Przywiązuję się do rzeczy. Trudno mi się z nimi rozstać. Zarówno z ubraniami, jak i przedmiotami codziennego użytku. Pęknięte talerze, cukiernice i filiżanki sklejam i trzymam latami w tylnej części kredensu, bo żal mi je wyrzucić. Zwłaszcza te z Polski. Przypalone garnki i patelnie czyszczę tak długo aż doprowadzę je do stanu pełnej używalności. Koszule i podkoszulki wyrzucam dopiero wtedy, kiedy po n-tym praniu rozchodzą się na pojedyncze nitki. Garnitury i spodnie oddaję, kiedy już zupełnie się w nie nie mieszczę. Zazwyczaj w doskonałym stanie. Buty muszę rozwalić do imentu, zanim je wyrzucę. Nawet przetarte tenisówki trzymam, dopóki nie odprują się od podeszew. Bo przydadzą się jeszcze na rower. W moim domu rodzinnym żyło się raczej niebiednie, ale dość ascetycznie i być może dlatego nauczyłem się szanować przedmioty, nawet tak prozaiczne jak gwoździe. Odzyskuję je do dziś i używam ponownie, jeśli nie są zardzewiałe lub skrzywione. Z książkami i dziełami sztuki rozstaję tak niechętnie, jakby były one moimi dziećmi. Chyba, że przeznaczam je na prezent dla bliskich lub lubianych osób. Potem patrzę na nie, jak na element samego siebie, który znalazł się w innych rękach i w innym miejscu.

 

$

 

Jest dopiero sobota przed Halloweenem, który wypada w tym roku we wtorek, a już na placu przed Metropolitan Opera widzę wielu osobników obu płci przebranych i wystylizowanych na postacie historyczne lub na bohaterów ze sztuk, baletów i oper właśnie. Przebrani są tak świetnie, jakby kostiumy, peruki i obuwie wypożyczyli z kostiumerii teatralnych. Obok mnie fotografują się przy słynnej fontannie postacie wyglądające jakby żywcem przeniesione z epoki wersalskiego rokoka. Te krynoliny, te wielopiętrowe peruki, pudrowane twarze, pieprzyki na policzkach, te żaboty i żakiety, kamizelki i pluderki, pantofelki z ozdobami, koronkowe mankiety i pończochy… Może to śpiewacy z Metropolitan Opera, może tancerze z New York City Ballet Theatre? Podsłuchuję – nie, nic na to nie wskazuje. Po prostu są to nowojorczycy, którzy w halloweenowych przebraniach fotografują się w znanych miejscach. Podziwiam ich inwencję. Rok temu obserwowałem paryżan podczas Halloweenu m.in. na placu Republiki i muszę przyznać, że nie dorównywali nowojorczykom, Najwięcej było tam różnej wersji straszydeł i kościotrupów. A przecież wzory wersalskie mieli tuż, tuż. I to jakie!

 

$

 

Orkiestra Filharmonii w Lincoln Center jest w znakomitej formie. O tym, jak cudownie są jej brzmienia mogłem przekonać się tym razem podczas festiwalu poświęconego Leonardowi Bernsteinowi jako dyrygentowi, kompozytorowi i dyrektorowi artystycznemu, zorganizowanego z okazji stulecia jego urodzin. Idealnym wykonawcą „Serenady na skrzypce, orkiestrę smyczkową, harfę i perkusję” był Joshua Bell. Zachwycam się tym skrzypkiem od lat. Tak było i tym razem. Grał z takim temperamentem i swobodą, jakby sprawiało mu wielką radość uczestniczenie w Sympozjum Platońskim, które jest tematem tego utworu. Mnie zaś radość sprawiało słuchanie tych fragmentów, które były zapowiedzią późniejszego musicalu Bernsteina „West Side Story”. Pod dyrekcją Alana Gilberta były doskonale skontrastowane i zdynamizowane. Nawet cisza brzmiała przejmująco, podobnie jak w „Jeremiaszu”, czyli „Symfonii nr 1”.

