Kierowca rajdowy, alpinistka, podróżniczka, autorka książek. Magazyn „Forbes” uznał ją za najcenniejszą gwiazdę polskiego szołbiznesu. Martyna Wojciechowska – mimo ciężkiej choroby, dramatycznych wypadków, skomplikowanych operacji, którym musiała się poddać, ciągle znajduje siłę i odwagę, by realizować swoje pasje. Mówi, że gdyby nie narodziny dziecka, spędzałaby życie w górach. „Był taki moment po zdobyciu Mount Everestu, kiedy uważałam, że to moje przeznaczenie. Zamierzałam czas spędzać na wyprawach i wyobrażałam sobie, że to jest mój pomysł na życie na wiele lat. I jedyne, co zawróciło mnie z tej drogi i spowodowało, że zmieniłam kierunek, to były narodziny Marysi”- mówi Martyna. „Kilka miesięcy później pojechałam wspinać się na Antarktydę, chciałam się przekonać i udowodnić sobie, że nic się nie zmieniło, że będę tą jedyną kobietą na świecie, która pokaże, że można robić wszystko tak, jak wcześniej.

Na Antarktydzie miałam spędzić dwa tygodnie, ale nastąpiło załamanie pogody, wiele nieprzewidzianych sytuacji i nie było mnie prawie półtora miesiąca. Wtedy po raz pierwszy w życiu doświadczyłam tęsknoty. Takiej realnej, psychicznej, fizycznej. Każdej. Po raz pierwszy zastanowiłam się, co by było, gdybym tam, w tych górach zginęła. I poczułam pierwotny lęk. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam, mimo że kocham moich rodziców i nie chciałabym dostarczyć im żadnych trosk. Ale miłość do dziecka to zupełnie inny rodzaj miłości, poczucie ogromnej odpowiedzialności” – przekonuje Wojciechowska. Na pytanie jak godzi bycie matką z byciem podróżniczką, odpowiada – ale tylko kobietom. „Zwykle zadają je mężczyźni i uważam to pytanie za niezwykle seksistowskie” – wyjaśnia. „Jakoś nikt nie pyta mężczyzn biznesmenów, sportowców czy podróżników jak oni godzą wymagającą pracę, realizację pasji z byciem ojcem”- oburza się. „Ja dom tworzę sama, to ja jestem domem dla Marysi” – przekonuje dziennikarka. „Według mnie dom to nie miejsce, tylko ludzie. Staram się zapewnić mojej córce maksymalnie komfortowe warunki, choć nie ukrywam, że wyglądało to zupełnie inaczej, kiedy żył jej tata”- dodaje. (Jurek Błaszczyk był wybitnym nurkiem eksploratorem, rekordzistą Polski w nurkowaniu, uczestnikiem i organizatorem wielu projektów, autorem artykułów i bohaterem filmów nurkowych. Z Martyną Wojciechowską poznali się podczas wspólnej wspinaczki na jeden ze szczytów. Połączyła ich pasja do przygody i adrenaliny. Owocem ich związku była córka Marysia. Rozstali się krótko po narodzinach dziecka). „Zrezygnowałam z wielu zobowiązań, ustaliłam nowe priorytety, przeorganizowałam nasze życie” – mówi podróżniczka. „Teraz właściwie cała produkcja programu „Kobieta na krańcu świata” jest podporządkowana mojemu grafikowi i opiece nad Marysią. Taką mam pracę, że wyjeżdżam na krańce świata, ale nie pozwalam sobie na podróże dłuższe niż tydzień, dwa tygodnie. Potem wracam, ogarniam rzeczywistość- jestem mamą, która robi kanapki, wozi do szkoły, utula do snu. Później znów wyruszam w podróż, ale wygląda to inaczej niż kiedyś” – opowiada Martyna. „Wierzę głęboko, że najlepsze, co możemy dać naszym dzieciom, to inspiracja. Znam wiele matek, które zawsze są na miejscu, ale nie wkładają w rozwój swego dziecka szczególnej energii” – dodaje. „My razem czytamy, dyskutujemy, podróżujemy, uprawiamy sport. Staram się wychowywać Marysię w podobnym stylu, w jakim ja byłam wychowywana, dawać jej wolność wyboru” – podsumowuje. I namawia kobiety, by nie rezygnowały z siebie dla dzieci. Szczęśliwsze są bowiem te, które mają szczęśliwych i spełnionych rodziców.Kierowca