Ojciec koleżanki. Przy powitaniu ściskał zawsze za mocno. Za długo. Komplementował „kwitnący biuścik”. Miał w spojrzeniu coś lepkiego. Dziwnego. „Ale się rozkopałaś” powiedział przy śniadaniu, pewnego letniego poranka, gdy odwoził córkę do domku letniskowego nad morzem i został na noc. Minęło kilkadziesiąt lat, a ja nadal pamiętam to zdanie. I spojrzenie. Od którego robiło się niedobrze. Instruktor jazdy konnej „korygujący postawę”, dotykając tam, gdzie nie powinien. Zrezygnowałam po pierwszych zajęciach. Nie powiedziałam nikomu dlaczego. Wstydziłam się. „Sabrina”, „Samantha” – okrzyki kolegów z podwórka. I plakaty w „Bravo”, które wujek z Niemiec przywoził kartonami. Patrzyłam na obnażone, dorodne piersi piosenkarek w przemoczonych podkoszulkach i wstydziłam się jeszcze bardziej. Garbiłam. Zakładałam luźne swetry. Ale i tak było widać. „Cyce jak donice”. „Dydle”. „Wymiona”. Najgorzej było na zajęciach z wf – u. Przebieżki pod okiem starszych kolegów komentujących „atrybuty”. Nie było wtedy sportowych staników. Dziewczyny z większym biustem zasłaniały się rękoma. Albo były „niedysponowane”. Często miały usprawiedliwienie. Łatwiej było podrobić podpis rodziców, niż znieść kolejne upokorzenie.

Wyjazd do Paryża na Europejskie Spotkania Młodych. To był 1994 rok. Miałyśmy po siedemnaście lat. Tuż przed powrotem do domu nocowałyśmy w jednej z parafii na obrzeżach miasta. Wyszłyśmy na spacer. Zima. Ciemno. Nagle napadła na nas grupka czarnoskórych chłopców. Zaczęli się przystawiać. Czułyśmy ich kwaśne oddechy. Nie rozumiałyśmy, co mówią. Zrobiło się niebezpiecznie. W końcu udało nam się uciec. O paryskim „incydencie” nigdy więcej nie rozmawiałyśmy.

Kilka lat później byłam już w stałym związku, który dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Ale nadal zdarzały się ohydne zachowania, na które nie umiałam reagować. Instruktor jazdy samochodem, z lubieżnym uśmiechem mówiący o „parkowaniu tyłem”, który na placu manewrowym, kiedy byłam zajęta wrzucaniem wstecznego, próbował mnie pocałować. Miał rudego wąsa i śmierdział papierosami. Ojciec znajomego, z którym świętowaliśmy 4 lipca na nowojorskiej plaży. Słońce. Ocean. Kolega z dziećmi. Żoną. I „dziadkami”. Baraszkujemy w wodzie. Wysokie fale. Piski. Krzyki. Ogólne rozbawienie. I nagle nestor rodu łapie mnie centralnie za biust. Po raz kolejny: szok, niedowierzanie, brak reakcji. Bo wszystko dzieje się za szybko. I jest tak nieprawdopodobne i nie na miejscu, że zamiast walnąć dziada w pysk, stoję przez ułamek sekundy nieruchomo, zanim kolejna fala nie zwali mnie z nóg. A potem wracam na koc, a tam uprzejmy staruszek wyciera ręcznikiem wnuczkę i udaje, że nic się nie stało. Bo przecież nic się nie stało. Oj tam, rubaszny dziadzio pomacał sobie młodą pierś. I o co chodzi. Nie róbmy scen. Nie psujmy miłego popołudnia. Nie sprawiajmy przykrości jego żonie, która właśnie prosi, by nasmarował jej plecy. Co uroczy siwy pan chętnie czyni. W końcu jest przykładnym mężem, ojcem i dziadkiem. Pewnie potknął się o kamień i upadł tak niefortunnie, że aż musiał chwycić się cudzego biustu. Cóż, zdarza się.

