Poniższa historia rozpoczęła się dla mnie dwa, może nawet trzy lata temu. Na jednym ze spotkań w „Kurierze Plus” znana fotografka, Zosia Żeleska Bobrowski powiedziała: „Mam obraz. Podobno ze szkoły Caravaggia. Chciałabym, abyś go obejrzał i ocenił.” I poszła.

Zaproszenie przyjąłem bez entuzjazmu. Ani nie jestem ekspertem, ani się nie znam na malarskich szacunkach, a wiem jedynie, że tego typu rewelacje należy przyjmować wstrzemięźliwie. Michelangelo Caravaggio, włoski artysta z przełomu XVI i XVII wieku, jest współcześnie najmodniejszym malarzem; koniunktura na niego przewyższa dziś poważanie dla Michała Anioła, Leonarda da Vinci, czy Rafaela, toteż jego tradycję przypisuje się, komu się da. Poza tym nie było czegoś takiego, jak „szkoła” Caravaggia; istnieli naśladowcy. Ilu? Jak daleko sięgało wpływy jego sztuki? Na ile o jakimś dziele można powiedzieć, że wywodzi się „ze szkoły”, a nie po prostu dany artysta korzysta z dorobku tradycji, nawet nie wiedząc, iż nawiązuje konkretnie do czyichś osiągnięć?

Po jakimś roku Zosia ponowiła zaproszenie. I nic. Gdy po raz trzeci zaczęliśmy o tym obrazie rozmawiać, późną wiosną tego roku, przyszła pora działania. Spotkanie, oglądanie dokumentów, fotografii, opowieść. Okazało się, że po rodzicach pozostał jej m.in. obraz, który wyglądał na stary, choć go w rodzinie Żeleskich raczej lekceważono, uważano go niemal za oleodruk ze świętą sceną. Gdy nasza fotografka zaczęła porządkować spuściznę rodzinną dała obraz do konserwacji i fachowej oceny.

Specjaliści krakowscy uznali, że obraz nieznanego autora przedstawia Matkę Boską z Dzieciątkiem i małym Janem Chrzcicielem w towarzystwie św. Antoniego Pustelnika. Przypuszcza się, że powstał w XVII wieku (nieomylnie wskazuje na to wiek drewna) i zdradza cechy stylistyki malarskiej północnych Włoch.

W opisie obrazu czytamy, że św. Antoni został przedstawiony z dzwonkiem (jeden z jego typowych atrybutów), zaś „młodzieńczy Jan Chrzciciel (…) podaje Jezusowi owoc granatu”.

Zdziwiła mnie ta identyfikacja autorytetów od sztuki. Owoc granatu jest symbolem św. Jana Bożego (Hiszpana z przełomu XV i XVI w.), któremu objawił się Chrystus. Trzymając w ręku połówkę owocu granatu i powiedział: „Janie Boży, swój krzyż znajdziesz w Granadzie”; „granada” po hiszpańsku znaczy także „granat”. Ten owoc tradycyjnie oznacza tego świętego, opiekuna biednych, chorych, kalekich.

Święty Antoni Pustelnik jest także patronem ludzi chorych, założycielem zakonu Bractwa Szpitalników. Jego członkowie od wieków zajmowali się chorymi, leczyli ich, a owoc granatu uważany był od wczesnego średniowiecza za mający właściwości lecznicze.

Gdybyśmy przyjęli taką interpretacje, obraz w posiadaniu Zosi Żeleskiej miałby jednoznaczną wymowę – religijno-medyczną: rodzina Żeleskich trapiona chorobami, oddaje się pod opiekę Matki Boskiej i świętych. Wierzy w nieśmiertelność i zmartwychwstanie (tradycyjna symbolika granatu).

Oczywiście nie musi być tak. Dziecko w towarzystwie małego Jezusa zwykle w ikonografii jest Janem Chrzcicielem. Urodzili się równocześnie, jego matka, Elżbieta, była krewną Marii. Jeśli przyjmiemy tę interpretację obraz jest niezborny, ale wciąż zachowuje medyczno-religijne przesłanie. W końcu XVII-wieczny, lokalny artysta nie musiał kunsztownie komponować dzieła, ani też znać całej tradycyjnej symboliki przedstawień. Najważniejsze, aby wymowa była właściwa.

Obraz na desce był bardzo zniszczony, kilkakrotnie poprawiany, podmalowywany, konserwowany. Po ostatniej renowacji Zosia Żeleska dała fotografię tego wizerunku do nowojorskiego Sotheby’s. Obraz wyceniono na mniej niż pięć tys. dolarów, a więc poza zainteresowaniem domu aukcyjnego.

