Trzy dni w tygodniu nie żyję. Wynajmuję się. Za małe pieniądze. Wstaję. Idę. Chociaż wolałabym nie. Jednak nie odmawiam. Obowiązku pracy. Wykonuję czynności. A potem wracam. Przychodzę do siebie. Z niewidocznymi śladami zużycia. Kot leży tam, gdzie leżał rano. Prawda leży pośrodku.

Zamiast amerykańskiej telewizji oglądamy telewizje polskie. Programy dezinformacyjne. To samo wydarzenie widziane z prawej albo z lewej strony, traci kontury. Prawda dzisiaj to interpretacja. Fakty obiektywne nie istnieją. Zostają tylko – jak u Świetlickiego: „deklaracje i deklamacje”.

„Lubię ludzi roztargnionych, roztrzepanych, nawet do przesady, a nie znoszę ambitnych”- pisała Agnieszka Osiecka. „Roztargnienie zwykle towarzyszy cechom, które bardzo mi się podobają: wyobraźni, dowcipowi, lekkości, wdziękowi. Z ludźmi roztargnionymi przeżyć można wiele nieoczekiwanych przygód. […] Moje uczucia w stosunku do pedantów oceniam na trzy plus. Osoby przesadnie ambitne strasznie działają mi na nerwy, bo są za bardzo skoncentrowane na sobie. Idzie za tym monotematyczność i zdenerwowanie, które udziela się otoczeniu”. Od lat żyję z człowiekiem, który zapomina. Notorycznie gubi klucze, okulary, dokumenty, telefony. Ciągle czegoś szuka. Zmaga się z perfidią przedmiotów martwych zasysanych przez czasoprzestrzeń. Szamocze. Jest w tym coś rozczulającego. W tej nierównej walce. Z góry skazanej na przegraną. Dlatego zwykle nie reaguję nerwowo. Przyglądam się. Bełtam w czarnej dziurze i bywa, że wyławiam stracone artefakty. Jestem dobra w znajdowaniu. Odkładaniu na miejsce. Porządkowaniu chaosu. Czasem tylko tracę cierpliwość. Ale zaraz przypominam sobie, że powinnam być wdzięczna. Za lekcję nieprzywiązywania się. Do rzeczy. Akceptowania nietrwałości. Opanowywania pozycji dystansu.

Coraz gorzej znoszę tłumy. Miejsca zatłoczone. Głośne. Na szlaku Bear Mountain jak na ruchomych schodach w centrum handlowym. Kolejka do widoku. Krajobraz biletowany. Mijamy grupy turystów zawodowych: buty trekkingowe, plecaki, bidony przytroczone do pasa. Tuż za nimi niedzielne elegantki: Azjatka w lakierkach ze srebrną klamrą, Latynoska w trampkach na koturnie. Są hałaśliwe. Nie przestają mówić. Po wejściu na szczyt szybko uciekamy z oblężonej Niedźwiedziej Góry. W drodze powrotnej znajdujemy ptasie sanktuarium. Bagna, po których przechadza się majestatyczna czapla. Pola, zza których – jak na dziecinnych landszaftach- wychyna pociąg towarowy. Wagoniki przypominają te z klocków. Jest pusto. Słychać jak gadają ptaki. Coś pluska pod wodą. Łamią się gałęzie. Przestrzeń nieobjęta. Niezawłaszczona. Wydłubujemy kawałek mchu z pęknięcia w skale. Wygląda jak poduszeczka na igły, którą uszyłam na pierwszych zajęciach prac ręcznych w zerówce. Niesiemy ją niczym totem. Jeszcze nie wiemy, że najpierw wyschnie, a po kilku dniach zostanie rozszarpana. Przez wiewiórkę. Która znajdzie kawałek porzuconego mchu w ogródku i postanowi poszukać w nim orzechów. Na razie wracamy do miasta. Włączamy się do ruchu. Krwiobiegu migającego na czerwono. Jedź.

Gdybym mogła, chodziłabym do centrów handlowych nocą. Żeby uniknąć. Matek wózkowych. I całej nienażartej reszty. Przepływałabym pustymi alejkami. Nieponaglana. Wyciszona. Mogłabym wybierać. Niepotrzebne przedmioty. Za które płacę godzinami zmarnowanego czasu. Latami zmarnowanego życia. Które wyrzucam. Lub wydaję. Niszczę. Zbieram. Zastanawiając się po co. I nie umiejąc odpowiedzieć. Gdybym potrafiła zerwać się z konsumenckiej smyczy. Przestać kupować. Ominąłby mnie świąd świąt. Bożonarodzeniowych. I wszystkich innych. Mogłabym robić coś innego. Istotnego. Co zostałoby rozpoznane i docenione. Na przykład ratować zwierzęta. Albo napisać książkę. Odstawić szafkę w łazience i wybrać pół kilograma kurzu. Oddać kaszmirowy szal do pralni chemicznej. Wyruszyć w podróż. Wyjść za mąż dla zielonej karty. Wyzdrowieć ze wszystkich chorób cywilizacyjnych. Schudnąć. Zamiast tego wygrzebuję spod sterty silikonowych dyni ozdobę na choinkę z filcu. I gapię się na wirujące płatki śniegu w szklanej kuli. Pozytywka wygrywa: we wish you a merry christmas. W środku bałwan. Po drugiej stronie też.

Na dziewiąte urodziny drużynowy/ dał mi kartkę z liczbą dni, które do tej pory przeżyłam. To była niezwykła liczba, migocząca i grająca, jedna z tych liczb/ których nie da się zapisać/ ani nacięciami na kości wilka/ ani literami, ani cyframi, można ją tylko/ nagrać jak pocztówkę albo wyryć w bazalcie.

Wiesz jakie mamy szanse? Zerowe.

Ale nauczyłam się, że należy grać na zwłokę,

bo właśnie ciało to jest to, co zostaje na polu bitwy.*

 

*Justyna Bargielska, Wielki Plan B.

 

Weronika Kwiatkowska