Korzystam ze słonecznych dni i pomykam na moim rowerowym kucyku to tu, to tam. Kucyk jest chyba starszy ode mnie i wzbudza zainteresowanie archaiczną przerzutką i dynamowymi lampkami przymocowanymi do przedniego koła. Zwracają na nie uwagę, nie tylko przechodnie, ale i policjanci. Raz i drugi musiałem im nawet udowodnić, że te lampki świecą. Przyłożyłem więc prądnicę do opony i pojechałem. Policjanci myśleli, że im ucieknę, ale kiedy po po kilkudziesięciu metrach zawróciłem, nie kryli zdziwienia, że to oświetlenie działa. Zdziwienia nie kryją też klienci i pracownicy sklepów rowerowych i punktów naprawczych, gdzie dopompowuję opony. Kucyk jest moim czwartym nowojorskim rowerem. Pierwszą angielską wyścigówkę zajeździłem na amen, pomykając nią codziennie do pracy, najpierw w redakcji „Nowego Dziennika” na środkowym Manhattanie, potem redakcji „Głosu” na Greenpoincie a następnie w „Naszym Radiu” położonym w Fort Lee po drugiej stronie Mostu Waszygntona. Drugą wyścigówkę, również angielską, podarowałem po sporym przejeździe zaprzyjaźnionemu malarzowi, który rozpaczał, że musi mieszkać aż na Far Rockaway. Była dlań nagrodą pocieszenia. Trzeci rower – wysoki, solidny, na mocnych kołach i z pojemnym koszem służył mi głównie jako wehikuł towarowy. Niejedną półkę na książki na nim przewiozłem. Serio! Nie mówiąc już o opasłych księgach ze „Strandu” i warzywach zakupionych na pobliskim Union Square. Niestety ktoś mi tenże rower ukradł, korzystając z zapamiętania, z jakim oglądałem zabytkowe wydanie „Dzieł wszystkich” Szekspira. Było ono wyłożone jako księga specjalna na reklamowym stole przed Szekspirowską Księgarnią na rogu Broadway’u i Amsterdam Avenue, dziś już nieistniejącą. Piękna oprawa i równie piękne ilustracje sir Johna Gliberta, George’a Cruikshanka i Roberta Dudleya tak mnie zachwyciły, że rower oparłem o pobliskie drzewo i oglądałem je jedna po drugiej. Podczytywałem także swoje ulubione „Sonety” i wyszukiwałem rysunkowe puenty ulubionych scen w komediach. Jakże często dowcipne. Natomiast ilustracyjne puenty dramatów i tragedii były trafieniem w samo sedno. W końcu ta przepiękna księga tak mnie zaanektowała, że ją kupiłem, nie zastanawiając się, skąd wezmę pieniądze na przeżycie do pierwszego. Kiedy chciałem ją włożyć do bagażowego kosza, okazało się, że roweru nie ma, ani przy drzewie, ani pod księgarnią. Dźwigałem zatem w rękach to szekspirowskie opus magnum, ważące z futerałem prawie sześć kilogramów.

Następnego dnia kupiłem na bazarze ze starociami owego kucyka. Nie był tani. Sprzedawca traktował go jak zabytek, zażądał zatem całkiem niezabytkowej ceny. Nie mam już siły jeździć nim przez Williamsburg Bridge do pracy w Instytucie Piłsudskiego, ale wskakuję nań przy sprzyjającej pogodzie i jadę w miasto, by oglądać zachodzące zmiany. Za każdym razem dostrzegam coś innego. Ostatnio lubię przysiadać na krzesełkach na placach lub w parkach i przyglądać się przechodniom. Tak bardzo już oderwałem się od codziennego życia, wchodząc w swój świat, że obserwowanie ludzi „z zewnątrz” stało się dla mnie wciągającym zajęciem.

$

Kiedy byłem początkującym reżyserem teatralnym, nie wiedziałem jak układać sceny miłosne, żeby były dostatecznie prawdziwe. W dramatach nie ma na ogół szczegółowych wytycznych na ten temat, zatem trzeba posiłkować się własnym doświadczeniem. A tu klops. Bo, owszem, jako kochający byłem inicjatorem i współtwórcą zachowań miłosnych, ale jednocześnie siebie samego w nich nie obserwowałem. Zacząłem zatem przyglądać się zakochanym parom na ulicach, w parkach, kinach, kawiarniach, na uczelniach i w ustronnych miejscach. I to pomogło! Dziś przyglądam się im już nie jako reżyser, tylko publicysta. Szukam tego, co nietypowe. Najwięcej osobliwości dostrzegłem w Paryżu, Rzymie, Wenecji i na Sycylii.

