W ostatnią niedzielę nie podłączyłem się ani razu do Internetu.

Oczywiście żartuję. Nic takiego się nie wydarzyło i zapewne nigdy – ani mi ani nikomu innemu – się nie wydarzy, chyba że wybuchnie wojna światowa i wylądujemy bez prądu w jaskiniach.

Kiedyś jednak zdarzyło mi się przeżyć dzień bez Internetu, i w ogóle bez mediów i środków komunikacji. Już kiedyś opisałem tę historię, teraz więc pokrótce: po balu w New Jersey zapomniałem odebrać torbę z szatni. Miałem zaś w niej laptopa oraz okulary (obsługujących Internet smartfonów jeszcze wtedy nie było). Niedzielę spędziłem więc nie tylko bez komputera, więc Internetu, ale i bez telewizora, wpatrywanie się w ekran zmęczyło mi bowiem wzrok.

Tak więc był to dzień spokojny, który spędziłem na refleksji nad samym sobą, modlitwie, medytacji w pozycjach jogi. Albo też samotnym piciu z nudów – już dobrze nie pamiętam.

Czy brak Internetu obróci się u ludzi w powszechną libację? Ubolewałbym nad tym, ciągle jednak korzyści z odłączenia się od sieci byłyby większe niż straty.

Spróbujmy więc ogłosić Światowy Dzień Bez Internetu. Być może zresztą jest on już ogłoszony w jakimś niezmiernie postępowym i światłym kraju, Norwegii albo Singapurze. W tym ostatnim Internetu nie byłoby dekretem władcy.

Tradycja zbiorowego odmawiania sobie jakiejś rzeczy, pokarmu, rozrywki w określone dni nie jest niczym nowym. Celują w tym religie. Islam zabrania w czasie Ramadanu spożywania czegokolwiek od świtu do zmierzchu. Zabrania też spożywania – przez całe życie – wieprzowiny i picia alkoholu (w tym celu trzeba jechać na weekend do Bejrutu). Żydzi nie jedzą wieprzowiny, Hindusi wołowiny. Katolicy musieli powstrzymywać się od picia wódki i jedzenia mięsa przez cały okres postu. Ponieważ zakazy te wydawały się ludziom zbyt surowe, Kościół skwapliwie je eliminował. Ja jeszcze pamiętam zakaz jedzenia mięsa w piątki. Oczywiste było też poszczenie w Wielkim Tygodniu.

Dziś, zdaje się, zabrania się katolikom w Polsce jedzenia mięsa (ale łososia, kawior i czekoladę już można) w Wielki Piątek i w Popielec. Nawet Wigilia jest dziś postna tylko z powodu kulinarnych tradycji, bo i w ten dzień kościelny ścisły post już nie obowiązuje.

Ciągle wielu Polaków nie je jednak mięsa w piątek. Nadgorliwość? A może przyzwyczajenie, przy okazji dające korzyści dla zdrowia? Moi ś.p. Rodzice do końca życia pościli w piątek, i dodali też sobie drugi jarski dzień w tygodniu – wtorek – z powodów dietetycznych.

Kto wie jednak, może wielu katolików odczuwa potrzebę umartwienia się, poświęcenia, rezygnacji z czegoś? Znam młodych ludzi w Polsce, którzy w piątki poszczą i widzę, że nie tylko w polskich ale także w np. indyjskich czy wietnamskich restauracjach, w piątek wśród specjalności zawsze jest (nasz klient, nasz pan) jakaś ryba albo makaron.
Ciekawe, że w tych przykazaniach, regułach czy akcjach społecznych na ogół chodzi o rezygnację z czegoś. Zapewne czujemy wszycy podskórnie, że jednym z wielkich problemów naszego życia jest nadmiar: bodźców, pokus, wyborów, dźwięków, obrazów, zajęć, pracy, napięcia. Tak więc fundujemy sobie od czasu do czasu akcję Dnia Bez Czegoś.
W Warszawie był niedawno dzień darmowych przejazdów komunikacją miejską. Na tę okoliczność otwarto automatyczne bramki przy wejściach, a kanarzy tego dnia dostali chyba wolne.

Celem akcji było odciągnięcie ludzi od swoich samochodów. Ten dzień miał ich przekonać do wygody i sprawności metra. Podobne akcje były przeprowadzone w innych miastach Unii Europejskiej. Idea jest ładna i sensowna ale akcja okazała się, jak sądzę, mało skuteczna. Każdy kierowca kiedyś przecież przejechał się komunikacją miejską, a mimo to woli wygodę własnego samochodu. Oszczędności na darmowym przejeździe też były minimalne, skoro wiele osób posiada bilety ważne przez miesiąc albo dłużej (ja mam trzymiesięczny, na nieograniczone przejazdy metrem, tramwajami i autobusami, za 280 zł, czyli ok. 75 dolarów).

Zdaje się, że jest też obchodzony (jeśli to właściwe słowo) Dzień Bez Telefonu. W niektórych postępowych i światłych krajach europejskich próbowano uciszyć ludzi kłapiących bez ustanku do swoich komórek. Było to zaledwie kilka-kilkanaście lat temu, kiedy największą plagą wydawały się nam, toczone w miejscu publicznym, głośne rozmowy przez telefon komórkowy.

Dziś młodzi wgapiają się w ekrany smartfonów oglądając zdjęcia i filmiki, śledząc wieści na fejsie, grając w gry. Czasem zaczynają z furią ruszać kciukami, by wysłać tekst. Jazgot rozmów telefonicznych – tyle że wykonywanych przy pomocy telefonów komórkowych – został wyparty przez makabryczną ciszę i mentalną nieobecność. Będąc koło siebie, nie widzimy się, jesteśmy natomiast połączeni z Siecią.

Wyłączenie Internetu, choćby na jeden dzień, spowodowałoby ogromne perturbacje w bankowości, biznesie, przewozach lotnicznych. Dlatego zniszczenie połączeń, zdezorganizowanie połączeń funkcjonujących w sieci, jest celem hackerów, a być może i strategów wojennych.

Nam jednak chodzi o dobrowolną rezygnację z użycia Internetu, choćby na jeden dzień. Czy jest to możliwe? Ludzie starsi bez wirtualnej rzeczywistości mogą się obyć, a czasem nie są z nia w ogóle zaznajomieni. Gdy jednak widzę ludzi młodych, nie wyobrażam ich sobie funcjonujących wyłącznie „tu i teraz”, czyli w świecie realnym.

Nie widzę więc szans na ogólnospołeczny post, wyrzeczenie się Internetu. To musi być terapia szokowa, jak esperal wszyty alkoholikowi, albo przymusowa izolacja – w więzieniu, na letnim obozie, w prowadzącym terapię ośrodku.
Wtedy dopiero przekonalibyśmy się, czy potrafimy jeszcze funkcjonować bez blasku elektronicznych ekranów. I pojawiających się na nich co tydzień – przesyłanych emailem – tych felietonów z Polski.

 

Jan Latus