„Dobrze się z psami czuję. Rozumiem psy, psy mnie rozumieją. Może sam kiedyś psem byłem. Kotów nie rozumiem i kotów się boję. Koty są kosmitami. A pies to jest towarzysz, alter ego. Być może od ludzi tego oczekuję, co dają mi psy, a nigdy ludzie tacy nie będą. Prostota, jasność komunikacji. Psy mają kilka znaków, myślę, że mówią i bardzo dobrze ich mówienie odczytuję. To są proste komunikaty, prosta konwersacja. […] Zwierzęta, nawet te pieprzone koty, są łącznikiem pomiędzy człowiekiem a naturą, mediatorem pomiędzy Bogiem a człowiekiem”- mówi Marcin Świetlicki w rozmowie z Rafałem Księżykiem. „Nieprzysiadalność” zasysa. Zamiast pisać, czytam. Zaznaczam w tekście. Ruchem zamaszystym. Zawłaszczającym. Podkreślone zdania promieniują. Czytam na głos. „Poeta według mnie powinien być niebezpieczny dla instytucji”. „Boję się ludzi, którzy wiedzą do końca, są niewzruszenie pewni, mówią, że posiedli prawdę. Głupi są. Głupi, bo wszystko jest w ruchu, płynne jest, wszystko się zmienia. Ważniejsze jest zadawanie pytań niż wygłaszanie odpowiedzi”. „Nie ma takiej idei, z której nie można by było ponaśmiewać się troszeczkę. Naśmiewam się również z bliskich mojemu sercu idei. Po to, żeby nie były nadęte, pompatyczne”. „Wszystko, co piszę, to jest protest wobec letniości”. I kafkowskie: „A zwierzenia byłyby najprawdziwsze, gdyby się je natychmiast odwoływało”.

Czytam. Podkreślam. Zaglądam do „Drobnej zmiany” i „Delty Dietla”. „Zło, tych przebojów” i „Wierszy zebranych”. Szukam pocieszenia. Słowa, które uruchomi. Ale zamiast tego wpadam w opowieści. O Stasiuku, który podczas wieczoru autorskiego wyjął pas ze spodni i ruszył na zakłócającą spotkanie gawiedź „walcząc o literaturę”. O Masłowskiej, której „kariera chyba została zmarnowana”, o „czołowym jajcarzu Pilchu” i filmie, który miał być wielkim comebackiem Bogusława Lindy, o tytule „Sklepy salcesonowe”. To „[…] opowieść o trzech braciach, którzy są posiadaczami sklepu mięsnego. […] Grześ mi wyznaczył rolę, miałem być bratem niepełnosprawnym umysłowo, który ma takie hobby, że lepi przepiękne rzeźby z mięsa mielonego. Grześ miał być bawidamkiem, a Bogusław zakapiorem, który wyszedł właśnie z więzienia. I we trzech mieliśmy odziedziczyć schedę po ojcu, sklep mięsny, i mieliśmy go rozbudowywać, walcząc z supermarketem, całą siecią supermarketów, bo to miał być kowbojski trochę film”.

Wyobraziłam sobie, jak Linda stoi naprzeciw Świetlickiego, w samo południe, na krakowskim rynku, i celuje z kaszanki. A potem przeczytałam u Łukasza Najdera, że „nie ma żadnych świadectw potwierdzających to, że na Dzikim Zachodzie kiedykolwiek dwóch ludzi stanęło naprzeciwko siebie na środku ulicy z rewolwerami w dłoni”.* I pomyślałam, że nawet z facebooka można się czegoś nauczyć. Choć to prawda, że większość czasu zajmuje mi oglądanie filmów przyrodniczych. Głównie o kotach. Ale nie tylko. Pojawiają się skaczące młode kózki. Psy żyjące w symbiozie z papugami. Niepełnosprawne kaczki na wózkach inwalidzkich. Szopy jedzące nożem i widelcem. Tukan z dziobem wydrukowanym w 3D. Koala włamujący się do mieszkania wystawionego na sprzedaż (dzięki temu premia dla agenta nieruchomości wzrasta czterokrotnie). Iguana zakochana w mopsie. Szczur uwodzący króliczycę. Udomowiony kogut jedzący na lunch sałatkę w asyście dwunożnej rodziny. Porzucony kucyk z powykręcanymi kopytami. I cała plejada znękanych braci mniejszych, ślepych, głuchych, kabłąkowatych, łysych, zagłodzonych, którym zostało zadane niewyobrażalne cierpienie. Przez człowieka. I również przez człowieka zostało one odjęte. Czasem próbuję zmierzyć się z materiałami dotyczącymi eksperymentów na zwierzętach laboratoryjnych zamieszczanych przez PETA. Zmuszam się do oglądania kurczaków stłoczonych w farmach koncentracyjnych, świni idących na rzeź, krów, którym spod wielkich, zalotnie podwiniętych rzęs, spływają łzy. Chcę wzbudzić w sobie poczucie winy. Poczuć odrazę do jedzenia mięsa. Zamiast befsztyku i krwistego steku zobaczyć udręczoną istotę. Trudno wyjść poza własne słabości. Przyzwyczajenie. Czasami jedyną drogą jest epatowanie okrucieństwem. Terapia szokowa.

*

Kot leży obok i udaje, że śpi. Po oddechu poznaję, że jest w trybie czuwania. Odkąd przyszła jesień lubi wylegiwać się na sprzętach emitujących ciepło. Rozciąga na wzmacniaczu i mruczy. K., który bywa przewrażliwiony na punkcie urządzeń elektronicznych, wykazuje zadziwiający spokój. Nie wizualizuje sierści zatykającej układy scalone, spięć wywołanych brakiem odpływu powietrza, przegryzionych kabli. A tylko sprawdza stan podbrzusza i śmieje się, że mamy w domu nioskę. Kiedy Cecyl mości gniazdo w świeżo wypranej pościeli, pieje o piątej rano nad głową, rozgrzebuje jedzenie po podłodze i przynosi gołębie truchło, wzruszamy ramionami niczym rodzice hołdujący bezstresowemu wychowaniu. Wdzięczni, że raczył wprowadzić się do naszego życia. Że dzięki niemu myślimy o sobie trochę lepiej.

* R. Keyes „Czas postprawdy. Nieszczerość i oszustwa w codziennym życiu”, przeł. P. Tomanek.

 

Weronika Kwiatkowska