Wtorek

Medialny młynek do mielenia njusów nigdy nie śpi. Wyrzuca papkę medialnej strawy piątek, świątek czy niedziela. Nadające w trybie 24 godziny na dobę telewizje informacyjne i internet czuwają, abyśmy dowiadywali się o wszystkim niemal w czasie rzeczywistym. Media społecznościowe umożliwiają nieograniczoną niemal obróbkę njusów przez sławnych i nie sławnych, nudziarzy i geniuszy, kretynów i jeszcze większych idiotów. Tutaj nic się nie zatrzymuje, ilość nowego z reguły przewyższa „stare”, czyli z wczoraj albo tylko sprzed godziny. Wszędzie nadmiar – obrazków, słów, komentarzy, co sprawia że medialna papka, gdyby śledzić ją na całego, staje się niestrawna do spożycia w całości. Ale jednak przyciąga, porywa, nie daje popuścić, bo gdyby tak było, nie produkowano by njusów z taką szybkością, bo niby dla kogo, jak nie dla nas, zwykłych zjadaczy medialnego chleba?

W zeszłym tygodniu był to zamachowiec na Manhattanie, rozjeżdżający ludzi na chodnikach. Kilka dni później kolejny świr z karabinem mordujący Bogu ducha winnych ludzi w małej miejscowości w Teksasie. Krzycząc „wszyscy zginiecie” wystrzelał 26 niewinnych w kościele, w połowie nieletnich, dzieci. Świr szalał i strzelał do momentu, aż kropnął go jeden z mieszkańców, mistrzowskim strzałem. Ale to było w niedzielę, więc dzisiaj sprawa zaczyna w kablówkach przygasać, bo ile można?

Jesteśmy zalewani informacjami na temat strzelca z Teksasu, dużo wiadomo o czubku-mordercy. Na pewno więcej niż o strzelcu, który kilka tygodni temu zrobił krwawą łaźnię w Las Vegas. Pamiętacie jeszcze? Czy to było wczoraj, czyli może nigdy? O wiele więcej trupów, o wiele mniej wiadomo o motywach, życiorysie i zamiarach mordercy. Zresztą czy są jeszcze zainteresowani? Medialny młynek do mielenia njusów wyrzuca kolejne skarby. Prezydent Donald Trump jest sobą, kolejne doniesienia w sprawach seksualnych podmacywanek Hollywodzkich gogusiów, Rosja, Korea Północna i sprawy lokalne…

 

Środa

W Polsce też ludzie poszaleli. Rzecz dotyczy Piotra Szczęsnego, człowieka od lat leczącego się na depresję, który dokonał samospalenia bo nie mógł znieść rządów PiS. Dla desperackich przedstawicieli Totalnej Opozycji oraz ich popleczników z mediów spod znaku „Nienawidzę Dobrej Zmiany” zdawało się, że Boże Narodzenie przyszło wcześniej w tym roku. Tak, tak. Niczym hieny – nazywajmy rzeczy po imieniu – rzucili się do akcji wykorzystywania śmierci do własnych celów. Znicze, marsze milczenia, planowane miesięcznice i nasiadówy, gazetowe wstępniaki i medialna histeria. Mamy! Wreszcie! Symbol, na którym możemy zbudować ruch oporu wobec pisowskich siepaczy. Bez skrupułów, na zimno, wykorzystać aby wrócić do przeszłości, aby „było, tak jak było”.

To wszystko jest dość obrzydliwe. Nie żyjemy w czasach komunizmu, kiedy z braku innych metod, samospalenia były w jakiś sposób zrozumiałe. Samobójca z Polski miał depresję, ale jego wyobraźnia była wypełniona produktami medialnych fabryk opozycji totalnej, co można było stwierdzić czytając jego manifest pożegnalny. Nie wszyscy rzucili się na tragedię, żeby upiec – nomen omen – na niej swe własne pieczenie, trzeba przyznać. Ale trzeba przyznać, że wyjątkowo hienowato zachowała się i zachowuje „Gazeta Wyborcza” nie mając żadnych,zahamowań w grzaniu tematu. Widać, desperacja z powodu spadków czytelnictwa jest tam tak wielka, że tylko drastyczne metody zdają się zadowalać redaktorów, którzy szczerze wyznają, że „im nie jest wszystko jedno”, zwłaszcza gdy chodzi o to, aby ich środowisko zawsze było na wierzchu.

