„Wielu młodych ludzi przysięga, że nigdy nie będą tacy, jak ich rodzice, a potem, w dojrzałym wieku uświadamiają sobie, że zostali kopiami matek czy ojców. Pamiętam, jak wkurzało mnie, gdy tata powtarzał: „Sprawdź cztery razy, upewnij się. […] Coś się nie udaje? Cofnij się i spróbuj od początku”. Łapię się na tym, że myślę tak jak on” – – zwierza się Andrzej Piaseczny. Wokalista jednak przyznaje, że jest bardziej podobny do mamy. „Jestem emocjonalny jak ona. Dlatego czasem się kłócimy. Ale szczerze się przyznaję: jestem maminsynkiem. Gdy działo się źle, biegłem do mamy. Znajdowałem u niej czułość i opiekę” – przyznaje. Piasek nie wstydzi się mówić o pielęgnowaniu więzi z rodziną i o tym, jak ważne są dla niego relacje z najbliższymi. „Mamy tradycję, że każdego roku Boże Narodzenie odbywa się u mnie lub u brata. Siostra mieszka w Wielkiej Brytanii i trudno, byśmy wszyscy do niej jechali. I w któryś świąteczny poranek wylądowałem na materacu w schowku, bo mój dom w Górach Świętokrzyskich przestał nas wszystkich mieścić. Pomyślałem: zarabiam, nie żyję ponad stan, jeśli na coś warto wydać pieniądze, to na dom, w którym będzie nam wygodnie. Chciałem też, żeby mamie było tu dobrze, spędza u mnie lato i początek jesieni. Zresztą cała rodzina wpada w wakacje. Lubię, gdy w domu jest gwar. Teraz, po rozbudowie, każdy ma swój kąt do spania i odpoczynku. Mam nadzieję, że przyjdzie taki moment, kiedy i w tym wielkim domu zrobi się ciasno! Mój bratanek się żeni, może z czasem będą przyjeżdżać do mnie z żoną i dziećmi. Nie mogę się doczekać” – deklaruje Piaseczny. Mimo, że na scenie jest już 25 lat, ma na koncie wiele sukcesów, ale też kilka wpadek (między innymi przedostanie miejsce na Eurowizji, po której trafił na czarną listę wykonawców) uważa, że nie ma sensu się ścigać i zabiegać o sławę. Unika bywania, a po nagraniu kolejnego odcinka The Voice of Poland, w którym zasiada w jury, pakuje się i wraca na wieś. „Dziwnie to zabrzmi, ale nie czuję się częścią show – biznesu. Nie baluję, nie bryluję, rzadko udzielam się towarzysko. Wolę spędzać czas w inny sposób” – mówi artysta. „Bardziej odpowiada mi tempo życia na prowincji, no i czuję, że jestem blisko ziemi. Może w poprzednim wcieleniu byłem chłopem, który uprawiał pole? Mógłbym nie ruszać się z ogrodu – uwielbiam zajmować się roślinami” – wyznaje Andrzej Piaseczny. Właśnie wydał nową płytę pt. „My (o mnie, o tobie, o nas)”. I deklaruje: „jestem cały z miłości”. Złośliwi dodają: do siebie. A fani już ćwiczą pląsanie pod sceną z zapalonymi światełkami w telefonach.

 

*

 

