Poranek. Właściwie południe. Ale jeszcze po stronie snu. Nie całkiem wygramolona – powiedziałby mój ojciec. Jeszcze się musisz wykokosić. Obracam na języku zapamiętane wyrazy. Taradeja, lampucera, gromotnica. I robi się jaśniej. Cieplej. Pachnie domowym obiadem. Siedzę w kuchni. Przy czerwonym stole. Na czwartym piętrze wrzesińskiego bloku. Z widokiem na plac zabaw. Komin ciepłowni. I setki takich samych okien. I mówię: gilejza, klunkry, rojber, szplin. Przesuwam językiem po zgłoskach. Żybura, szuszfol, sztekle, eka. Amerykanie mają na wszystko nazwy. Mówią comfort food o jedzeniu, które niczym magdalenka Prousta przenosi w miejsca. Czas. Uspokaja. Daje poczucie bezpieczeństwa. Słowa z gwary poznańskiej to moje comfort words. Otwierają przestrzenie zamknięte we wspomnieniu.

Znowu siedzę w fotelu i piję kakao. Mieliśmy w mieszkaniu Kon-Tiki, hit dizajnu lat osiemdziesiątych, sukces polskiego wzornictwa. Lekkie, przypominające leżaki. Składały się z drewnianego stelażu i pikowanego materaca pokrytego lnianym płótnem. Zagrały w „Seksmisji” (jedno z finałowych ujęć), o czym dowiaduję się przypadkiem przeglądając internetowe archiwa. Nazwa pochodzi od starożytnej tratwy zbudowanej i używanej przez Thora Heyerdahla, norweskiego żeglarza i odkrywcę, który w 1947 r. przepłynął Ocean Spokojny. Łatwo było w nie zapaść. Szczególnie kiedy miało się kilka lat. Pamiętam jeden z zimowych wieczorów. Przybiegłam ze zbiórki zuchów. Było ciemno, a do domu daleko. Dzisiaj nikt nie puściłby siedmio-ośmiolatki samej. Wtedy bieganie z kluczem na szyi było zjawiskiem powszechnym (choć u nas leżał zawsze pod wycieraczką). Trochę się bałam, więc bardzo szybko przemierzyłam ulicę Słowian. Śnieg chrzęścił pod butami. Światła latarni zostawiały żółte plamy. Zapamiętałam moment wejścia do domu. Rozmowę rodziców dobiegającą z kuchni. Słowo nośpłat, które usłyszałam po raz pierwszy. Gorący kubek. I że w telewizji puszczali Fraglesy.

*

Wyrazy uruchamiające pamięć. Pochodzące z tajemniczego języka niewielkiej grupy osób. Rodziny. Przyjaciół. Słowa przypisane konkretnej postaci. Dziwne, koślawe sformułowania, których nie można zapomnieć. Czuję się jak w jajku – mówiła teściowa, kiedy miała okres. Dramat Iruś Lonku – powtarzała ciotka, chcąc podkreślić, że sprawa jest raczej banalna i nie wymaga większego namysłu. Zawsze myślałam, że to dramat w „Iruślądku”, jakimś mitycznym miejscu na mapie Polski albo świata. Niedawno dowiedziałam się, że za egzotyczną frazą kryje się rodzinna anegdota z dwoma furmankami, samochodem oraz adresatami listu: Ireną i Leonem (Lonkiem).

*

Wszystko zawiera się w języku. Słowa zawsze były ważne. Najważniejsze. Kiedy przetłumaczony tekst ulubionej piosenki amerykańskiego zespołu okazywał się banalny lub zwyczajnie głupi, doznawałam bolesnego rozczarowania. Czułam się zdradzona. I porzucałam muzyczną miłość bez żalu. Słaba składnia, błędy ortograficzne, ohydny, rymowany wierszyk na walentynkowej kartce dyskwalifikowały najprzystojniejszego chłopaka. Wystarczyło jedno zdanie. Żeby się pogrążyć. Zle sformułowana myśl. Mało ponętny dobór słów.

Nieczytających zdradzał język.

*

„Ładne słowa to: korelacja, cumulus, pilśniowy, Jokohama, Alabama, hamulec, Pilates, kanalia, obibok, azaliż, bzik”- śpiewała przed laty Maria Peszek. Z brzydkich wymieniła m. in.: rajstopy, nagrzewnicę i żuchwę. Myślę o słowach, których nie lubię. I dlaczego. Co sprawia, że niektóre dobrze leżą na języku, a inne zgrzytają? „Serducho”, „dziewucha”, „samogwałt”, „naprędce”, „dziunia”. Czasem jeden wyraz potrafi pogrążyć wiersz. Sprawić, że czyjaś poezja jest nieznośna. Nie rezonuje. Odrzuca. Jak w tym krótkim utworze Adama Zagajewskiego:

Nawet w wielkim mieście zapada
niekiedy cisza i słychać, jak po
chodniku, pchane przez wiatr,
przesuwają się zeszłoroczne liście,
w ich nie kończącej się wędrówce
ku zniszczeniu.*

Gdyby wyrzucić „niekiedy” byłby to całkiem dobry kawałek. No ale nie wypada poprawiać poety, o którym mówi się od lat, że powinien dostać Nobla. Szwedzka akademia jeszcze nie uhonorowała Zagajewskiego, za to 20 października poeta otrzymał prestiżową Nagrodę Księżniczki Asturii.

„Poezja jest niemodna, modne są grube powieści kryminalne, biografie tyranów, amerykańskie filmy i brytyjskie seriale telewizyjne. Polityka jest modna. Moda jest modna. Modne są relacje, niemodna jest substancja. Modne są wąskie spodnie, suknie w kwiaty, perły na ubraniach, czerwone swetry, płaszcze w kratkę, srebrne botki i ozdobne jeansy. Modne są rowery i hulajnogi, maraton i półmaraton, nordic walking, niemodne jest zatrzymanie się pośrodku wiosennej łąki i zamyślenie. Bezruch, mówią lekarze, jest groźny dla zdrowia. Moment zamyślenia jest niebezpieczny dla zdrowia, trzeba biegać, trzeba uciekać przed sobą”- mówił poeta podczas gali. Nazajutrz kupiłam tomik jego wierszy. Ale niczego tam nie znalazłam o sobie. Piękne, dorodne zdania opowiadają obcy świat. „Niekiedy” słabo rezonują. Jak przypadkowo zahaczona struna. Częściej zostawiają obojętną. Niewzruszoną.

*Adam Zagajewski, Cisza.

 

Weronika Kwiatkowska