Z doktorem Fryderykiem Dammontem, sybirakiem, naukowcem w dziedzinie chemi i fizyki, podróżnikiem i fotografem, człowiekiem wielu pasji i aktywną osobą życia polonijnego, członkiem honorowym Polsko-Amerykańskiego Klubu Fotografika w Nowym Jorku, rozmawia prezes klubu Edward Madej.

 

-Panie Fryderyku, mówi Pan po angielsku, niemiecku, francusku, rosyjsku, a nawet po arabsku, ma Pan austriackie korzenie, ale wydaje mi się, że polski pozostał Pana ulubionym językiem. Czy mam rację?

Oczywiście, to jest język mojej młodości. Co prawda moi rodzice mówili po niemiecku, ale także nieźle po polsku, szczególnie ojciec. Po arabsku i persku mówię używając języka potocznego, niestety nie umiem ani czytać ani pisać w tych językach.

 

– Czy często Pan wraca myślami do przedwojennego Krakowa?
Bardzo często, bo stamtąd mam wspomnienia całej mojej młodości.

 

– Można byłoby więcej powspominać Kraków, ale mamy przecież rozmawiać o Pana miłości do gór. Wiem, że zimą jeździ pan na narty do Hunter. Tydzień temu miałem okazję być tam po raz pierwszy. Wjechałem wyciągiem na szczyt. To jest spora górka. Czy jest już Pan przygotowany do nowego sezonu narciarskiego?
Moje narty mają jeszcze siedem lat gwarancji, a cały sprzęt mam gotowy od ostatniego sezonu i czekam niecierpliwie na pierwszy śnieg. Hunter ma tylko 3300 stóp wysokości nad poziomem morza, ale ma bardzo dobre zjazdy o różnicy poziomów do 1600 stóp.

 

– Czy będzie Pan również brał udział w kolejnym konkursie zjazdu narciarzy Kubu 70+?
Ależ oczywiście, bo co by sobie staruchy pomyślały gdybym się tam nie pokazał, byliby zawiedzeni… W ubiegłym roku wygrałem konkurs w grupie 90+ w nie najgorszym czasie, bo dwukrotnie krótszym niż czas następnego po mnie. Muszę bronić swojej reputacji.

 

– Czy wybiera się Pan czasem do Hunter po sezonie narciarskim? Zbliża się teraz szczyt jesiennych kolorów, powinno być pięknie i ciekawie dla fotografa.
Bardzo często tam jeżdżę. To tylko dwie godziny samochodem od Nowego Jorku. Bywam tam latem, bo lubię oglądać wodospady Kaaterskill, są piękne.

Dla ćwiczenia wchodzę także na szczyt Hunter, ale na starość wybieram łagodniejsze zbocza niż kiedyś.

 

– Bez względu na wyczyny narciarskie, góry fascynują Pana przede wszystkim swym pięknem. Przeszedł Pan całe Góry Skaliste, a zakochał się w tych znajdujących się w Albercie w Kanadzie. Czym one Pana tak urzekły, przecież nie wysokością, bo najwyższy szczyt Columbia to „tylko” 12 293′ (3747 metrów), a w całych Górach Skalistych jest ponad sto wyższych szczytów?
W Albercie byliśmy z żoną sześć razy, ona też ją kochała więc nie była o mnie zazdrosna. Szczyty w Górach Skalistych Alberty nie są rzeczywiście tak wysokie jak w Kolorado, ale za to doskonale widoczne i łatwo dostępne. Z Alei Lodowców biegnącej wzdłuż pięciu rzek przez dwa parki narodowe Kanady Jasper i Banff wszystko widać jak na dłoni. Można więc podziwiać ośnieżone góry, lodowce, turkusowe jeziora, rzeki, wodospady, wspaniałe lasy pełne zwierzyny. Parki te są jednym z najpiękniejszych na świecie terenów uznanych jako World Heritage Site. Szczególnie piękne są Lake Luoise w cieniu Mt Victoria, Lake Maligne drugie największe jezioro polodowcowe na świecie, ze sławną wysepką Spirit Island, najbardzaiej niebieskie Lake Peyto, Mt Edith Cavell z jeziorem pełnym lodowej kry, największy w Ameryce Północnej lodowiec Columbia i tak bez końca.

 

– Czy rzeczywiście wszystko jest tak dostępne z Alei Lodowców? Spodziewam się że Pana to nie zadowalało?
Oprócz tego co można podziwiać z drogi jest wiele ścieżek w góry. Wchodziliśmy na szczyt Mt Whistlers skąd jest wspaniały widok na niezliczoną ilość innych szczytów. Piękny widok rozpościera się z Lookout Point z wysokości 7400 stóp nad Lake Louise. Wędrowaliśmy wzdłuż wodospadów Athabasca i Sunwapta. Są przepiękne.

 

– Posiada Pan ogromną wiedzę z różnych dziedzin na temat zwiedzanych miejsc. Co ciekawego może Pan powiedzieć o Albercie.
Kocham Albertę, bo jest tak piękna jak księżniczka Alberta Caroline Louise Windsor, córka królowej Wiktorii, od której pochodzi nazwa prowincji. W nazewnictwie miejsc Alberty kryje się dużo ciekawych historii. Tym samym imieniem nazwano jeden ze szczytów górskich Mt Alberta, Także nazwy Lake Louise, Caroline River nadano na jej cześć. Wiele nazw pochodzi także od miejscowych Indian. Dla przykładu imię Athabasca nosi wodospad, ale także rzeka, lodowiec i jezioro. Ciekawa historia wiąże się z nazwą rzeki Kicking Horse River, ale o tym i o innych rzeczach opowiadam podczas prezentacji moich zdjęć.