$

Jeden z uważnych Czytelników „Kuriera Plus” ma do mnie żal, że we wspomnieniu o Elżbiecie Barszczewskiej, opublikowanym w poprzednim numerze, pominąłem „piękną kartę okupacyjną tej wielkiej aktorki”. Rzeczywiście tak się stało. Ze względu na szczupłość przyznanego mi miejsca, musiałem dokonać ostrej selekcji elementarnych informacji. Teraz gwoli ekspiacji przypomnę, że pani Elżbieta podczas wojny podporządkowała się uchwale Związku Artystów Scen Polskich (ZASP-u) i mimo nacisków i prób szantażu nie występowała w spektaklach i filmach powstających pod zarządem niemieckim. Utrzymywała się z pracy kelnerki w słynnej kawiarni „U Aktorek” w Warszawie, w której był jeden z punktów kontaktowych AK. Jednocześnie uczestniczyła w podziemnym życiu teatralnym stolicy, biorąc udział w koncertach poetyckich i tajnych przedstawieniach. Zagrała Kornelię w „Irydionie” Zygmunta Krasińskiego wyreżyserowanym przez Mariana Wyrzykowskiego i przygotowywała rolę Heleny w spektaklu „Wojny Trojańskiej nie będzie” Jeana Giraudoux. Razem z Wyrzykowskim wystąpiła w pierwszym wieczorze autorskim Tadeusza Borowskiego. Była jednym z zakładników za zamach na Igo Syma i po uwięzieniu w katowniach na Pawiaku i w Alei Szucha cudem uniknęła wywózki do Oświęcimia. Po wybuchu Powstania została pojmana przez Niemców na Mokotowie, po czym wygnana wraz z matką i pozostałymi lokatorami z kamienicy przy Chocimskiej 15. Na ich oczach Niemcy podpalali miotaczami ognia jedno mieszkanie po drugim. W mieszkaniu Barszczewskiej spłonęły cenne teatralia, biblioteka i dzieła sztuki, w tym także portrety i rzeźby przedstawiające ją samą oraz unikatowy zbiór 50 oryginalnych fotografii Heleny Modrzejewskiej w różnych rolach. Później nastąpiła gehenna w mokotowskich piwnicach, gdzie aktorka opiekowała się rannymi oraz matką i niesprawną kuzynką. Recytowała tam także wiersze powstańcze i poematy o tematyce narodowej. Powstańcy wspominali to ze wzruszeniem. Po kapitulacji została wywieziona do obozu przejściowego w Pruszkowie. Stamtąd udało się jej wydostać dzięki pomocy sławnego karykaturzysty Eryka Lipińskiego. Do czasu tzw. wyzwolenia ukrywała się pod przybranym nazwiskiem w podwarszawskim Milanówku.

$

Z „ABC Warszawy” i Wikipedii – „Kawiarnia >U Aktorek<- ul. Mazowiecka 5, jeden z najpopularniejszych a zarazem najdroższych lokali Warszawy podczas okupacji. Kawiarnia mieściła się w pałacyku Łubieńskich i funkcjonowała od wiosny 1940 r. do 15 sierpnia 1944 roku. Początkowo lokal mieścił się przy ulicy Pięknej 12 [na rogu Alei Ujazdowskich – przyp. ajd], ale po utworzeniu dzielnicy niemieckiej przeniesiony został do budynku przy Mazowieckiej 5. Pracowali tam popularni i lubiani aktorzy teatralni, filmowi, tancerze i muzycy, m.in. Mieczysława Ćwiklińska, Janina Romanówna, Jan Kreczmar, Marian Wyrzykowski, Mieczysław Fogg, Witold Lutosławski, Witold Rowicki, czy młoda i śliczna Elżbieta Barszczewska. Bywanie tam uchodziło za patriotyczny obowiązek”.

Andrzej Józef Dąbrowski