Znowu widzę siebie jak psa. Bez imienia i państwa. Bez smyczy i kagańca. Znowu widzę siebie jak psa. Taki w pół drogi pół-stan. Niby full, ale brak braw. Niby luz, ale widmo hycla. Wolność, ale gdzie miska? *

Znowu mnie dopada. Polska. Wsącza się przez okna. Setki okien. Które mogę zamknąć za pomocą niewielkiego krzyżyka w prawym rogu ekranu. Jednym ruchem palca. Ale już za późno. Podjęłam trop. I teraz węszę. Śledzę. Czytam komentarze. Setki komentarzy. Angażuję w rozmowę, o której wiem, że nie może się skończyć dobrze. A właściwie nie może się skończyć wcale. Będzie trwała przez lata. Będzie zatruwała kolejne pokolenia. Wykrzywiała języki. Wykoślawiała słowa. Wypaczała sensy. Wymazywała znaczenia i podstawiała nowe treści. Pod hasła na sztandarach. I nagłówki w gazetach. Bo mówimy innym językiem. Opowiadamy inną historię. Prawda – jak pisał poeta- ma dwie strony. Moją i twoją. Fakty dawno przestały się liczyć. Ważniejsza jest interpretacja. Kontekst. Intencja. Po czyjej jesteś stronie?

Po swojej.

Dużo czytam. Często jestem sama. Myślę. Że lepiej uprawiać codzienność. Hodować zwyczajność. Nie mieć czasu na zadawanie pytań. Kilka dni temu poparzyłam dłoń. Skóra zrobiła się czerwona. Przez chwilę piekła. Ale nawet nie włożyłam jej do zimnej wody. Nie miałam czasu. Musiałam wyjść z domu. Wieczorem ślad przybrał kolor brunatny. Przed snem posmarowałam urażone miejsce maścią. Nazajutrz zdrapałam strupek. Wychynęło różowe. Patrzyłam zafascynowana. Na zdolność regeneracji organizmu. Szybkość, z jaką rana się goi. Zabliźnia. Przypomniał mi się wypadek na rowerze. Kiedy błotnik wbił się głęboko w łydkę. I zanim pojawiła się krew, zobaczyłam kawałek białego. Byłam przekonana, że to kość. Ale nikt mi nie uwierzył. Fajny masz strup – powiedział, kilka dni później, kolega. Zostanie blizna – stwierdził tonem eksperta. Rozpierała mnie duma. Chciałam mieć ślad po wypadku na rowerze. To nobilitowało. Pielęgnowałam więc ranę starannie. I przez wiele lat pokazywałam trofeum. W końcu niewielka szrama zamieniła się w cieniutką kreseczkę. Aż zniknęła.

Czasem myślę tak o tamtym życiu. W tamtym kraju. Przeszłości, którą coraz częściej oglądam jak preparat w słoiku z formaliną. Są dni, kiedy odzywa się bólem. Fantomowym. Albo przypomina niezagojoną, jątrzącą się ranę. Ale coraz częściej zapominam. Zapachy. Smaki. Miejsca. Ludzi, z którymi po kilkunastu latach oddalenia, coraz trudniej znaleźć wspólny język. Ale także – a może przede wszystkim – zapominam o tym, co Gretkowska nazywa polskim mentalem, tym specyficznym pomieszaniem kompleksów z poczuciem wyższości. Przekonaniem, że można, a nawet trzeba, mówić innym, jak mają żyć, jak wyglądać, kiedy rodzić dzieci i ile. Bo że rodzić to wiadomo. Rozmnażanie jest sprawą kluczową. Podobnie pomnażanie. Dóbr. Kariera. Mieszkania w kredycie. I cały ten zestaw Małego Polaka z małego, lub nieco większego miasta. Który ustawia w hierarchii. Definiuje. Nadaje – pozorny, ale jednak- sens. Czego może się uchwycić bezdzietny, pozbawiony finansowego sukcesu, żyjący na kocią łapę i z kotem, wykorzeniony imigrant, wegetujący poza systemem? Pozornie jego sytuacja jest beznadziejna. Droga wyboista i – co gorsze – nie prowadzi do żadnego celu. A jednak to wybór tak samo uprawniony, jak każdy inny. Nie trzeba go oceniać. Lepszy. Gorszy? Nie trzeba się licytować. Nie trzeba się litować. Ani próbować zawrócić z obranej ścieżki. Nawet jeśli jest – jak u Frosta – tą mniej uczęszczaną.

Dwie drogi w żółtym lesie szły w dwie różne strony:
Żałując, że się nie da jechać dwiema naraz
I być jednym podróżnym, stałem, zapatrzony
W głąb pierwszej z dróg, aż po jej zakręt oddalony,
Gdzie widok niknął w gęstych krzakach i konarach;
Potem ruszyłem drugą z nich, nie mniej ciekawą,
Może wartą wyboru z tej jednej przyczyny,
Że, rzadziej używana, zarastała trawą;
A jednak mogłem skręcić tak w lewo, jak w prawo:
Tu i tam takie same były koleiny,
Pełne liści, na których w tej porannej porze
Nie znaczyły się jeszcze śladów czarne smugi.
Och, wiedziałem: choć pierwszą na później odłożę,
Drogi nas w inne drogi prowadzą – i może
Nie zjawię się w tym samym miejscu po raz drugi.
Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną –
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.**

 

* Krzysztof Zaleski, Jak dobrze.
** Rovert Frost, Droga nie wybrana.

 

Weronika Kwiatkowska