Wspomnienie o Elżbiecie Barszczewskiej w 30. rocznicę jej śmierci.

Niedawno odwiedził mnie młody reżyser filmowy z Polski marzący o pracy w Stanach Zjednoczonych. Lubię go, bo ma ambitne plany i chce dużo wiedzieć, nie tylko na tematy zawodowe, również o sztuce i teatrze. Jest zdolny. Na moim sekretarzyku dostrzegł portretowe zdjęcie Elżbiety Barszczewskiej, naszej wielkiej aktorki, rozpoznał ją – wydając okrzyk – „jaka piękna kobieta”! W samej rzeczy piękna, potwierdziłem. Jedna z najpiękniejszych artystek w dziejach polskiego teatru i filmu, dodałem. Młody reżyser wiedział o niej tylko tyle, że była przed wojną najsławniejszą – obok Jadwigi Smosarkiej gwiazdą filmową, uważaną za polską Gretę Garbo i że była uwielbiana przez publiczność. Tak było w rzeczy samej – przytaknąłem, przypominając, że jako początkująca aktorka w ciągu niespełna czterech lat zagrała w trzynastu filmach, które rzeczywiście przyniosły jej wielką sławę. Dodałem też, że stworzyła w nich m.in. typ szlachetnej dziewczyny z polskiego dworku, który bardzo się podobał w drugiej połowie lat trzydziestych, począwszy od „Trędowatej” i przestał być potrzebny po wojnie, kiedy polskie życie dworkowe przestało istnieć. Młody człowiek wiedział coś niecoś o Józefie Lejtesie, najwybitniejszym reżyserze tamtej epoki, zatem przypomniałem, że Elżbieta Barszczewska zagrała w trzech jego filmach: „Dziewczętach z Nowolipek” wedle słynnej powieści Poli Gojawiczyńskiej, „Granicy”, nakręconej wedle książki Zofii Nałkowskiej i w „Kościuszce pod Racławicami”, w którym wystąpiła w roli Ludwiki Sosnowskiej, ukochanej bohatera Polski i Ameryki.

Widząc, że temat wciąga młodego człowieka, opowiedziałem mu także o Michale Waszyńskim, płodnym w owych latach reżyserze, o którego wielce barwnym życiu powstaje film biograficzny. Barszczewska zagrała u niego w „Znachorze”, „Profesorze Wilczurze” i „Trzech sercach”. Wspomniałem również o „Nad Niemnem”, w reżyserii Wandy Jakubowskiej, nakręconym na podstawie powieści Elizy Orzeszkowej, w którym grała Justynę Orzelską. Premiera tego filmu zaplanowana na 6 września 1939 nie odbyła się z powodu bombardowań. Po kapitulacji Warszawy taśmy zostały przejęte przez Niemców. Zamierzali oni przerobić ten film na dzieło antypolskie, w którym pozytywni Niemcy walczą z antyniemieckim ziemiaństwem polskim. Do realizacji tych planów na szczęście nie doszło, taśmy zaś przechwycił Stefan Dekierowski, przedwojenny właściciel hali filmowej, który dał je do ukrycia ludziom z akowskiego podziemia. Oni schowali film w jednej z piwnic na Żoliborzu, później jednak zginęli w Powstaniu Warszawskim. Taśmy dotychczas nie zostały odnalezione..