 

$

 

Na ławce w parku na Union Square przysiadła koło mnie nieznajoma pani o urodzie angielskiej lady ze sztuk Oscara Wilde’a. Coś do siebie szeptała i coś sobie nuciła. Po czym wykonywała jakieś dziwne gesty dłońmi, tworząc z palców kółka, półkółka, krzyżyki, łańcuszki i wykreślając nimi linie proste i faliste. Kiedy zaczęła dyrygować rękami w powietrzu zapytałem wprost – jak to mam w zwyczaju – czy jest dyrygentem? Odpowiedziała, że jest kompozytorem i właśnie układa sobie w głowie nowy utwór. Chciałem pożyczyć jej swój dyżurny notesik, żeby zapisała nutami to, co komponuje, ale podziękowała, twierdząc że zapamiętuje rękami. „Powtarzam nimi tak długo, aż wszystko się w nich ułoży, jak taniec w ciele baletnika” – wyjaśniła. Po czym obeszła park dookoła nucąc i znów przy mnie przysiadła dyrygując w powietrzu. Pierwszy raz byłem świadkiem komponowania bez instrumentu. Pani ta widząc moje wielkie zdumienie dała mi swoją wizytówkę, prosząc żebym zadzwonił, to zaprosi mnie na koncertowe wykonanie, tego, co właśnie układa. Po czym pożegnała się z uśmiechem, zapewniając, że jej ręce naprawdę wchłaniają to, co układa. Odeszła nieśpiesznie nieustannie „haftując” w powietrzu. Owszem, pamiętam choreografów, którzy rozmawiając ze mną, układali jednocześnie pląsy rękami i wspomagali się stopami, ale kompozytora zapamiętującego utwór rękami jeszcze nie widziałem. Zadzwonię doń, bom ciekaw ostatecznego efektu. Poza tym pani jest bardzo, ale to bardzo rasowa…

 

$

 

W dziwny stan wprawiło mnie przedstawienie „Ryszarda III” według Szekspira przywiezione do Brooklyn Akademy of Music przez słynny Schaubuhne Theater z Berlina. Napisałem „według Szekspira”, bo zarówno nowe tłumaczenie (na niemiecki) Mariusa von Mayenburga, jak i inscenizacja sławnego Thomasa Ostermeiera dalece odbiegają od pierwowzoru. Wszystko po to, by pokazać, że mechanizm walki o władzę i jej utrzymanie jest niezmienny od wieków i jest taki sam także w świecie psychodelicznym, modnym dzisiaj. Patologie i zbrodnie wynikające z tejże walki są inspirowane w tym spektaklu przez psychopatyczne żądze tytułowego bohatera. Są one potęgowane tyleż jego wyobraźnią, co nieokiełzaną wyobraźnią samego Ostermeiera, tworzącego świat sam w sobie. Odrażający, niepojęty i jakoś przedziwnie wciągający. Pomagają mu w tym bardzo sprawni aktorzy, nie kreujący postaci, tylko będący nośnikami jego pomysłów. Lars Eidinger jako Ryszard III przypomina niekiedy rapera, po zażyciu dopalaczy. Przedziwny to spektakl. Miałem wrażenie, że zanurzam się w świecie zupełnie mi obcym, który mnie pochłonie niczym piekło. Chciałem uciec odeń jak najdalej.

 

$

 

Zmarł Władysław Kowalski – wybitny aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Ceniłem Go. Stworzył zanikający już typ sceptycznego inteligenta, który wciąż szuka odpowiedzi na najbardziej niewygodne pytania, wątpiąc, czy je znajdzie. Na Ogólnopolskim Festiwalu Sztuki Filmowej „Prowincjonalia” we Wrześni przyznano mu honorową nagrodę „Jańcio Wodnik” m.in. za „kreacje pełne mądrości i refleksji, za odwagę w sięganiu po role skomplikowane, skłaniające do przemyśleń nad godnością w sytuacjach granicznych”. Strzał w dziesiątkę.

 

$

 

Czytam dwutomową biografię Gombrowicza autorstwa Klementyny Suchanow. Jest to benedyktyńska praca! Jej celem jest prezentacja nie tylko jak największej ilości faktów z życia tego pisarza, ale także analiza na podstawie jego dzieł, na czym polegał jego geniusz. Niestety z tym jest gorzej. Może dlatego, że tenże geniusz może poznać w pełni ktoś Gombrowiczowi równy albo go przewyższający. Tylko, czy jest gdzieś ktoś taki?

Andrzej Józef Dąbrowski