Korzystam teraz pełnymi garściami z ofert tanich podróży. Żeby nie było, że jestem zapatrzony w Zachód, wybrałem się tym razem na Wschód, a ściślej – północny Wschód. Byłem w Wilnie.

Nie mogę się nacieszyć geograficzną bliskością i łatwym dostępem do tylu państw. Najdalszy lot do europejskiej stolicy, Lizbony czy Aten, to jakieś trzy godziny. Ten do Wilna trwał 50 minut.

Osobom, które są coraz mniej przychylniej nastawione do członkostwa Polski w Unii Europejskiej, chciałbym zasugerować podróż do przeszłości, do paszportów wydawanych łaskawie na komendzie, do kolejek przed konsulatami po wizy i do konsumpcji za granicą polskich kabanosów i batoników. Ja sobie tu wchodzę na lotnisko bramą z napisem „Schengen” co oznacza, że wystarczy machnąć przed odprawą polskim dowodem osobistym.

Znowu tani lot, tym razem węgierskimi liniami Wizzair. Znów znane mi z innych lotnisk zachowania polskiej młodzieży: absolutny brak nerwowego podniecenia przed podróżą. Jakiś mały plecaczek, sportowe ubranie (zresztą takie same stroje nosi młodzież w innych krajach europejskich). Ja, my, byliśmy kiedyś inni: nawet wyjazd pociągiem do innego miasta to był cały łańcuch przygotowań, wystanych biletów, starannie zapakowanych bagaży, wiktuałów na drogę. A przy wyjeździe za granicę byliśmy ubrani w garnitury, na wszelki wypadek wyspowiadani i po paru głębszych. Nawet dziś, wyjeżdżając do innego kraju, sprawdzamy fundusze, robimy kopie kart kredytowych i paszportu, zaszczepiamy się, studiujemy przewodniki.

A młodzież wsiada sobie do samolotu do Londynu lub Wilna jakby to był PKS do Białegostoku.

Z lotniska dojechać można do centrum Wilna miejskim autobusem, za 1 euro. Tak jak w Polsce, pogoda jest bura i ponura. Jeśli jednak w Warszawie szare tło nieba dodatkowo szpeci scenografię socjalistycznych osiedli, Wilno ma urok starego, zwartego, nie zniszczonego przez wojny miasta.

W drodze z lotniska nie znajdziemy, jak w Warszawie, setek nowych budynków, tysięcy szyldów salonów samochodowych i sprzedawców materiałów budowlanych. Wzdłuż drogi stoją za to drewniane chałupki, czasem, gdy właścicielowi lepiej się wiedzie, pokryte sidingiem (!). Większość posowieckich bloków straszy obłażącymi tynkami. Zresztą, na otynkowanie czeka większość kamieniczek Starego Miasta.

Ale jakoś w ogóle to nie przeszkadza. Zniszczenie kamieniczek wynika z ich wieku – te domy mają po kilkaset lat. Także kamienice z XIX i wczesnego XX wieku nie są jeszcze tak odpicowane jak w Polsce, choć zdążono już wstawić we wszystkie okna białe, winylowe framugi.

Chodzę uliczkami wyjątkowo pięknego miasta, z prawdziwymi – nie makietami – rynkami i skwerkami, z zapuszczonymi lecz pełnymi uroku podwóreczkami. Zachwycają pyszną architekturą kościoły: gotyckie, barokowe, klasycystyczne. Także muzea i Pałac Prezydencki. Oprócz kościołów chrześcijańskich są też protestanckie, prawosławne, synagogi.

Jest niedziela, wchodzę do pierwszego kościoła, Wszystkich Świętych. Trwa msza w języku polskim. Świątynia jest wypełniona smutnymi, poważnymi ludźmi o znajomych nam rysach twarzy.

W kolejnym kościole pani czyta Pismo po rosyjsku co jest dla mnie o tyle egzotyczne, że i ten kościół jest katolicki. Może wiernymi są Litwini polskiego pochodzenia, którzy zapomnieli języka polskiego?

W trzecim, Bazylice, obrządek jest w języku litewskim.

Popełniam błąd typowy dla wielu Polaków: zakładam, że Wilno jest miastem częściowo polskim. Że na pewno któraś osoba z brzegu odpowie mi w moim języku. Ba – jeszcze ją to ucieszy i wzruszy.

Tymczasem wszędzie słyszę język litewski – dziwny, szemrzący, raczej przypominający w brzmieniu portugalski niż np. rosyjski. Wiele słów brzmi zastanawiająco podobnie do polskich albo tak, jakby jakiś pogrobowiec esperantystów codziennie tworzył nowe, „oryginalne” słowa i ich obowiązującą pisownię. Tak więc jest tam „Notaras” (notariusz), „Taksi” i „Picerija”.

Zakładam że wiele osób mówi po rosyjsku i angielsku. W pierwszej kawiarni, gdzie młoda Litwinka podaje mi śniadanie (francuski quiche do kubańskiej muzyki „Buena Vista Social Club”), pytam ją po angielsku, czy oprócz litewskiego zna może rosyjski (nie) i polski (też nie). Na to ostatnie się obrusza. – Polacy to nasi wrogowie! Z góry, arogancko zakładają, że powinniśmy tu znać polski! – odpowiada. – Ale ja właśnie jestem z Polski… mówię. Jest troche speszona.

Tak, recepcjonista w moim niedrogim, ale ładnym i nowoczesnym hotelu był Polakiem. Tak, w okolicznym barze jakiś starszy Ukrainiec z Wołynia odezwał się do mnie po polsku. Gdy pytałem przechodniów – po angielsku i rosyjsku – gdzie znajdę autobus na lotnisko, jakaś pani odpowiedziała mi po polsku. Niemniej polskiego w szkołach już nie uczą. Choć Polacy stanowią ciągle duży procent ludności Wilna i okolic, języka uczą się w swoich szkołach. Młodzież litewska ma w szkołach angielski lub ewentualnie niemiecki. Co ciekawe, także rosyjski nie jest już obowiązkowy.

Wchodzę teraz w politykę, która na Litwie jest wyjątkowo skomplikowana. Byli przecież częścią Polski, bywali podbici przez Rosję, Niemcy, znowu Rosjan. Polacy są przez nich traktowani trochę jak Rosjanie przez Polaków: naród liczniejszy, silniejszy, który chciałby ich podporządkować, zdominować. W ostatnich latach politycy tylko zaogniają ten antagonizm.

Polacy w Wilnie chodzą ze spuszczonymi głowami. Nie są represjonowani, nie dzieje im się wielka krzywda ale ze swoją polskością już sie nie obnoszą, wręcz ją w publicznych miejscach ukrywają.

Ciekawe, jak bym się czuł mieszkając dziś w Wilnie? Zwłaszcza, gdyby moja polska rodzina mieszkała tu od pokoleń?
Tego nie wiem – chodziłem tylko po ulicach urokliwego miasta, mijany przez powściągliwych, po skandynawsku, ludzi. Obywateli niezbyt bogatego, małego państewka, którzy teraz próbują się mocniej zdefiniować. Częścią ich idei państwa jest przynależność do Unii Europejskiej. Przyjęli walutę euro, młodzież powszechnie mówi po angielsku. Litwini rozumieją, że to dla nich jedyna droga, że na obrażanie się na świat ich nie stać.

 

Jan Latus