Ta historia tak bardzo zainteresowała młodego reżysera, że musiałem mu odpowiadać na wiele kolejnych pytań. Przy okazji opowiedziałem mu o wielkich aktorach, z którymi Barszczewska grała w filmie i na scenie: Stanisławie Wysockiej, Mieczysławie Ćwiklińskiej, Kazimierzu Junoszy – Stępowskim, Ludwiku Solskim, Aleksandrze Zelwerowiczu, Stefanie Jaraczu, Janie Kurnakowiczu, Józefie Węgrzynie, Juliuszu Osterwie, Jerzym Leszczyńskim. Młody człowiek nie chciał wierzyć, że teatralny sposób gry w owych latach jakoś nie przeszkadzał widzom w kinie a wyszukane maniery w zachowaniu i grzeczność słyszalna w dialogach nie były czymś nienaturalnym. Przed wojną były po prostu normą, stylem obowiązującym w społeczeństwie. Wojna zburzyła doszczętnie świat zarejestrowany i wykreowany w tychże filmach a Polska Ludowa gruntowanie przeorała hierarchię społeczną, obyczaje i maniery. Aktorka o szlacheckim rodowodzie i takiejż urodzie nie wróciła na ekran. Nie rozpaczała z tego powodu, bo lepiej niż w filmie wypowiadała się na scenie. Na niej – jak można wyczytać w różnych zapisach – była zjawiskowa, wstrząsająca i wzruszająca. W teatrze miała równie wielu stałych wielbicieli, jak w kinie. Przed 1939 rokiem była także gwiazdą sceny dzięki kreacjom takim jak tytułowe Tessa i Mała Dorrit, Mimi w „Cyganerii”, czy Aniela w „Ślubach panieńskich”.

Czym charakteryzowało się jej aktorstwo – dopytywał młody reżyser. Nie on jeden chciał, żebym je zdefiniował na poczekaniu. Przedtem pytali o to reżyserzy, aktorzy i poeci, którzy odwiedzali mnie w Warszawie i patrzyli na wielki portret artystki w roli Tatiany w „Eugeniuszu Onieginie” namalowany przez Janinę Żylińską. Odpowiadałem zgodnie z opiniami historyków teatru, że osobliwością jej sztuki było uszlachetnianie granych bohaterek i uwznioślanie ich uczuć. Zdobywała dla nich widza i przejmowała go ich losem – dodawałem. Szukała w ich tego, co warunkowało ich postawę i zachowanie. Nadawała im szerszy wymiar i czasem wyższą rangę niż autor dramatu. Sięgała do podtekstów. Idealnie pasowała do postaci Słowackiego i mówiła jego wiersz.

Kiedy grała Marię Stuart w tragedii Schillera racje polityczne Elżbiety I schodziły na drugi plan, widzowie w pełni solidaryzowali się z racjami moralnymi jej bohaterki, przyjmując strofy o wolności wielkimi brawami i żegnając huraganem braw, kiedy – pożegnawszy się ze światem – szła na ścięcie. Płakali, a jakże…

W granych postaciach Barszczewska szukała tego, co ponadczasowe i uniwersalne, mniej interesowały ją cechy ich charakteru i temperamentu. Jej Lilla Weneda była usobieniem dziewczyny, która ratuje przed śmiercią swoich bliskich kosztem swojego życia, Ofelia była zakochaną w Hamlecie dystyngowaną panną, która stała się niewinną ofiarą intryg dworskich, samotna Elektra w „Orestei” bohatersko przeciwstawiała się złu. Infantka w „Cydzie” dobro własnego narodu przedkładała nad osobiste szczęście, Dianna w „Fantazym” stawała się usobieniem dumy i godności młodej arystokratki, której los nie szczędzi upokorzeń wynikających z sytuacji materialnej spowodowanej zesłaniem na Sybir. Salomea w „Horsztyńskim” i Amelia w „Mazepie” tłumiły uczucie do innego mężczyzny, by dochować wierności starym mężom i etycznym zasadom. Siostra Angelika w „Port-Royal” godziła się na uwięzienie nie chcąc sprzeniewierzyć się własnym przekonaniom religijnym. Nieznajoma w „Jakiej mnie pragniesz” żądała szacunku dla siebie jako człowieka, mimo, że nie wiadomo, kim jest i kim była. Hana w „Nocy iguany” zrezygnowała z własnego prywatnego życia, by opiekować się dziadkiem-poetą aż do jego śmierci. Urszula w „Wysokiej ścianie” dostała pomieszania zmysłów czekając na egzekucję za udział w Powstaniu Warszawskim. Wszystkie te dramatyczne sytuacje i heroiczne wybory, Barszczewska uwiarygodniała, uczłowieczając je w przejmujący sposób. Poruszała w widzach najczulsze struny. Była przy tym prawdziwa i naturalna – jak podkreślali recenzenci. A jednocześnie miała w sobie coś charyzmatycznego i poetyckiego, co pozostało niedocieczoną tajemnicą.

