Nie ma piękniejszej pory roku, niż jesień, prawda? Zwłaszcza ta legendarna, złota polska jesień.
W słońcu pobłyskuje woda jeziorka w warszawskich Łazienkach. Przeglądają się w niej, wyciągając smukłe szyje, dumne łabędzie. Pod stópkami dzieci pochrzęstują liście, a są one w wielorakich kolorach.

Dzieci chodzą do parku nie tylko w niedziele, z rodzicami. Czasem idą tam w ramach lekcji przyrody. Ależ wtedy panuje radość! Wiadomo, że taka wyprawa do parku zajmie cały dzień, przepadnie więc lekcja matmy i polskiego.

Dzieci nie mają jednak laby. Obcując z naturą, uczą się przyrody. Zbierają liście i potem pracowicie, drobnymi paluszkami, wklejają je do zeszytów. A te najpiękniejsze, kto wie, może znajdą się w gablotce, za szkłem!

Dzieci uczą się gatunków drzew, który liść jest klonowy, a który dębowy. Zbierają też – ależ to radocha! – żołędzie i kasztany. Przyjemnie trzymać w ręku gładką kulkę kasztana. Przy okazji ma on ponoć właściwości lecznicze!

Fajnie spędzić kilka godzin w parku, trzeba jednak pamiętać, żeby mieć na sobie szaliczek i czapeczkę, polskie jesienne powietrze potrafi być bowiem bardzo rześkie. Nie przeszkadza to tylko, ubranym w rude futerko, wiewiórkom. Czasem – w Parku Łazienkowskim – na tyle śmiałych, żeby wziąć od człowieka żołędzia. (Są przy tym piękniejsze i nie tak asertywne jak ohydne, szarobure, amerykańskie wiewióry-szczury.)

Jeśli ktoś ma dzieci, nie ma doprawdy lepszej pory na odwiedzenie z nimi Polski, jak jesień. Szkoda, że wycieczka odbędzie się kosztem amerykańskiej szkoły, ale co tam – zdolny polski uczeń szybko nadrobi!

Dzieci nie tylko mogą zbierać w Łazienkach żołędzie. Moga też posłuchać recitalu chopinowskiego, tradycyjnie wykonywanego na świeżym powietrzu, obok pomnika tego rdzennie polskiego kompozytora.

Dziecko posłucha tej muzyki w najbardziej naturalnym otoczeniu, bo nie ma lepszego tła dla smętka mazurków jak szare, jesienne powietrze.

Jesień jest także okresem wielu rocznic. W zależności od pory przyjazdu, można utrafić na 1 września albo 17 września. To doskonała okazja, aby nasze latorośle zrozumiały lepiej tragizm naszej historii. A jeśli przyjadą później, albo się zasiedzą, 1 listopada, na Wszystkich Świętych, zrozumieją tragizm życia. Jak również polski, głęboki, poważny katolicyzm. Nie jakieś tam tańce i swawole nad grobem, lecz zacięte i systematyczne czyszczenie grobów, stawianie zniczy, modlitwa i zaduma.

Jakże błahe i powierzchowne, wręcz barbarzyńskie i zeświecczone, wydają się potem amerykańskie, wychuchane trawniki cmentarzy, czy przesadnie ozdobne grobowce na cmentarzach we Francji i Argentynie.

Gdy zaprowadzimy dziecko na polski cmentarz (a potem, w nagrodę, kupimy mu do zjedzenia pańską skórkę!), zrozumie ono też jakąś specyficzną dla nas symbiozę, jednię religijności, tradycji, historii i rodzinności.
Jeśli będziecie z dziećmi w Polsce na jesieni bardzo krótko, nawet jeden dzień, niech to będzie Wszystkich Świętych, i zabierzcie wtedy latorośl na cmentarz.

Ale ja tu się rozpisuję o warszawskich Łazienkach, a przecie Kraków jesienią jeszcze piękniejszy! I na Plantach dzieciaczki znajdą żołędzie oraz wiewiórki, a w nagrodę za dobre zachowanie dostaną po obwarzanku.

Dzieci – ale i dorośli – zauważą też, przy okazji bytności w Krakowie, kolejną piękną cechę polskiej jesieni. Łączy się ona ze starością: murów wawelskich, zniszczonych drewnianych ławek, staruszków w paltach, staruszek o lasce.

Wzruszający to widok, skłaniający do refleksji nad przemijaniem. Jest to też lekcja szacunku dla starszego pokolenia, szacunku mocno osadzonego w polskiej moralności.

Gdy już dziecko napatrzy się na sunących wśród zeschniętych liści seniorów, otwórzmy mu i uszy. Niech posłucha hejnału. Nie znudzi się, bo hejnał jest krótki, przerwany przez strzałę tatarskiego uchodźcy. A gdy już skończy się nagle hejnał, rozlegną się dzwony z kościelnych wież. A także stukot kopyt o bruk – to krakowskie dorożki.

Dziecko usłyszy poza tym głośną mowę odwiedzających krakowskie bary angielskich młodzieńców. Na pewno ucieszy się i poczuje swojsko słysząc swój pierwszy język – i to w arystokratycznej, wyspiarskiej wersji.

Ale dlaczego ciągle jesteśmy w miastach, skoro największą frajdą dziecięcej wizyty w Polsce jest pobyt na wsi? Zgoda, najwięcej dzieje się w lecie. Można popatrzeć wtedy na kosiarzy koszących żyto, fury zwożące siano (czasem pozwolą się przejechać!), koniki ciągnące kierat, krówki muczące prosząc, żeby je wydoić. W każdej zagrodzie jest też przesympatyczny pies łańcuchowy i kot dachowiec, chętnie łowiący myszy.

Lato to też pora obżarstwa owoców, okazja do kąpieli w rzece i zbierania jagódek w lesie. Ale i jesień jest na wsi urokliwa. Na przykład można zabrać dziecko do lasu, żeby nauczyło się zbierać grzyby. Nauczy się też, że największe zagrożenie, największa trucizna ma kolor czerwony.

Przy zbieraniu grzybów można czytać dzieciarni stosowny fragment „Pana Tadeusza”. Gdy dziecko będzie chciało więcej – a na pewno będzie chciało – bardzo na miejscu będzie opis polowania.

Nawet gdy dziecko nie trafi na wieś, pozna zapachy polskiej jesieni wizytując jeden z urokliwych bazarków w polskich miastach. U poczciwej babuleńki na straganie pachną smakowicie rydze, podgrzybki, borowiki i kurki. To okazja aby nasi potomkowie, tak niestety się amerykanizujący, poznali niepowtarzalne zapachy polskiej jesieni: mokrego mchu, rzeczonych grzybów, straganów ze śliwkami, gruszkami i jabłkami, wreszcie woni mokrej ziemi i ziemniaków, idą bowiem wykopki.

Gdy – umiejętnie przez nas prowadzone i pouczane podczas pobytu w kraju – dziecko powróci do sterylnej, plastikowej, bezzapachowej, błyszczącej zębami fałszywych uśmiechów Ameryki, będzie tęskniło do zapachu kartofli, błyszczącej sierści krowy rasy polskiej, smaku staropolskiego bigosu i świateł zniczy na grobach męczenników za narodową sprawę.

Dziecko spochmurnieje, może wpadnie w depresję, ale też pogłębi się, zmądrzeje, stanie się dojrzałe nad wiek.
I będzie to odpowiedni moment, żeby zacząć je wprowadzać w polską politykę.

 

Jan Latus