Już naprawdę chciałbym skończyć ze sprawami związanymi z niedawną śmiercią mojego Ojca. Nie chciałbym też tej śmierci cynicznie wykorzystywać jako tematu artykułów.

Po namyśle – i po pewnym uspokojeniu emocji – uznałem jednak, że Czytelnikom należy się trochę informacji. Skoro pisałem o chlebie, bo tu chodzę do piekarń, niech podzielę się radami praktycznymi dotyczącym pogrzebów.

Jest kolejny tego powód: wielu Czytelników mówiło mi, reagując na moje teksty, że rozumieją świetnie to, co piszę, gdyż byli lub są w podobnej sytuacji. Także mają starych rodziców, też się nimi zajmowali, musieli ich pochować, teraz zajmują się ich spuścizną i majątkiem.

Po kolei zatem. Jak już kiedyś sardonicznie pisałem, domy pogrzebowe to wielki w Polsce biznes. W mojej okolicy są trzy i są to duże firmy, mające oddziały w różnych częściach miasta – najokazalsze na cmentarzach; kierowców, chłodnie. Zabrzmi to makabrycznie ale już rok temu, zaraz po przyjeździe, wiedząc, jak się sprawy z Ojcem niechybnie skończą, wypytałem się o wszystko w domu pogrzebowym. Wklepałem ich numery (w tym całodobowej komórki kierowcy) do swojego aparatu. Pogadałem z Ojcem, który – dość makabrycznym obyczajem tego pokolenia – do śmierci nie tylko się szykował ale i miał na nią odłożone pieniądze. A w szafie czekał zestaw: czarny garnitur i buty, biała koszula, nawet bielizna.

Zaraz po śmierci Ojca zadzwoniłem do zakładu. Choć był środek nocy, przyjechali po niespełna godzinie. Następnego dnia w zakładzie załatwiłem formalności.

Są one proste. Ta dziedzina usług – tak pierwotna, bliska ludziom, zarazem zrozumiała i potrzebna – funkcjonuje dobrze. Pani wytłumaczyła mi, że mam uzyskać w Urzędzie Stanu Cywilnego akt zgonu (zajęło to pół godziny) i przynieść im odpis. To zakład pogrzebowy wysyła do ZUS informację o śmierci, a ta państwowa instytucja zwraca za pogrzeb 4000 tys. zł. Kiedyś było podobno więcej ale i tak pomoc państwa jest większa niż np. w Ameryce, gdzie jest to symboliczne kilkaset dolarów.

W zakładzie można wybrać trumnę, tabliczki, kwiaty, klepsydry, ustalić datę i godzinę pochówku; można za ich pośrednictwem zamówić przewóz gości, grabarzy, wiązanki, obiad dla gości.

Wszystko na jednym rachunku.

Z siostrą dołożyliśmy około 6-7 tys. zł, a więc mniej niż 2 tysiące dolarów.

Oczywiście są tacy, którzy zechcą mieć złocone trumny, pyszne karawany, mszę w katedrze. Mój Ojciec takiego przepychu i rozrzutności by sobie jednak nie życzył. Wystarczyło, że rodzina pomodliła się, zagrzała polskim obiadem w przycmentarnej restauracji – i wsiadła w samochody, by powrócić do swoich miast.

A co dalej? Trzeba załatwić wiele spraw. Jeśli zmarły rodzic pozostawił mieszkanie, trzeba uregulować sprawy spadkowe. Warto mieć testament – podziały majątku w rodzinach bywają bardziej skomplikowane i niejednoznaczne niż w moim przypadku, gdy z siostrą odziedziczyliśmy po 50 procent mieszkania i nikt tego nie zakwestionuje. A następnie: zameldowanie w starym mieszkaniu, przepisanie rachunków: za gaz, prąd, media. To za każdym razem wizyta w urzędzie. Zwykle wystarczy notarialny akt poświadczenia dziedziczenia, a gdy jeden ze spadkobierców (jak moja siostra) mieszka za granicą – jej upoważnienie do jej reprezentowania przeze mnie, i osobne, wyro bione na poczcie, do odbioru wezwań sądowych.

Choć Ojciec upoważnił mnie do korzystania z Jego konta bankowego i wybrania pieniędzy po śmierci, za dyskretną poradą zakładu pogrzebowego oraz samych pracownic banku (!), wyjąłem najpierw pieniądze, a dopiero potem poinformowałem o zgonie i zamknąłem konto. W przeciwnym razie bank by przetrzymywał pieniądze i stwarzał trudności.

Trzeba zgłosić spadek w urzędzie skarbowym (choć dziedziczące dzieci podatku nie płacą, muszą zgłosić spadek w ciągu sześciu miesięcy; w przeciwnym razie zapłacą karę). Trzeba iść do sądu i przedłożyć dokumenty właśności domu.
A gdy wszystko będzie już legalnie przepisane – rozpoczyna się kolejna wielka operacja: usuwania rzeczy z mieszkania, generalnego remontu, następnie wynajmu lub sprzedaży.

To dużo pracy: mamy dziś w Polsce rynek pracownika i trzeba się naszukać tragarzy, kafelkarzy, stolarzy. Często są to ekipy ukraińskie. Jak to w przypadku prac budowlanych, trzeba się z pracownikami użerać, patrzeć im na ręce, liczyć się ze zwiększonymi kosztami i dłuższymi terminami.

W przypadku mieszkania tak zrujnowanego, jak po moich rodzicach, gdzie trzeba praktycznie wszystko wymienić, koszty wyniosą przynajmniej tysiąc złotych za metr kwadratowy. Może więc lepiej sprzedać mieszkanie jak jest, skoro każdy urządza je na swój gust? Ale czy czasem nabywca i pośrednik nie zbije ceny, widząc taką ruinę?

A może wynająć? Ale i wtedy remont jest konieczny. Ceny za wynajem są w Warszawie kosmiczne, za małe ale dobrze położone 1-2 pokojowe mieszkanie można dostać 2 – 2,5 tys. złotych na miesiąc (właściciel opłaca czynsz, lokatorzy płacą inne rachunki. Od zysku trzeba zapłacić podatek (nieduży – 5 proc.). Słyszy się też opowieści o lokatorach, którzy nie płacili i nie chcieli się wyprowadzić. Jak zwykle, cenne są poręczenia znajomych.

Takie są właśnie kolejne tygodnie po śmierci bliskich. Ból słabnie, natomiast głowa jest zajęta załatwianiem praktycznych spraw.

Moi przyjaciele, którym szykuje się w Polsce – albo już wydarzył – podobny scenariusz, mają różne plany. Jedni zamierzają na starość osiąść (po remoncie) w mieszkaniu ich dzieciństwa. Inni je wynajmą i będę mieli z tego stały dochód. Jeszcze inni mają złe wspomnienia, pewnie więc nieruchomość sprzedadzą i będą szukali takiej, która będzie bardzo różna. Zamiast parteru – wysokie piętro. Po mrocznej kamienicy – wielkie okna nowoczesnego wieżowca. Po dzieciństwie na osiedlu – dogodności życia w centrum miasta. A może, w ogóle, zamieszkać w innym, niż rodzinne, mieście? Albo w lesie, gdzie nie dociera sygnał telewizyjny?

Będę relacjonował moje plany i projekty – człowieka, który wrócił, ale nie wie jeszcze do końca, po co i gdzie.

Jan Latus