W piąteczki lubię napić się wódeczki. Rzecz jasna wieczorem, po pracy. Bez upijania się – dodam od razu, żeby uściślić to wyznanie i uspokoić abstynentów, ascetów i wszelkiej maści ortodoksów. Zazwyczaj odbywa się to przy kolacji według rytuału – seta, lorneta, meduza. Bywa, że wpadam w lekki stan błogości, który pobudza moją wyobraźnię i przenosi w ponadziemskie rejony. Na ogół po meduzie bardziej kocham bliźnich niż przedtem. Ostatnio gustuję w „Baczewskim”, czyli „Wódce Monopolowej” produkowanej w Wiedniu przez potomków słynnej lwowskiej firmy. Jest to elegancki trunek destylowany trzykrotnie z austriackich ziemniaków. Oleisty i łatwo przyswajalny przez organizm. Nie powoduje przykrych objawów dnia następnego. Do firmy „Baczewski” mam niemały sentyment jako potomek Dąbrowskich związanych ze Lwowem. (Dziadek Ignaś mieszkał na Jabłonowskich).

Wódkę tę polubił również mąż mojej ciotecznej siostrzenicy – Yukio T. – japoński kompozytor muzyki operowej. Ilekroć przylatuje do mnie z Tokio, już na progu woła – „Kartofle proszę”, co oznacza po prostu – otwieraj „Baczewskiego”! Mimo, że drobny, kruchy i wielce wydelikacony, jak przystało na japońskiego arystokratę, to jednak dużo może w tej mierze! Bywa, że popijamy kawał w noc. Snadź jego błękitna krew dobrze się wiąże z austriacką kartoflanką, destylowaną wedle dawnej polskiej receptury. Yukio przywozi z Japonii wymyślne smakołyki, które do tej wódki świetnie pasują. Nie mówiąc już o wielce wyrafinowanych deserach. Są tak pyszne, że aż żal je zjadać…

Ostatnio poszalałem sobie z „Baczewskim” wraz z parą młodych polskich dokumentalistów, kręcących krótkie filmy w Kanadzie i na Alasce. Oboje pasjonaci, oboje zdolni, oboje bardzo inteligentni. Ona śliczna, on pełen uroku i niebanalnych pomysłów. Chcieli wiedzieć tak dużo, że przez noc poszły na balkonie dwie litrowe butelki „Baczewskiego”, co oznacza, że skończył się już mój zapas. Będę teraz musiał pojechać z kimś samochodem do Trader Joe’s pod Trenton, bo tylko tam ten trunek można kupić. Ale cośmy się narozmawiali, tośmy się narozmawiali. Na tymże balkonie moi goście nakręcili spory materiał o nowojorczykach bawiących się na sąsiednich dachach i tarasach. Zamierzają jeszcze do mnie wrócić, by nakręcić dalszy ciąg pod hasłem „Dachy Nowego Jorku”. Temat ten i mnie pociąga od lat. Dwie silne lornetki już mi nie wystarczają do obserwacji, potrzebna jest luneta. Ale na nią mnie jeszcze nie stać. Niemniej odkładam co miesiąc po kilkadziesiąt baksów. Może w końcu uskładam. Muszę także odłożyć na nowy zapas „Baczewskiego”. Yukio już zapowiedział się w Nowym Jorku z nową operą. Tym razem starochińską. Podobno trwać będzie prawie osiem godzin. Jak ja to wytrzymam? No chyba że z „Baczewskim” w piersiówce.

$

Kiedy wracam w piątki z pracy przez ulice East Village udziela mi się radość młodych ludzi, którzy gremialnie idą do miejsc, w których mają się z kimś spotkać lub zabawić. Niekiedy bawią się parami, niekiedy grupowo w pubach, klubach, reastauracjach, na dyskotekach i w parkach. Patrząc na nich, uśmiechniętych i rozluźnionych, sam czuję się młodszy i tak jak oni odczuwam potrzebę zabawienia się z kimś lub samemu. Nie w każdy piątek piję „Baczewskiego”, bywa że kontentuję się tradycyjnie parzoną herbatą i układaniem pasjansa na wspomnianym balkonie. Naśladuję w tym wiadomego marszałka, który zapijał się mocną herbatą i odpoczywał przy pasjansie. Nie ma w tym niczego dziwnego, skoro pracuję w Instytucie jego imienia…

