Siedzę sobie na pięknym rynku. Wokół kilkusetletnie kamienice z fasadami jak z koronki.

Turyści mieszają się z miejscową ludnością i trudno te dwie grupy od siebie odróżnić. Większość ludzi ubrana jest swobodnie i takoż się zachowuje. Przeważają biali ale jest też sporo Arabów, Murzynów, Azjatów. Słyszę różne języki.

Na lunch zamawiam miejscową specjalność, potrawkę rybną i piwo, z którego Belgia słynie.

Jestem bowiem w Brukseli. Jestem na Zachodzie.

Czy jednak można ciągle tak mówić? Wszak nie ma już komuny, Żelaznej Kurtyny oddzielającej Wschód od Zachodu.

Kiedyś te różnice były kolosalne: nie tylko odmiennej spuścizny kulturalnej, mentalności i obyczajów ale też zamożności, wolności, bezpieczeństwa, wyboru towarów, czystości, estetyki. No i wyjazd na Zachód był czymś tak nieskończenie trudnym. Był wyróżnieniem, łaską władz, okazją wyrwania się z więzienia.

Czy będąc dziś na Zachodzie mamy ciągle poczucie, że jesteśmy w innym, lepszym świecie?

Teoretycznie, nie powinniśmy tak się czuć. Polska jest przecież członkiem Unii Europejskiej, należy do porozumienia Schengen. Nie ma już dla nas granic, swobodnie wymieniamy pieniądze, jeździmy gdzie chcemy.

Może więc pora opisać taki wyjazd na Zachód, jak on wygląda w 2017 roku. Dla mieszkańców Polski, zwłaszcza młodych, jest to – jak to się teraz zabawnie mawia – oczywista oczywistość. Dla amerykańskiej Polonii – może jednak nie, dlatego niech mi będzie wolno taką podróż opisać.

Odlot do Brukseli był z Modlina, nowego, małego lotniska na północ od Warszawy, obsługującego tanie linie.

Już mam bilet do Brukseli, kupiony w Internecie. Kosztował mnie 78 zł, z różnymi opłatami – 140 zł, ciągle więc mniej, niż bilet autobusowy z Nowego Jorku do Filadelfii, i to w jedną stronę.

Do Modlina odjeżdżają z różnych punktów Warszawy, jak Placu Defilad, autobusy, np. firmy Modlinbus. Także ten bilet kupuje się w Internecie. Przy wchodzeniu do nowego, klimatyzowanego autobusu wystarczy pokazać swój bilet na ekraniku smartfona.

Po 45 minutach jazdy drogą ekspresową jestem w Modlinie. Szybka odprawa (nie mam nawet podręcznego bagażu) i jestem na pokładzie tanich linii irlandzkich, Ryanair. Wystarczyło pokazać dowód osobisty. Nowy Boeing, ale starano się zaoszczędzić na czym się da: fotele mają cieniutkie oparcia, nie ma żadnych kieszeni ani ekranów. Za przekąski i napoje trzeba zapłacić, i to sporo. Ale kto kupowałby lotnicze jedzenie?

Za niespełna dwie godziny jestem już na Zachodzie. Kupuję polską kartą kredytową bilet na autobus i za 50 minut jestem w centrum Brukseli.

Mam kilka godzin dla siebie. Spotykam się z przyjaciółką z Polski, która właśnie podpisała tu kontrakt. Jemy lunch w turystycznej knajpie na rynku (Grand Place), płacimy kartą, kelner rozpoznaje nasz język i nawet mówi nam „Dziękuję” i „Do widzenia”.

Włóczę się po tych uliczkach bez celu. I cieszę się, że jestem na Zachodzie.Na czym to polega? Czy na „Zachodzie” wszystko jest ładniejsze niż w Polsce? Nie. Czy wszystko jest nowocześniejsze, czyściejsze? Też nie. Należy pamiętać, że w Polsce wiele rzeczy jest nowych, bo pojawiło się w ostatnim ćwierćwieczu. Rzeczy importowane, zbudowane, sfinansowane przez UE. Autobus, który wiózł mnie do Modlina nie był gorszy od tego w Brukseli. Nawet droga z Warszawy wygląda już przyzwoicie.

Pewnie w Warszawie zje się podobną kanapkę, wypije zbliżoną w cenie i smaku kawę.

Czy widzi się więc wielką różnicę zamożności? Też niekoniecznie. Oczywiście, Belgia to kraj od dawna bogaty i nie zdewastowany przez wojny, zabory, narzucony system polityczny. Widać to stare bogactwo, piękno autentycznie starych budynków. Powiedziałbym jednak, że nie ma u oszczędnych i skromnych Belgów takiego przepychu, odpału, jaki prezentuje dorabiająca się Warszawa, nie mówiąc już o Moskwie. Niekoniecznie jest też w Brukseli czyściej. Warszawa jest regularnie sprzątana, a ponieważ nie jest to miasto tysięcy sklepików i knajpek na parterach budynków, służby miejskie sprzątają glównie suche liście i niedopałki. W Brukseli chodniki gorszych dzielnic, jak Anderlecht, usłane są śmieciami i petami. Fasady wielu budynków są zniszczone a same sklepiki i knajpki nie mają tego rozmachu, nowoczesności i klinicznej czystości, którą gwarantują sieciówki w Polsce.

Skoro wiele rzeczy wygląda w Belgii nie lepiej niż w Polsce, na czym polega ta jej zachodniość?

Lepiej ode mnie opisuje kraje naszego regionu Ziemowit Szczerek. W swoich książkach-reportażach przemierza Rosję, republiki bałtyckie, polskie regiony przygraniczne, Niemcy, Węgry, Czechy, i zjeżdża na południe aż do Bałkanów. Szczerek skupia się na wyglądzie miast, kostki brukowej, fasad, polskiej „szyldozie” (jego określenie), polskim bałaganie, jakimś estetycznym nieładzie. Z wielką wrażliwością, patrząc na architekturę miast ale także rozmawiając z ludźmi, dostrzega swoistą mentalność tych narodów, mających podobno stworzyć grupę Międzymorze. Dostrzega wpływy niemieckie i wschodnie – i plasuje Polskę jak rzecz osobną, ani zachodnią do końca, ani wschodnią.

I ja tak uważam. Zachodniość Brukseli polega na rozmaitości: ras, ubiorów, kuchni, charakteru dzielnic. Choć budynki bywają podniszczone, ciągle barwy wydają się tam soczystsze, a zapachy – potraw i przypraw – wyrazistsze. No i ludzie: interakcje między nimi mają inny charakter niż w Polsce. Naszą krajową sztywność w obsłudze klienta zastępuje familiarność, uśmiech, swoboda. Może nie amerykańska ale jednak, właśnie, zachodnia.

Jak powiedziałem, Polacy bez przerwy podróżują za granicę. Młodzi możliwość wyjazdów uznają za coś oczywistego, im należnego. Podoba im się za granicą. Może nie potrafią tego nazwać – i nie mają historycznego odniesienia. Widzą więc te najbardziej powierzchowne rzeczy: zróżnicowanie, zmysłowość, kolory, zapachy. I uśmiechy.Podobało mi się na Zachodzie. Niedługo więc znowu gdzieś wyjadę.

Jan Latus