Zdecydowanie za nisko! Ale eksperci amerykańscy oceniali dzieło pobieżnie, tylko na postawie fotografii, nie wzięli przy tym pod uwagę dodatkowych okoliczności, które wydatnie podnoszą rynkową wartość przedmiotu w jej posiadaniu.
W tego rodzaju ekspertyzach jednym z najważniejszych czynników oceny jest tzw. proweniencja obrazu, czyli jego historia. Tymczasem Zosia Żeleska nic na ten temat nie wie. Obraz po prostu był w domu rodzinnym. Gdzieś jednak jakieś dokumenty powinny być, skoro ród Żeleskich jest starodawny i znaczący. Z tej wielowiekowej tradycji musiało zachować się sporo zapisków.

Pierwsze dokumenty pochodzą z 1676 roku, kiedy król Jan III Sobieski nadaje Samuelowi Żeleskiemu, chorążemu „naszej jazdy pancernej, i wiernemu dworzaninowi naszego Królestwa, mężowi pochodzącemu ze starej rodziny”, cześnictwo inowłodzkie, gminy w dawnym województwie łódzkim.

Ów cześnik nakazał zbudowanie na swych włościach w Łagiewnikach drewnianej kaplicy pod wezwaniem św. Antoniego. Od tego roku datuje się fundacja Żeleskich i przybycie w to miejsce ojców franciszkanów. Tak powstało znane do dziś z różnych nadprzyrodzonych zdarzeń za sprawą cudownego źródełka sanktuarium św. Antoniego Padewskiego.

Wygląda na to, że nastąpiło pomylenie świętych, a może celowe ich zastąpienie. Mnisi osiadli w Łagiewnikach woleli za swego patrona św. Antoniego Padewskiego, franciszkanina z XIII wieku, niż Pustelnika, nie mającego z ich zakonem nic wspólnego. Czy obraz przedstawiający m.in. Wielkiego Szpitalnika, powstał na zamówienie dalekiego przodka Zosi Żeleskiej? Bardzo prawdopodobne: wiek się zgadza, intencja wizerunku się zgadza. Ów cześnik inowłodzki być może zamówił u wędrownego malarza – a wielu takich było – obraz dziękczynny za otrzymaną łaskę i zażegnanie zarazy bydła (jak głosi oficjalna wersja dziejów powstania sanktuarium), następnie zaś „podmieniono” świętych. W każdym razie, jak podkreśla moja rozmówczyni, św. Antoni należy do tradycji rodzinnej i imieniem tym obdarzani są wszyscy Żelescy; ona także na drugie ma Antonina.

Dziś w Łagiewnikach, niegdyś rodzinnej posiadłości fotografki, stoją dwie drewniane kaplice. Jedna skromna, druga okazalsza, wielkiej piękności, widać, że bardzo zabytkowa, kojarzy się zainteresowanym z tamtejszym źródełkiem o leczniczych, cudownych właściwościach i z nią, jak i z pochodzeniem całego sanktuarium, związana jest inna legendą o objawieniu, jakiego doznał pewien ubogi rzemieślnik: ukazał mu się św. Antoni i nakazał budowę kaplicy. Dziś Łagiewniki to miejsce pielgrzymek nie tylko ludzi pobożnych, ale i chorych, zdesperowanych oraz licznych turystów, podziwiających piękno miasteczka, okolicy, klasztoru.

Żelescy (niekiedy nazwisko to pisano: Żelewscy) sprawowali ważne funkcje społeczne, polityczne i zawodowe w monarchii austro-węgierskiej. Rozpierzchli się po dawnej Polsce. Bezpośredni przodkowie Zosi mieszkali a to we Lwowie, w Bochni, w Przemyślu, a to w Warszawie, część rodziny znalazła się nawet w Katowicach. Tam właśnie obraz przetrwał wojnę i potem przewieziono go do Krakowa, gdzie rodzina Zosi osiedliła się po 1945 r.

Sama Zosia Żeleska, mieszkanka Krakowa, skończyła architekturę na politechnice w tym mieście. Tam też zaczęła fotografować i wystawiać swe prace. Wyjechała najpierw do Kanady, a od 1987 roku mieszka na stałe w Nowym Jorku. Fotografuje namiętnie, jest artystką uniwersalną, równie doskonałą w portretach, co martwej naturze i pejzażach, a także zdjęciach rodzajowych. Jest najważniejszą dokumentalistką życia Polonii nowojorskiej. Działa w polskim Klubie Fotografika, wystawia, ciągle aktywna, pełna energii. Teraz spada na nią nowy obowiązek: uporządkowania bogatej, rodzinnej spuścizny, której tylko jedną niewielką częścią jest zabytkowy obraz.

 

Czesław Karkowski