Stary Piero della Francesca wraca do San Sepulcro, rodzinnego miasta, gdzie mieszkają jego bracia, gdzie zgromadził całkiem spory majątek. Stary Piero della Francesca wraca do San Sepulcro, rodzinnego miasta, gdzie mieszkają jego bracia, gdzie zgromadził całkiem spory majątek. 

Opłacano go dobrze za jego usługi, on sam był niezmiernie zapobiegliwy. Dbał, aby nie roztrwonić bogactwa, którego źródłem była jego niezwykła sztuka, a przeciwnie – pomnożyć je. Kupował domy, place, inwestował w nieruchomości. Zmarł jako bogacz, majątek pozostawił rodzeństwu i ich potomkom. Przez całe życie był samotny, nie miał żony, dzieci, a mimo iż pozornie nie miał się o kogo troszczyć, to jednak stale martwił się o przyszłość, obsesyjne zabiegał o kolejne zamówienia, wybiegał myślą w przód, by już dziś, teraz, zadbać o dzień jutrzejszy. Skrzętnie gromadził pieniądze, a świadom ich ulotności, inwestował w to, co trwałe, pewne – w nieruchomości. Bał się przyszłości, bał się życia z jego nieustannymi niespodziankami. Zabezpieczał się zawczasu przed przyszłą, ewentualną odmianą losu na złe, na gorsze. Żył w czasach niepewnych, ale jakie są pewne? Prawie nie ma pokolenia na ziemi, które mogłoby powiedzieć, iż żyje w czasach bezpiecznych, spokojnych, stabilnych, że nic mu nie zagraża.

Piero znajdował pewność, trwałość, solidną stabilność w swych dziełach – słynnych z równowagi kompozycji, opanowania rzeczywistości przedstawionej, nieruchomego spokoju. Na zewnątrz, wokół niego świat się walił, w wyobrażeniu ówczesnych – zmierzał szybko ku dramatycznemu końcowi, wprost do apokalipsy. Zło zdawało się brać górę, szatan zwyciężał. Upadało Bizancjum pod kolejnymi ciosami wojującego islamu, Kościół zachodni także zdawał się chylić ku nieubłaganej ruinie. Rzymem, Watykanem, które winny być ostoją moralną, politycznym centrum świata, wstrząsały konflikty, walki o władzę. Bankrutowały najwyższe autorytety,

A do tego jeszcze i nieustanne, wojenki, podchody między władcami miast i miasteczek włoskich.

Maluje jeszcze trochę, w tym, zaginiony ołtarz oraz „Madonnę di Senigallia”, wielkiej piękności obraz zapewne wykonany jeszcze za bytności w Urbino, choć skomponowany dla kościoła w miasteczku Senigallia nad Adriatykiem. Ale zmierza już ku domowi w San Sepolcro, zamieszkuje tu na stałe. W rodzinnej miejscowości spędził co najmniej 15 ostatnich lat życia. Umiera 12 października 1492 roku. Co za symboliczna data! To dzień, w którym Krzysztof Kolumb zobaczył brzeg nieznanego lądu. Narodziny nowożytnej epoki, otwarcie horyzontów na nowy świat i zarazem cichy, mało istotny dla potomności zgon malarza zapatrzonego wstecz, rozpaczliwie usiłującego przywrócić ginący świat Średniowiecza. Rodząca się nowa epoka przerażała go.

Ile miał lat w dniu śmierci? Nie wiadomo. Ponieważ nie jest znana data jego urodzenia, toteż różnie ocenia się wiek malarza. Rozpiętość przypuszczeń co do jego narodzin jest ogromna – między 1412 a 1422 rokiem. Czy to ważne? Oczywiście, chcemy wiedzieć jak najwięcej, precyzyjnie i dokładnie. Ja wybieram najprawdopodobniejszą dla mnie datę 1418 albo 1419. Dlaczego? W 1416 pobierają się przyszli rodzice Piera. Ponieważ był on trzecim z kolei synem tego małżeństwa, tedy zapewne przyszedł na świat w tych właśnie latach. Mógł urodzić się i później, ale wtedy jego dokonania wydają się mało prawdopodobne z uwagi na młody wiek. Ale może był genialnym artystą (co do tego nie ma wątpliwości), „Mozartem malarstwa”, który z wielkiej sztuki zasłynął w bardzo młodych latach. I to możliwe.

Pierwszy biograf artysty, GiorgioVasari pisze, że Piero oślepł na starość. Zachowała się enigmatyczna notatka sporządzona w 1556 r. przez Marco di Longaro, rzemieślnika wyrabiającego latarnie. Powiada on, iż jako chłopak prowadził starego, niewidomego malarza po ulicach San Sepolcro, do miejsc, gdzie znajdowały się obrazy czy freski artysty. Della Francesca siadał w milczeniu, albo kazał sobie opowiadać, co na jego malowidłach widać.

Nawet nie wiadomo, czy jest to wiarygodna informacja. Są powody, by wątpić w ten przekaz. Poruszył jednak potomnych. Zbigniew Herbert w „Barbarzyńcy w ogrodzie” przywołuje obraz ślepego twórcy prowadzonego przez małego Marco. Francuski autor, Pierre Michon w „Masters and servants” cały rozdział książki poświęca impresjonistycznemu przedstawieniu wędrówek starego, niewidomego malarza (nazwanego Piero di Lorentino) chodzącego ulicami San Sepolcro dzięki pomocy chłopca imieniem Marco. Wzruszająca scena: artysta, który chce ponownie przeżywać swoje dzieła. Niewidomy, każe sobie o nich opowiadać, jakby chciał raz jeszcze doświadczyć rozkoszy tworzenia: tu biel, tam czerwień, ówdzie silnie nakreślony profil. Niesprawna, starcza ręka odzyskuje w myślach dawną zręczność.

*

Moja opowieść o Piero della Francesca dobiega końca. Kim był ów enigmatyczny twórca – ceniony wysoko za życia, ale już pod koniec swej ziemskiej wędrówki – zapominany, a nawet lekceważony? Wiele jego fresków zniszczono traktując jako pozostałości przeszłości, niewarte zachowania – idą nowe czasy.

Był epigonem pewnej epoki, zwanej bardzo nieprecyzyjnie wczesnym renesansem. Raczej niż styl, był to ruch indywidualnych artystów w kierunku poszerzenia granic malarstwa, nadania przedstawieniom bardziej realistycznego charakteru – zakładając, że raczej intuicyjnie wiemy, co to słowo znaczy. Della Francesca korzystał z dziedzictwa sztuki bizantyjskiej – hieratycznej, wzniosłej, monumentalnej, a przede wszystkim całkowicie spirytualnej. Duchowe, religijne, idealne treści próbował ująć w zmysłowej formie plastycznej.Wkrótce zapomniano o nim na wieki. Zaczęto go odkrywać dopiero w połowie XIX wieku, ale to już zupełnie inna historia…

 

Czesław Karkowski