Fascynują mnie obrazy, które skupiają się na świetle i obrazy malowane światłem – odbicia tworzące świetlne refleksy przedmiotów, cienie, które dodają interesujący nastrój, oraz krajobrazy piękne ubarwione przez światło wschodzącego czy zachodzącego słońca – napisała Hanna Kelker we wstępie do katalogu imprez organizowanych przez Centrum Polsko Słowiańskie w ramach 19. już edycji międzynarodowego festiwalu „Chopin i Przyjaciele”.

Kilkadziesiąt fotogramów, małych i dużych, potwierdzają słowa komentarza artystki o własnej sztuce. Na jednym z dużych zdjęć przedstawia słońce. Nic tylko zachodzące słońce w Arizonie, potężne, nieruchome w żółtych i czerwonych kręgach jarzącej poświaty. Jak z obrazów Turnera: słońce – żywioł kosmiczny, zgoła boski. W jego ognistych promieniach wszystko się rozpuszcza, zamienia się w jednorodną, świetlistą materię.

Część zaprezentowanych prac Hanna Kelker już pokazała – ponad rok temu w Fundacji Kościuszkowskiej. Wtedy jednak, małe zdjęcia prędko zdjęto i na ówczesnej wystawie obejrzeć można było tylko duże fotogramy z cyklu, jak go nazwała, „W drodze”. Obecnie mieliśmy okazję obejrzenia całości artystycznego projektu – sfotografowania amerykańskich krajobrazów przy drogach mniej uczęszczanych, w miejscach rzadziej odwiedzanych.

Mimo że artystka chętniej fotografuje architekturę niż przyrodę, bynajmniej wspomniane zdjęcie nie jest nietypowe. Przeciwnie, jest bardzo charakterystyczne dla sztuki nowojorskiej artystki – przedstawiony świat jest statyczny, nieruchomy; kompozycja fotografii – klasyczna, tj. fotografowany obiekt usytuowany centralnie, równomiernie na zdjęciu, bez zbędnych dodatków, upiększeń, itp., czy dodatków. „Czyste” przedstawienie.

Ta wystawa prac Hanny Kelker podoba mi się nawet bardziej, niż poprzednia – parę dobrych lat temu w Galerii Kuriera Plus. Dlaczego? Z prac tych przebija niezmącony spokój klasycznego porządku – estetyki artystki i jej widzenia świata. Autorka nie szuka udziwnień, jakichś niebywałych ujęć, nie sili się na innowacyjność. Jej zdjęcia charakteryzuje prostota (zawsze miara doskonałości) i pewność ładu, tradycyjnie opartego na symetrii, proporcji, stabilności obiektu przedstawionego.

Najlepiej tę jej metodę zauważyć można na zdjęciu obrazującym nowy gmach muzeum w Milwaukee. Nowoczesny budynek usytuowany nad jeziorem w pełnym rozwinięciu, przypomina ptaka w locie. Hanna Kelker frontalnie fotografuje bryłę gmachu – „skrzydła” tego ptaka wznoszące się na tle nieba – błękitnego, przejrzystego, bez żadnej chmurki, żadnego zakłócenia. Artystka ustawiła się centralnie toteż owe skrzydła równo są rozłożone: tyle samo przestrzeni od lewej strony zdjęcia, co od prawej. Bezludny krajobraz, niezmącony spokój, harmonia czystej kompozycji.

Jeśli przyjrzymy się fotografiom rozwieszonym w byłem kościele przy Kent Steet zauważymy tę dominującą cechę prac Kelker: „Aleja dębowa w Luizjanie” – pośrodku usytuowana ścieżka zwęża się ku górze zdjęcia zgodnie z zasadami perspektywy, zaś po obu jej stronach symetrycznie rosnące drzewa, z fantastycznie poskręcanymi gałęziami. Most/wiadukt przez rzekę, fotografowany z wody: potężne słupy, eleganckie łuki, odbicie w wodzie pomnaża stabilny, trwały wymiar konstrukcji. Kościół św. Xaviera del Bac – dwie krępe wieże równo rozmieszczone na papierze (od lewej i od prawej) – proporcje, symetria, klasyczna równowaga kompozycji.

Używam określenia „klasyczna” w przeciwieństwie do „barokowej”, z charakterystycznym dla tej drugiej estetyki ruchem, niepokojem, złamaniem proporcji, półmrokiem skrywającym część przedstawianej sceny.

Klasycyzm – sztuka miary, wagi i proporcji – wymaga stabilnego wizerunku, bezruchu, frontalnego, symetrycznego ujęcia, jednolitego oświetlenia całej sceny. Hanna Kelker nie szuka udziwnień dla swej sztuki, złapania w obiektywie osobliwości tego świata, albo zaprezentowania przedmiotu pod kątem, z niespotykanej perspektywy; unika sugerowania ruchu.

Na większości jej fotografii nie ma ludzi. Nawet jeśli się znajdują, jak na zdjęciu przedstawiającym muzyków z Nowego Orleanu, jest to grupa jak rzeźba: frontem na zdjęciu do widza, postaci regularnie rozstawione (choć przecież nie pozują do ujęcia), pośrodku tej grupy stoi człowiek, a symetrycznie po lewej i po prawej stronie, jak słupy wspierające całą konstrukcję, dwie inne stojące osoby zespołu ulicznych grajków dopełniają miary stabilnej kompozycji.

Na innym zdjęciu przedstawiającym widok z wnętrza muzeum w Milwaukee na jezioro, mamy grupę ludzi – anonimowe postaci, cienie, jak zastygłe w pozach wycinanki z czarnego papieru. Teatralne figury, dekoracje, nie ludzie.
Jednolite oświetlenie sceny nie wyklucza obecności cienia. Przeciwnie nawet. Hanna Kelker zdaje się być zafascynowana cieniem jako specyficznym elementem kompozycyjnym, dodatkowo obecnym obiektem. Cień nie jest dla niej zbędnym uzupełnieniem, dodatkiem, czymś obcym, intruzem w jej polu widzenia. Stanowi integralną część świata przedstawionego; jak na „Czerwonej stodole”, czy budynku mieszkalnym na Manhattanie, gdzie nagie drzewo pojawia się w towarzystwie swego sobowtóra – cienia na ścianie budowli.

Wystawa prac Hanna Kelker w Centrum Posko Słowiańskim stanowi rozszerzoną wersję tego, co nowojorska fotografka pokazała tego lata w Krakowie. Zaprezentowała się na pewno doskonale: nienaganna technika, „egzotyczne” dla polskiego widza tematy, estetyka klasyczna.

 

Czesław Karkowski