Magnetyzowała publiczność. Było to szczególnie widoczne w „Wujaszku Wani” i „Wiśniowym sadzie” Czechowa oraz w „Norze” i „Upiorach” Ibsena”. W rolach komediowych, takich jak Podstolina w „Fircyku w zalotach”, Pani w „Świeczka zgasła”, Nieznajoma w „Mężu przeznaczenia” niebagatelną rolę odgrywał jej kobiecy wdzięk i jakiś niepokojący diablik czający się na dnie jej gry i sugerujący, że w jej osobowości jest jeszcze drugie dno. Krytycy doceniali te role, chwaląc subtelność komizmu, umiejętność bawienia się wierszem i ów wdzięk właśnie. Podobnie było z kreacją, w której aktorka pokazywała inny biegun swoich możliwości. Była nią Margrabina Cibo w „Lorenzacciu”, z brawurowymi scenami erotycznymi z Filippem Strozzim. Krytycy pisali z zachwytem o nowej Barszczewskiej, natomiast większość widzów nie chciała zaakceptować swej ulubienicy aż tak odmienionej. Cierpliwie czekała na swoją „panią Elżunię” – wyrazicielkę ludzi skrzywdzonych przez los i obrończynię ich godności. Aktorka próbowała wyrwać się z mitu, który – mimo woli – sama stworzyła w rolach, ale nadal ją obsadzano wedle oczekiwań publiczności, bo to gwarantowało sukces.

Elementarne znaczenie miała tu jej prywatna osobowość i prywatny świat, jaki wokół siebie zbudowała. Mówiło i pisalo się o niej, że tworzy ludzi równie pięknych jak ona sama. Mówiło się także i pisało, że pięknie żyje. Nie bez powodu Tymon Terlecki, wnikliwy znawca ludzi i sztuki teatru, napisał, iż aktorstwo Elżbiety Barszczewskiej wyrasta z jej człowieczeństwa i że najpierw trzeba pisać o niej jako o człowieku a dopiero potem jako o aktorce. I tak bylo w istocie, co potwierdzam jako wieloletni przyjaciel jej syna Juliusza i jej samej.

Mimo, że 14 października mija już trzydzieści lat od jej śmierci, nadal mi bardzo brakuje jej osoby. Jej ciepła, promiennego uśmiechu, wspólnego świętowania, czytania wierszy, rozmów o sztukach, przedstawieniach i życiu, prowadzonych przy świetnym zazwyczaj winie. Brakuje mi też domu, który stworzyła wraz z mężem Marianem Wyrzykowskim, w którym przez długie lata miałem swój azyl. Dziś żal mi serce ściska, kiedy patrzę w okna, za którymi mieszka ktoś inny. Słyszę jeszcze jej przepiękny głos, którym mówiła po przedstawieniu „Wspomnienia”, w którym grała Sarę Bernhardt – „Aktor króluje w przemijaniu. Ze wszytkich sław jego sława jest najbardziej efemeryczna. Zostanie po nim najwyżej fotografia, nic z tego, co było nim samym”. Wiem o tym dobrze, mimo to wciąż szukam fenomenu, dzięki któremu aktorstwo Elżbiety Barszczewskiej stało się owym mitem. Warto zbadać, co pobudzała w tak wielu ludziach, którzy ją kochali.

Andrzej Józef Dąbrowski