 

– Po zimowej olimpiadzie w 1988 roku w Calgary, największym mieście Alberty zostały wspaniałe obiekty narciarskie. Będąc w pobliżu nie korciło Pana żeby pojeździć tam na nartach? Miał Pan wtedy zaledwie 65 lat.
Niestety nie, a Calgary nawet nigdy nie zwiedzałem, bo zawsze brakowało czasu na parki i nie mogliśmy go tracić na coś innego.

 

– Kocha Pan góry, ale nie tylko. Tego lata wybrał się Pan nad atlantyckie wybrzeże Kanady. Co Pana tam ciągnęlo?
Zatoka Fundy między New Scotia i New Brunswick, znana z największych przypływów i odpływów morskich na świecie, gdzie fala dochodzi niekiedy do 56 stóp (ok 17m). Fotografowałem to zjawisko w Hopewell Rocks Park przez dwa cykle. Podczas odpływu chodziłem po dnie oceanu. W ciągu dziesięciu dni zwiedziłem latarnie morskie na wybrzeżu stanu Maine w Portland i latarnie na przylądku Quoddy najbardziej wysuniętym na wschód cyplu Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nie mogło zabraknąć góry więc zwiedziłem Mt Washington w New Hampshire i masę innych miejsc przy 2000 milowej trasie.

 

– Nie zawsze trzeba wyjeżdżać daleko aby zobaczyć coś ciekawego. Gdzie Pan bywa np. podczas weekendów oprócz Nowego Jorku?
Mieszkam w Newarku, na rozdrożu pięciu głównych dróg, więc łatwo jest wyjechać. Bywam często nad Great Falls w Paterson. Odwiedzam przełom rzeki Delaware. Udaję się nad ocean. Uwielbiam chodzić po parkach. Teraz jest odpowiedni czas aby się wybrać do Bear Mountain – podziwiać i fotografować jesień. Od czasu do czasu wyjeżdżam nieco dalej.

 

– Jedną z wielu Pana pasji jest muzyka klasyczna, a ostatnio słysząc jak Pan komentuje koncerty doszedłem do wniosku, że również w tej dziedzinie jest Pan znakomitym znawcą. Czy ta pasja nie przebija innych?
Nie jestem wielkim znawcą muzyki, lecz raczej rozwydrzonym jej koneserem wykorzystującym nowojorską obfitość w tym zakresie. Na starość nie mam czasu na przeciętność, więc wybieram tylko to co najlepsze. A poza tym muzyki się słucha bez żadnego wysiłku.

 

– Często organizuje Pan wystawy fotograficzne i prezentacje w biblotekach na ternie New Jersey. Jak sobie Pan z tym radzi, przecież to wymaga dużego nakładu pracy i… kosztuje?
Robię co mogę. Daję od 15 do 20 prezentacji fotograficznych rocznie nie tylko w bibliotekach, ale także w collegach, klubach seniora, w Environmental Center i w organizacjach polonijnych w tym w Klubie Fotografika. Tam gdzie jest do tego miejsce organzuję wystawy, a bywa ich średnio siedem rocznie. Pokazuję na nich od 40 do 60 fotografii. Koszty jakieś ponoszę, ale nie tak duże, bo wiele instytucji, w których robię prezentacje i wystawy je finansuje.

 

– Ze wszystkich znanych mi osób w najbardziej subtelny sposób wyraża Pan swoje niezadowolenie. Jeśli coś Pana złości, to po prostu pisze Pan o tym wiersz, z adnotacją „Nie do publikacji”. Ma Pan patent na to jak z rzeczy przykrych zrobić pasję. Jak bogata jest ta twórczość i czy znajdzie Pan taki wiersz, który może Pan zaprezentować podczas spotkania w naszym klubie? Mam nadzieję, że nie ma wśród nich wiersza na temat klubu.
Odpowiedź nie jest do publikacji. Pisanie wierszy jest najlepszą terapią na odreagowanie. Uspokoję Pana, o klubie jeszcze nic nie napisałem.

 

– Jedzie Pan samochodem, zatrzymuje Pana policja za przekroczenie dozwolonej prędkości. Pytają czemu Pan tak pędzi, a Pan im odpowiada – bo mam 94 lata i mogę nie zdążyć. Czy to zawsze działa i obywa się bez mandatu?
Zawsze. Tu jest Ameryka i policjanci też mają dziadków.

– Wszyscy, bez wyjątku podziwiamy Pana kondycję fizyczną, a sprawności umysłowej możemy tyko pozazdrościć, mimo że jesteśmy znacznie młodsi. Czemu Pan to zawdzięcza?
Zawdzięczam to możliwości wdychaniu i wydychaniu w pozycji pionowej. Sytuacja się zmieni po przejściu do pozycji poziomej. Dwa razy w tygodniu chodzę na ślizgawkę i jeżdżę w koło, żeby się nie zgubić. Mam tam mnóstwo wielbicielek, wszystkie młodsze od mnie. One oceniają mój wiek, ale nie doceniają mojego doświadczenia. Nie kupuję jednak zielonych bananów.

 

– Ma Pan jakieś niespełnione marzenia, plany podróżniczo-fotograficzne czy inne?
Są dwie rzeczy o których ciągle marzę. Pierwsza to chciałbym zobaczyć Mt Assiniboine na granicy British Columbii i Alberty, a druga to móc zobaczyć i fotografować królową Anglii jak je spagetti.

 

– Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia marzeń, oraz udanej prezentacji w naszym Klubie.

 

 

Rozmawiał Edward Madej

 

*

Prezentacja Zakochany w Albercie Fryderyka Dammonta odbędzie się w piątek, 27 października o godzinie 7 wieczorem w kawiarence kościoła Św. Stanisława Kostki przy 189 Driggs Avenue, Brooklyn (Greenpoint)
www.polishphotoclub.org