„Urlop dzisiaj nie służy bowiem wyłącznie temu, by choć na dwa tygodnie odciąć się od bliskich i przełożonych i na fotogenicznych odludziach, w miasteczkach Andaluzji bądź Kalabrii, nad Morzem Jawajskim lub w Bieszczadach odbudowywać duszę i organizm zrujnowane przez turbokapitalizm. To również okazja – często jedyna taka w roku – żeby wrócić do pradawnych, szlachetnych form obcowania z literaturą i spróbować żyć, jak za pierwszych dni stworzenia, kiedy mieliśmy nudę, długie wieczory, telefon na poczcie, a w głowie ład i własne myśli. […] Kiedy wielogodzinna sesja z książką na podołku nie wywoływała u postronnych zdziwienia i współczujących półuśmiechów – kiedy nie stanowiło to dowodu lenistwa. Kiedy jako odbiorcy kultury nie byliśmy jeszcze przebodźcowanymi, nieszczęśliwymi wieprzami, chłepcącymi na wyścigi to, co leje im się przez całą dobę do paru korytek naraz. Urlop daje szansę, by na powrót zostać anakondą, która z godnością i powoli trawi na uboczu swoją książkową ofiarę”- pisze Łukasz Najder w Dwutygodniku. I czyta „Moją walkę” Karla Ove Knausgarda, książkę składającą się z pięciu tomów*, 3251 stron, na których drobiazgowo opisuje codzienne rytuały. „Butelka piwa zasługuje na tyle samo uwagi, co pojęcie miłości”- twierdzi autor sagi. I – co najdziwniejsze – w czasach, gdy zdanie „nie czytam książek” jest wypowiadane bez wstydu, a czasem z dumą, nadal znajdują się dziwacy, którzy postanawiają spędzić kawał życia z norweskim pisarzem. I śledzą losy 47-letniego rozwodnika, niespełnionego literata przekonanego o własnej genialności, który na kolejnych stronach dokonuje bolesnej wiwisekcji. W epoce informacji zredukowanej do 140 znaków na Twitterze, paska telewizyjnego i chwytliwego tytułu w gazecie, 3251 stron brzmi nieprzyzwoicie. A jednak Knausgard został okrzyknięty literackim objawieniem. Proustem XXI wieku. Jak na prawdziwego ekshibicjonistę przystało, opisał rodzinę w skali 1:1, ujawniając najciemniejsze sekrety, słabości, wstydliwe nawyki. Przed publikacją jej członkowie mogli przeczytać dzieło. Część z nich wystąpiła na drogę sądową i domagała się wstrzymania druku. Skandal – jak łatwo się domyślić – tylko pomógł książce. W samej Norwegii sprzedano pół miliona egzemplarzy „Mojej walki”. Powieść została przetłumaczona na 22 języki, a pierwsza część znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa.

Kilka dni temu odwiedziłam księgarnię na Greenpoincie. Obok toruńskich pierników, szalików z napisem Polska, biało-czerwonych koszulek, czapek, fantazyjnych kapeluszy, dewocjonaliów, papieży na ścianę, lodówkę i ołtarzyk, były też książki. A wśród nich pierwszy tom Knausgarda. Przeczytałam kilka fragmentów. Jeden z nich brzmiał podobnie, do cytowanego w recenzji: „Włożyłem ziemniaki do wody, którą ciepło już wprawiło w ruch, na powierzchnię wydobywały się niewielkie kręgi. Znalazłem sól, stała na wyciągu w małym wikińskim stateczku ze srebra, którego wiosło było łyżeczką, nasypałem jej trochę do garnka, pokroiłem kalafior i włożyłem do rondla”. Pomyślałam, że potrzebuję naprawdę długich wakacji, by niczym wspomniana anakonda zaszyć się w ustronnym miejscu i strawić ponad trzy tysiące stron opowieści o zwykłym życiu. I że prawdopodobnie one nigdy nie nadejdą. Te wakacje. A gdyby nawet, to zawsze będzie jakiś ważniejszy tytuł, nowa powieść ulubionego pisarza, reportaż nagrodzony Nike, długo wyczekiwana biografia klasyka, wywiad rzeka z nieprzysiadalnym poetą, zbiór wierszy wydany pośmiertnie i tak dalej. I tak dalej. Lista rozrasta się. A czas kurczy. Dlatego trzeba przed snem. W drodze do pracy. W pracy – jeśli się uda. W dni powszednie. I w niedziele. Nieustępliwie. Zachłannie. Totalnie.

Czytać.

*

Intensywne obcowanie z literaturą – o czym pisze w felietonie Najder – postrzegane jest, coraz częściej, jako strata czasu. Fanaberia. Objaw lenistwa. Życiowej niezaradności. Zamiast pracować, pomnażać majątek, robić coś pożytecznego, tracimy energię na czynności bezcelowe. Odkąd pamiętam słyszałam zdanie: „nie mam czasu czytać”. Kiedyś było wypowiadane w tonie usprawiedliwienia, dzisiaj brzmi jak zarzut. Oświadczenie „Jestem zajęta/y” sugeruje, że mam coś ważniejszego do roboty. Że moje życie jest intensywniejsze, barwniejsze, ciekawsze. Czytanie to zajęcie dla nudziarzy. Po co spędzać godziny z książką, jeśli można w tym czasie rozwijać pasje sportowe, podróżnicze, kulinarne? Albo niczego nie rozwijać. A tylko zalegać. Przed telewizorem. Komputerem. Gapiąc się w migający ekran.

*

Nieczytających poznaję bez trudu. Dziwią się, że mam tyle książek w domu. Uśmiechają, gdy opowiadam o Ridgewoodtece. Zadają pytania natury pasywno-agresywnej: ktoś przychodzi na te spotkania? Żartują: zadajesz lektury do domu? Dają do zrozumienia, że gdyby nie dzieci, praca, mąż, joga to siedzieliby w książkach, ale. „Nie mogą sobie pozwolić na taki luksus”. Ale. Mieszkają za daleko. Ale. Pracują do późna. Ale. Mają obowiązki. Ale. Pogorszył im się wzrok. Ale. Są za starzy. Ale. Zasypiają po przeczytaniu dwóch stron. Ale. We współczesnej literaturze nie znajdują nic ciekawego. Ale. Szkoda im czasu.

Choć z czytającymi rzadko rozmawiam o książkach (wyjątek stanowią spotkania Klubu), to z nieczytającymi coraz częściej brakuje płaszczyzny porozumienia. Wysyłamy komunikaty z innych galaktyk. Nie potrafimy się spotkać. Kiedy przebrniemy przez mgławicę informacji o dzieciach, pracy, karierach, domach i kredytach, wpadamy do czarnej dziury niezręcznego milczenia, którą próbujemy zasypać kolejną porcją nieistotnych detali, powierzchownych opinii, trywialnych historii bez puenty. Inspirująca rozmowa, prawdziwe spotkanie, to dzisiaj święto.

Trochę nad tym boleję, a trochę nie. Mam potrzebę kontaktu z ludźmi, ale – jak pisał Konwicki – „nie przypadkowego, tylko jakiejś bliskości charakteru, myślenia, nastroju”. Jeśli nie mogę na to liczyć, wolę zostać w domu. Z kotem. Książką. I poczuciem, że nic mnie nie omija.

 

Weronika Kwiatkowska