Akcja #MeToo/ #JaTeż, którą zainicjowała Alyssa Milano, amerykańska aktorka i piosenkarka, pokazała jak wielka jest skala problemu. Miliony kobiet na całym świecie postanowiły podzielić się swoimi doświadczeniami. „W szkole. W gabinecie lekarskim. Na ulicy, wielokrotnie. W redakcji. W sklepie. W rozmowie. W związku. Słyszałam: „miej więcej poczucia humoru”, „przecież to komplement”, „wydawało ci się”, „ubyło ci?”, „bądź ponad to”, „nie przesadzaj” – napisała Magdalena Kicińska. „Kampania #MeToo otworzyła pudełko z opowieściami […] Czytane jednym ciągiem przerażają, ale i dają do myślenia. Mam wrażenie, że za kilka miesięcy przekaz się zradykalizuje i zamiast „jeden z kolegów”, „pewien lekarz” pisać będziemy imiona i nazwiska. Smutne to, jednak chyba już czas, aby mówić wprost i bez wstydu” – dodała Sylwia Chutnik. „Miałam 12 lat. Przyszedł monter do kuchenki. Wstydziłam się powiedzieć rodzicom, przyznałam się po latach. Niebezpieczeństwa i bezradność dorastającej dziewczynki przypomniały mi potem „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej” – to Justyna Sobolewska. „Kiedy weszłam do aktorskiego świata, okazało się, że upokarzanie i nadawanie mi roli obiektu seksualnego jest normą nie tylko dla reżysera, ale i dla kilkunastu osób z ekipy, które nie tylko na to pozwalały, ale i zachęcały do tego” – napisała Björk. „Dowiedziałam się, że reżyser może dotykać i napastować swoją aktorkę, a instytucje filmowe mu na to pozwalają. Kiedy odrzuciłam propozycję, obraził się, ukarał mnie i dał do zrozumienia wszystkim dookoła, że jestem trudna we współpracy” – dodała. Mimo, że artystka nie wymieniła nazwiska, od razu zorientowano się, że chodzi o Larsa Von Triera, który oczywiście zaprzeczył doniesieniom gwiazdy.

Skandal, który wybuchł po ujawnieniu przez „New York Times”, że hollywoodzki producent Harvey Weinstein przez trzy dekady molestował seksualnie kobiety z branży filmowej, okazał się wierzchołkiem góry lodowej. Do akcji dołączyły m.in. Meryl Streep, Angelina Jolie, Gwyneth Paltrow, Lady Gaga, ale przede wszystkim miliony zwykłych kobiet. Które nagle przestały się bać. I wstydzić. „Sześć lat, kuzyn lat 16. Dwa tygodnie ferii. Zostawałam z nim, kiedy babcia szła na zakupy. Kładł się na mnie, wkładał mi rękę między nogi, próbował całować. Powiedziałam mojemu rodzeństwu, ale dopiero niedawno. Tego kuzyna, już jako dorosła kobieta, spotkałam na weselu brata. Nie rozmawialiśmy. Nie odważyłam się nic powiedzieć” – napisała koleżanka. „Kolega ojca, który – choć miałam już osiem lat – na siłę sadzał mnie na kolanach. I niby gilgotał, podszczypywał, a tak naprawdę obmacywał. Stary zbok” – dodała inna.
Nie trzeba było długo czekać na głosy sprzeciwu części mężczyzn. Jedni – w duchu profesora Sklepowicza, znanego z medialnej wypowiedzi o, cytuję „ruchaniu” kobiet biorących udział w protestach, drwili „a kto by tam was chciał molestować”, inni dorzucali „przesada, niedługo spojrzenie uznacie za molestowanie”, albo drążyli: „dlaczego nic nie zrobiłaś?”, „dlaczego dopiero dzisiaj o tym mówisz?” – lub przerzucali winę na kobiety wedle seksistowskiej zasady pt. „sama tego chciałaś”, która w mniej wyrafinowanych intelektualnie środowiskach brzmi „jak suka nie da, to pies nie weźmie”. Tym razem jednak ich bełkot nie zdołał zagłuszyć głosu milionów kobiet, które doskonale rozumieją swoje prawa i potrafią stawiać jasne granice. „Już się was nie boimy” – piszą dziewczyny na całym świecie. I pokazują środkowy palec swoim oprawcom.

 

Weronika Kwiatkowska