$

W Europie pojawił się popyt na nacjonalizm – zauważył Paweł Kowal w „Rzeczpospolitej”. W samej rzeczy tak jest. Idea ponadnarodowej zjednoczonej Europy przedstawiana jest obecnie jako coś niepotrzebnego, czy wręcz nienawistnego. Przygnębia mnie ten stan rzeczy, bo marzy mi się Europa jako solidarna wspólnota ponadnarodowa właśnie oraz ponadreligijna i bezklasowa. Wolna od jakichkolwiek totalitaryzmów i dyktatur. Kierująca się światopoglądem naukowym i zasadami demokracji. Hasła Wielkiej Rewolucji Francuskiej – „Wolność, Równość, Braterstwo” wciąż do mnie przemawiają. Nacjonalizm jest w moim przeświadczeniu wylegarnią zła i drogą do szowinizmu. Niestety zasady, na jakich Robert Schuman konstruował podwaliny Unii Europejskiej, zostały naruszone przez egoizm narodowy państw w tejże Unii najsilniejszych i najzamożniejszych. Nie udało się również uwolnić kapitału od narodowości a człowieka od jego natury. Po stokroć rację ma profesor Tadeusz Gadacz pisząc – „Dzisiaj jesteśmy świadkami kolejnej porażki idei oświeceniowych. Rozum zastępują emocje, a otwarcie na społeczeństwo światowe – dążenia nacjonalistyczne, izolacjonizm i egoizm narodowy”. Nacjonalizm to budzenie demonów. Boję się tego, co będzie, kiedy on zwycięży. Po raz n-ty przypominam twierdzenie Józefa Marii Bocheńskiego, wybitnego dominikanina i filozofa, że nacjonalizm jest dzisiaj czystym idiotyzmem. Mogę oczywiście przypominać to do woli, ale żadnego rezultatu nie będzie, skoro prezes Polski mówi raz po raz o państwie narodowym. Coraz częściej tęsknotę do państw narodowych ujawniają także liderzy prawicowych partii nie tylko w Polsce. Nad Wisłą narodowe stały się już nawet nauka i religia.

$

Rafał Olbiński, malarz, ilustrator i plakacista – „Nacjonalizm to najgorsza forma patriotyzmu i niestety ma on w Polsce sporo wyznawców. Te zaciekłe, napiętnowane nienawiścią do wszystkiego, co obce, gęby co rusz pokazują się na różnych manifestacjach. Do tego niosą krzyże, choć ich postawa jest zaprzeczeniem tego, czym jest chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo to empatia. Czy oni jakąkolwiek empatię do kogokolwiek odczuwają? Nie przypuszczam. To jest fanatyzm uważający, że wszyscy inni są gorsi od nas i powinniśmy ich wszystkich zniszczyć. To jest obrzydliwe”.

$

W głównym wydaniu „Wiadomości” w TVPiS kolejny już raz wysłuchałem informacji, że Polacy pod względem czytelnictwa są w Europie na szarym końcu. 63 procent narodu nie czyta niczego, dosłownie niczego, a 28 procent czyta mniej niż jedną książkę rocznie. To są oficjalne dane. Potwierdzane przez ośrodki badania opinii społecznej, GUS i Bibliotekę Narodową. Ten stan rzeczy nie zmienia się od lat. Tymczasem 81 procent ateistycznych zazwyczaj Czechów regularnie czyta książki, rozwijając jednocześnie sieć bibliotek i czytelni. Jakoś to nie zastanawia polskich narodowców oraz redakcji, stowarzyszeń i ugrupowań patriotycznych. W mediach prawicowych i narodowych to zagadnienie nie istnieje. Podobnie, jak i problem niewielkiego uczestniczenia Polaków w kulturze przez duże K. Podczas podniosłych manifestacji i marszów niepodległościowych nikt nie wzywa rodaków do czytania i chodzenia do teatru i na koncerty. Czyż nie jest tak? Nikt nie niesie hasła: „Prawdziwy patriota dba o język polski i czyta książki”. A przecież czas już najwyższy.

 

Andrzej Józef Dąbrowski