rajdowy, alpinistka, podróżniczka, autorka książek. Magazyn „Forbes” uznał ją za najcenniejszą gwiazdę polskiego szołbiznesu. Martyna Wojciechowska – mimo ciężkiej choroby, dramatycznych wypadków, skomplikowanych operacji, którym musiała się poddać, ciągle znajduje siłę i odwagę, by realizować swoje pasje. Mówi, że gdyby nie narodziny dziecka, spędzałaby życie w górach. „Był taki moment po zdobyciu Mount Everestu, kiedy uważałam, że to moje przeznaczenie. Zamierzałam czas spędzać na wyprawach i wyobrażałam sobie, że to jest mój pomysł na życie na wiele lat. I jedyne, co zawróciło mnie z tej drogi i spowodowało, że zmieniłam kierunek, to były narodziny Marysi”- mówi Martyna. „Kilka miesięcy później pojechałam wspinać się na Antarktydę, chciałam się przekonać i udowodnić sobie, że nic się nie zmieniło, że będę tą jedyną kobietą na świecie, która pokaże, że można robić wszystko tak, jak wcześniej. Na Antarktydzie miałam spędzić dwa tygodnie, ale nastąpiło załamanie pogody, wiele nieprzewidzianych sytuacji i nie było mnie prawie półtora miesiąca. Wtedy po raz pierwszy w życiu doświadczyłam tęsknoty. Takiej realnej, psychicznej, fizycznej. Każdej. Po raz pierwszy zastanowiłam się, co by było, gdybym tam, w tych górach zginęła. I poczułam pierwotny lęk. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam, mimo że kocham moich rodziców i nie chciałabym dostarczyć im żadnych trosk. Ale miłość do dziecka to zupełnie inny rodzaj miłości, poczucie ogromnej odpowiedzialności” – przekonuje Wojciechowska. Na pytanie jak godzi bycie matką z byciem podróżniczką, odpowiada – ale tylko kobietom. „Zwykle zadają je mężczyźni i uważam to pytanie za niezwykle seksistowskie” – wyjaśnia. „Jakoś nikt nie pyta mężczyzn biznesmenów, sportowców czy podróżników jak oni godzą wymagającą pracę, realizację pasji z byciem ojcem”- oburza się. „Ja dom tworzę sama, to ja jestem domem dla Marysi” – przekonuje dziennikarka. „Według mnie dom to nie miejsce, tylko ludzie. Staram się zapewnić mojej córce maksymalnie komfortowe warunki, choć nie ukrywam, że wyglądało to zupełnie inaczej, kiedy żył jej tata”- dodaje. (Jurek Błaszczyk był wybitnym nurkiem eksploratorem, rekordzistą Polski w nurkowaniu, uczestnikiem i organizatorem wielu projektów, autorem artykułów i bohaterem filmów nurkowych. Z Martyną Wojciechowską poznali się podczas wspólnej wspinaczki na jeden ze szczytów. Połączyła ich pasja do przygody i adrenaliny. Owocem ich związku była córka Marysia. Rozstali się krótko po narodzinach dziecka). „Zrezygnowałam z wielu zobowiązań, ustaliłam nowe priorytety, przeorganizowałam nasze życie” – mówi podróżniczka. „Teraz właściwie cała produkcja programu „Kobieta na krańcu świata” jest podporządkowana mojemu grafikowi i opiece nad Marysią.

Taką mam pracę, że wyjeżdżam na krańce świata, ale nie pozwalam sobie na podróże dłuższe niż tydzień, dwa tygodnie. Potem wracam, ogarniam rzeczywistość- jestem mamą, która robi kanapki, wozi do szkoły, utula do snu. Później znów wyruszam w podróż, ale wygląda to inaczej niż kiedyś” – opowiada Martyna. „Wierzę głęboko, że najlepsze, co możemy dać naszym dzieciom, to inspiracja. Znam wiele matek, które zawsze są na miejscu, ale nie wkładają w rozwój swego dziecka szczególnej energii” – dodaje. „My razem czytamy, dyskutujemy, podróżujemy, uprawiamy sport. Staram się wychowywać Marysię w podobnym stylu, w jakim ja byłam wychowywana, dawać jej wolność wyboru” – podsumowuje. I namawia kobiety, by nie rezygnowały z siebie dla dzieci. Szczęśliwsze są bowiem te, które mają szczęśliwych i spełnionych rodziców.

