czujesz jako osoba dwujęzyczna?

– Fantastycznie. Dwujęzyczność to wielki atut. Ogólnie myślę, że sprzyja kreatywności. Bardzo często przydaje mi się w pracy. Jestem bardziej twórczy, znajduję rozwiązania, na które moi koledzy nigdy by nie wpadli. Wiem to, bo za każdym razem się dziwią… Dwujęzyczność to inność, która pozytywnie wyróżnia. Nawet gdybym się tu wychowywał od urodzenia, to chciałbym mieć tę „polską stronę”. Dwujęzyczni mają łatwiej w życiu. Dzięki temu, że muszą myśleć na dwa sposoby, że reprezentują dwie kultury, dwa kraje, które miały dwie różne historie mają szerszą perspektywę, umiejętność spojrzenia na jedną sytuację z wielu stron.

 

– Jakich błędów rodzice polonijnych dzieci powinni unikać?

– Większość rodziców pozwala aby dzieci mówiły do nich po angielsku. Myślą, że wystarczy, jeśli będą mówić do nich po polsku, a one będą odpowiadać w drugim języku. Słuchać a mówić to dwie różne sprawy. Szybciej usłyszysz i zrozumiesz, niż coś powiesz. Dzieci nie będą słabsze z angielskiego, jeśli będziemy w domu mówić tylko po polsku. Ja byłem dobry z angielskiego, dobrze piszę i lubię pisać, a w domu słyszałem tylko polski. Myślałem po polsku i opisywałem to po angielsku. Moje prace były dzięki temu inne, ciekawsze. I tu jest kolejny atut dwujęzyczności – możesz inaczej dobierać słowa, kreatywnie, nietypowo.

Rodzice pozwalają na mieszanie języków, a później mają pretensje do swoich dzieci, że nie chcą mówić po polsku – wielokrotnie to słyszałem. Wtedy mówię, że to nie jest wina dziecka, tylko twoja – rodzica, bo go nie zachęciłeś, nie mówiłeś do niego w tym języku, przez co przestał być dla niego atrakcyjny.

 

– Wychowanie w dwujęzyczności to tak naprawdę bieg bez mety. Nie ma momentu, w którym możemy stwierdzić, że osiągnęliśmy wszystko. Dwujęzyczność wymaga ciągłego rozwoju, i pielęgnacji tego, czego już się nauczyliśmy. Jak zachęciłbyś młodą Polonię do podjęcia tego wyzwania?

– Uważam, że warto być wytrwałym. Dziś bardzo bym żałował, gdybym się zbuntował, że absolutnie nie będę się uczył. Język zawsze Wam się przyda. Sposób myślenia, umiejętność porozumienia się z drugim człowiekiem to nieocenione wartości. Kto wie, może przez przypadek poznacie Polkę/Polaka, który będzie Twoją żoną/mężem i co wtedy? Wtedy będziecie musieli się uczyć języka, a to nie będzie łatwe. Lepiej od razu zadbać o język, który otrzymujemy z chwilą urodzenia. Uważam, że język otwiera na kulturę kraju i łączy z nią. To jest coś bardzo osobistego. Nie pozwólcie, aby ktoś Wam to zabrał. Język polski to dar, ale żeby go utrzymać, trzeba o niego dbać i walczyć.

 

Rozmawiała: Justyna Bereza

Wcześniejsza publikacja miała miejsce
na portalu Dobra Polska Szkoła.