Ale pomijając aspekt polityczny, gloryfikacja samobójstwa jest po prostu groźna. Tomasz Rożek, dziennikarz zajmujący się nauką, napisał przestrogę: „Media powinny z wielką powściągliwością pisać o zbrodniach, aktach terroryzmu i samobójstwach. Inaczej biorą na siebie ciężar odpowiedzialności za naśladowców. Mechanizm samobójczego naśladownictwa, czyli efekt Wertera jest znany od wielu lat.”

Nauka przebadała bowiem także efekt medialnej mielonki na słabsze, mniej wytrzymałe umysły. Pisze Rożek: „Statystycznie rzecz ujmując, wzrost samobójstw następujący kilka, kilkanaście dni od nagłośnienia analogicznej tragedii. Z badań wynika, że szczególnie wyraźnie jest widoczny, gdy samobójstwo popełni znana osoba (np. gwiazda filmowa), lub gdy czyn osoby popełniającej samobójstwo jest usprawiedliwiany. Efekt Wertera zauważono także w stosunku do terroryzmu. Czym więcej informacji o aktach terroru, tym częściej się one zdarzają. Gdy przeanalizowano ponad 60 tysięcy zamachów terrorystycznych jakie miały miejsce na całym świecie w latach 1970 – 2002 i skorelowano je z częstotliwością oraz długością ukazujących się na ich temat materiałów prasowych, odkryto, że każde dodatkowe doniesienie o zamachu terrorystycznym zwiększało prawdopodobieństwo zamachów w kolejnym tygodniu o od kilku do kilkunastu procent.”

To nie są jakieś gdybania, ale przebadane sprawy. Nie będę się wymądrzał, oddaję głos Tomaszowi Różkowi: „Człowiekiem, który wprowadził do literatury określenie „efekt Wertera” był amerykański socjolog David Philips. Swoje badania prowadził w latach 70. XX wieku. Już wtedy zauważono, że efekt jest wzmacniany gdy opisy śmierci podaje się ze szczegółami. Gdy samobójca umiera długo i w cierpieniu, gdy upublicznia się wizerunek zrozpaczonych krewnych samobójcy, gdy publikuje się list w których samobójca wyjaśnia swoje motywy i gdy te motywy poddaje się w mediach analizie. Psychologowie twierdzą, że w tym jest tak duży „potencjał identyfikacyjny”, że osoby o słabszej osobowości, osoby, które już wcześniej rozważały samobójstwo są tymi informacjami wręcz popychane do tragicznych czynów.
Jeszcze przytacza rozmowę sprzed kilku lat z profesorem Bartoszem Łozą, kierownikiem Kliniki Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego: „Większość z nas bez głębszej refleksji wchłania papkę newsową, którą przekazują nam media, zwłaszcza te szybkie, operujące skrótami. Działa tu mechanizm modelowania – mamy podaną całą gotową historię – o prawdziwym człowieku, prawdziwym życiu, prawdziwych decyzjach, z początkiem i końcem. Nie musimy wkładać żadnego wysiłku w to, żeby ją śledzić, siedzimy w fotelu, a ona jest nam opowiadana. Staje się szczególnie wiarygodna dzięki wykorzystaniu takich technik jak nakręcone drżącą ręką filmy przysłane przez widzów, relacje i amatorskie zdjęcia internautów. To wszystko potwierdza, że to prawda, nie jakaś kreacja (…) W kolejnych częściach wywiadu profesor tłumaczy, że w tak destrukcyjny sposób działają na nas przede wszystkim informacje prawdziwe. Stąd często emitowane filmy w których dochodzi do strzelanin czy innych zbrodni nie mają wpływu na wzrost przestępczości. Natomiast relacjonowanie zbrodni czy tragedii, które rzeczywiście miały miejsce, szczególnie, gdy te relacje są bardzo emocjonalne, mogą nakłaniać do samobójczych kroków.”

Niby tak wszyscy wszystko rozumieją, ale jest jak jest. Medialna maszynka do mielenia mięsa wciąż bombarduje nasze systemy nerwowe. Niektórzy robią to dla misji, inni dla zysku, inni niczym afrykańskie zwierzątka podobne do psa uwijają się wokół truchła. Tak wygląda ten świat. Można apelować o powściągliwość, nie epatowanie zbrodnią, nie ujawniania nazwisk morderców ani szczegółów zachęcających do naśladownictwa. Ale to daremne wołanie.

 

Jeremi Zaborowski