*

Podobnego zdania o dawaniu wolności wyboru dzieciom jest Tymon Tymański, muzyk, autor audycji radiowych, felietonista i ojciec czworga. „Jestem liberalny i miękki. Staram się rozmawiać z dziećmi i wszystko tłumaczyć. Powtarzam i powtarzam te same rzeczy aż załapią. Uważam, że zasady muszą być. Ale mądre i elastyczne” – podkreśla. Jego dzieci „mają zdrowo jeść i pić zdrowe rzeczy, jadać słodycze od święta, szanować się nawzajem oraz spędzać dużo czasu na kreatywnej i fizycznej zabawie zamiast na ślęczeniu nad smartfonem czy tabletem”.

Z kolei Wojciech Kuczok, pisarz, scenarzysta, speleolog wychował się w domu z nadopiekuńczą matką i opresyjnym ojcem. O swoich doświadczeniach napisał w bestsellerowej książce „Gnój”, która została przeniesiona na ekran (film „Pręgi”). „System zakazów i nakazów był tak skomplikowany, że trudno mi było się w nich połapać” – mówi pisarz. „Ze względu na to, jak byłem wychowany własnym dzieciom pozwalam na wiele. Dbałem przede wszystkim o to, by się mnie nie bały. Nigdy nie podniosłem na nie ręki. Dowodem na to, że niczego dramatycznie nie spieprzyłem w wychowaniu moich dzieci jest fakt, że każdego roku chcą ze mną spędzać jakąś część wakacji. 16-letnia Zosia przyjeżdża ze Szkocji, 24-letni Staszek z Krakowa i jesteśmy razem. Nie wyobrażam sobie, żebym ja w tym wieku chciał spędzać czas z ojcem” – stwierdza Kuczok. „Nie uważam też, że mam zawsze rację. Miałem takie poczucie wynikające może z deficytów samoakceptacji, że moje dzieci są mądrzejsze ode mnie. A na pewno ode mnie, kiedy byłem w ich wieku” – mówi pisarz. „Gdy ojciec zamykał mnie na klucz i próbował być przerażający, i tak czułem się wolny. Mimo że ulegałem przemocy, nie był w stanie mnie zniewolić. Gdybym miał stosować zakazy wobec dzieci, to tylko w sytuacji, w której bym czuł, że mogą sobie zrobić krzywdę” – dodaje. *Katarzyna Bosacka, dziennikarka i autorka publikacji na temat zdrowia, wychowania dzieci i gotowania, uważa, że nie ma nic bardziej upiornego, niż rodzice, którzy mają pomysł na własne dziecko. „Rodzice zawsze dawali mi swobodę w wyborach artystycznych. Jeśli chciałam śpiewać w chórze, nie mówili mi, że powinnam grać na skrzypcach” – wspomina. Mimo to, dziennikarka jest dość pryncypialna. „Zasady są nam wszystkim potrzebne. Mam wrażenie, że każdy mój nastolatek się szarpie: potrzebuję wolności, a z drugiej strony – daj mi jakieś ramy, w których będę mógł funkcjonować, bo jeśli będziesz mi na wszystko pozwalać, pomyślę, że ci na mnie nie zależy. W końcu w życiu nigdy nie ma bezwzględnej wolności. Każdy z nas nieustannie podlega ograniczeniom: normom społecznym, presji, własnym słabościom”- wyjaśnia Bosacka. „Zakaz i nakaz to bardzo mocne słowa, ja je zamieniam na „zasadę” i „prośbę”. Zasady pomagają nam uporządkować życie”- przekonuje.

A jak Wy – drodzy czytelnicy – wychowujecie swoje dzieci?

 

Weronika Kwiatkowska