„Bywam leniwa, nie mogę się zabrać do walki z rzeczywistością. Bywam kontrolująca. Czasem jestem gadatliwa, to może być męczące. Bywam złośliwa i oceniająca” – mówi Agata Kulesza, aktorka mająca w swoim dorobku wiele wybitnych ról, m.in. w filmach „Róża” Smarzowskiego, „Ida” Pawlikowskiego, „Moje córki krowy” Dębskiej. Jest żoną operatora Marcina Figurskiego. I mamą 20 – letniej Marianny. Na pytanie, jak to się stało, że jest normalna, odpowiada; „Późno debiutowałam, więc wiem, co znaczy uprawianie tego zawodu bez większych komercyjnych sukcesów. I zawsze miałam poczucie, że sukces, pieniądze, propozycje są bardzo ulotne. Z jednej strony więc staram się tym cieszyć, ale z drugiej przeczuwam, że wciąż muszę pracować i mądrze tym zarządzać. Poza tym ja nie mam charakteru gwiazdy i tworzenie wokół siebie takiej otoczki mnie nie interesuje” – mówi aktorka. „Nie lubię swoich zdjęć. Jak jestem na okładce, to czekam żeby już zniknęła. No i rodzina ustawia mnie do pionu. Jeśli któreś zdjęcie jest trochę za bardzo wyretuszowane, natychmiast ktoś zadzwoni i powie: „Ty, nie martw się, może za rok będziesz tak wyglądała” – żartuje Kulesza. „Ostatnio, pracując przy nowym filmie Pawła Pawlikowskiego, spotkałam się z zespołem Mazowsze. To nieprawdopodobne – jeśli ktoś za kulisami nagle zemdleje, w trzy sekundy na jego miejsce wbiega ktoś inny. Nie ma tak, że jesteś przyzwyczajony do jakiegoś miejsca i nie możesz go zmienić. Musisz, inaczej przedstawienie przestanie funkcjonować” – mówi aktorka. „Pracujesz wyłącznie na cały zespół, to robi na mnie ogromne wrażenie. I myślę, że choć każdy aktor chce się wybić, to noszenie halabardy na samym początku wcale nie jest takie złe. Uczy pokory” – dodaje. I ma rację. Nic tak nie demoralizuje jak przedwczesna i zbyt łatwo osiągnięta sława.

 

*

 

Ma w sobie coś chłopięcego, co podoba się kobietom. Dlatego szaleją na jego punkcie. Krytycy mniej. Mówią o Ryanie Goslingu, że to aktor jednej miny. Gra ciągle to samo. Jest nudny i sztywny jak karton na buty. A jednak hollywoodzki gwiazdor cały czas udowadnia, że za wielką popularnością stoi nie tylko zawadiackie spojrzenie i rozbrajający uśmiech, ale też… talent. Na ekranach pojawił się właśnie „Blade Runner 2049”, który umocnił pozycję aktora w czołówce młodych gwiazd światowego kina. „Ostatnio dowiedziałem się, że pasją pewnej kobiety jest malowanie mojej podobizny na ściereczkach kuchennych. Gdy dziennikarka zapytała, czy chciałbym aby moją twarzą wycierano naczynia, wybuchnąłem śmiechem i nie mogłem się uspokoić przez kilka minut” – mówi Gosling. „Szczerze, to mam dość oglądania samego siebie na ekranie. Zaczynam odnosić wrażenie, że wyskakuję ludziom z lodówki. Między innymi dlatego na trzy lata zniknąłem ze świata filmu. Miałem czas, żeby zająć się rodziną, a widzowie mogli ode mnie trochę odpocząć” – przekonuje aktor. „Całe to szaleństwo na moim punkcie mnie zadziwia. Naprawdę nie jestem kimś niezwykłym. Dorastałem w Kanadzie, bardzo długo nie potrafiłem czytać, kiepsko się uczyłem. Nie bardzo rozumiałem, o czym mówią nauczyciele i czego właściwie ode mnie chcą. Inne dzieciaki mnie prześladowały, bo nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca w szkole. W końcu mnie wyrzucono” – wspomina. „To tłumaczy wyraz twarzy „boskiego Ryana” nieskażony myślą” – napisał ktoś nieprzychylny aktorowi. „Odczep się od niego. Jest boski!” – odpowiedziała fanka. „Aktor jest od grania i od wyglądania. Niekoniecznie od myślenia” – dodała inna. Czyżby Ryan Gosling robił w Hollywood za „męską blondynkę”? Na to – nomen omen – wygląda.

 

Weronika Kwiatkowska