Nasze myślenie, Polaków w Ameryce, było zawsze dwubiegunowe. Polska i Ameryka. Zostać tu, przenieść się tam, wrócić do domu. Niejasne bywało jednak, gdzie jest „tam” a gdzie „tu” i po której stronie Atlantyku jest dom. Taka bipolarność prowadziła do nieustającej pasji do porównań. Gdzie coś jest lepsze, a gdzie gorsze, gdzie taniej, drożej, bezpieczniej, ładniej. Ta dwubiegunowość była skądinąd zrozumiała. Wyjazd do Ameryki był dla nas ogromnym gestem, poświęceniem, wydatkiem finansowym, emocjonalnym i czasowym. Podróż była długa i kosztowna, a przenosiła nas na inny, jakże odmienny mentalnie i kulturowo kontynent. Pierwsze lata pobytu w USA oznaczały często niemożność wyjazdu, z powodów finansowych i imigracyjnych. Co za tym idzie, pierwsza szansa podróżowania była wykorzystywana na wyjazd do Polski – aby wreszcie zobaczyć rodzinę, pozałatwiać sprawy. Wreszcie – przyjrzeć się po latach Polsce, jak się w niej czujemy, czy moglibyśmy tam znowu mieszkać.

Taki scenariusz wyjazdów powtarzał się przez wiele lat. Dla niektórych – pozostał jedyną opcją wakacji. Znamy wiele osób, które rokrocznie jeżdżą do Polski – i nigdzie indziej. Wysyłają też tam dzieci – do dziadków, na kursy polskiego, nawet na studia.

Wśród Polonii amerykańskiej nie ustaje zatem myślenie o Polsce, pamięć podsycana wizytami. Także więc – idea powrotu tam, choćby na starość. Dlatego może ktoś czyta moje teksty, gdyż przymierza moje losy i wrażenia do swoich?
Z powrotami Polaków do Polski bywa różnie – czasem trudno przewidzieć reakcję, nawet gdy się kogoś dobrze zna. Wiele jest historii osób, które zwinęły majątek w USA i wróciły do kraju, by zeń wyjechać po pół roku. Słyszałem opowieści o takich, którzy po powrocie urządzili się luksusowo, wymościli świeżo kupione mieszkania by… wyjechać stąd znowu. Męczyła ich nuda, ogólnie szara i przygnębiająca aura (meteorologiczna ale i ta przenośna), martwiły zmiany polityczne.

Znam też jednak takich, którzy nic sobie z polityki nie robią i w Polsce dobrze się poczuli. To zaś, co dla jednych jest życiem nudnym i jałowym – zwłaszcza jeśli przyjechali z Nowego Jorku – dla innych jest upragnionym zwolnieniem tempa. Jednych męczy prowincjonalność – inni roztapiają się ze szczęścia w małym miasteczku, w którym na ulicach jest cicho, a autobusy są czyste i punktualne. Ci bardziej kosmopolityczni mogą być znudzeni monotonią krajowej oferty (wszystko polskie: polityka, filmy, bułeczki z maczkiem, golonka). Inni nie mogą się nacieszyć tymi polskimi smakami i smaczkami, zawsze przecież im najbliższymi. Może nawet – jedynymi bliskimi.

W tym wybieraniu między Polską a Ameryką, czyli mniejszego zła, zapominamy, że istnieją inne opcje. Jest przecież w świecie około dwustu państw. Wiele z nich ma świetny klimat, ciekawą kulturę i smaczną kuchnię. Oferuje też bezpieczeństwo – i niższe koszty utrzymania, niż w USA, a nawet w Polsce.

Niewielu z nas w tym jeżdzeniu na trasie Nowy Jork – Warszawa – Nowy Jork pamiętało o innych opcjach. Nie liczę wypadów do Cancun czy statkiem pasażerskim po Karaibach – to były tylko wakacje.

Poznałem niewielu Polaków, którzy – wzorem emerytowanych Amerykanów czy Szwedów – rozglądaliby się za jeszcze innym miejscem zamieszkania. Pewnym zainteresowaniem cieszyły się Kostaryka i Panama – z racji bliskości do USA i dobrej promocji.

Są jednak i inne opcje. Moja polska przyjaciółka z Amsterdamu kupiła sobie chatynkę w Portugalii, gdzie chętnie spędza zimy. Portugalia, a także Hiszpania i południowe Włochy są miłymi miejscami wydawania amerykańskiej emerytury, którą przecież wielu z nas otrzyma.

Myślenie, że można mieszkać poza Polską, na emeryturze ale i wcześniej, staje się popularne wśród pewnej części Polaków. Nie większości – ta woli jednak mieszkać w kraju. Nie mówię też o emigracji z konieczności, zarobkowej – do Anglii czy Norwegii, ani o studiach zagranicą. Mówię o pewnej grupie ludzi, którzy raptem uznali, że ta Polska – ale i Ameryka – nie są warte zachodu, że życie tam wcale nie jest takie barwne, ciekawe, zrelaksowane i zamożne. Raczej – jest to nieustanny stres szukania i utrzymywania pracy, spłacania kredytów, obaw o ubezpieczenie medyczne, biedną i samotną starość.

Pewna grupa Polaków, zwłaszcza młodych, podejmuje więc decyzję o przeniesieniu się gdzieś zupełnie daleko.
Spotkałem uroczą parę: 30-letnią Polkę i jej 37-letniego męża, Taja. Ewelina po latach mieszkania w Warszawie, Kanadzie i Stanach, trzy lata temu pojechała do Tajlandii. Dziś prowadzi tam z mężem małą knajpkę. Ona robi koktajle owocowe, on smaży steki. Są szczęśliwi, zrelaksowani, a swoimi uśmiechami i luzem zarażają warszawiaków podczas krótkiej wizyty w mieście. Pewni polscy biznesmeni budują dla Polaków „wioski” domków nad morzem na Filipinach i w Tajlandii. W południowo-wschodniej Azji mieszkją już setki tysięcy ekspatów – ludzi zarówno młodych, jak i emerytów – z Anglii, Australii, Szwecji, Niemiec, USA. Ponad milion Amerykanów mieszka w Meksyku. Kolejne tysiące – w innych państwach Ameryki Łacińskiej. Są strony internetowe informujące o kosztach, wymaganiach imigracyjnych, wadach i zaletach mieszkania w różnych krajach.

Pragnąłbym otworzyć oczy Państwa na opcje, które wielu z nas dało życie przepracowane w Ameryce. Dziś tak łatwo się podróżuje, a za te same dolary i karty kredytowe można mieć podobne towary i usługi – nawet polską wódkę i francuskie sery. W innym kraju odnajdziemy też być może beztroskę, bliskie ludzkie relacje, przyjaźnie, nawet miłość – a na pewno, za te same pieniądze, relatywnie wyższy standard życia. Rozumieją to miliony zamożnych ale zapracowanych obywateli Zachodu – i przenoszą się tam, gdzie jest taniej i cieplej, ale też przyjemniej i weselej. W tej grupie są i Polacy lecz jest ich niewielu, więc nie grupują się w odległych rejonach świata. Może i lepiej – bo zaraz by sobie nawzajem uprzykrzyli pobyt w raju.

 

Jan Latus