Nadal jestem w tym warszawskim mieszkaniu, w którym się dawno temu urodziłem i gdzie spędziłem pierwsze 25 lat życia. Byli tu kiedyś moi rodzice, dwa lata starsza siostra, a jeszcze dawniej mieszkała z nami babcia. Wszyscy na kupie, w dwóch pokojach, na 50 metrach kwadratowych. I jeszcze codziennie przychodziła do nas ciocia. Z dziecięcej perspektywy nie wyglądało to tak strasznie, skoro nawet przestrzeń pod stołem wydawała się wystarczająco duża do zabawy. Z perspektywy dzisiejszej, zwłaszcza amerykańskiej, był to jakby standard Trzeciego Świata – zatłoczonych izb Indonezji i Indii, gdzie liczne rodziny wciąż śpią pokotem w małych pomieszczeniach.

Po śmierci żony Ojciec mieszkał tu sam przez 11 lat. Dołączyłem do niego w ostatnim roku, aż odszedł i On.

Co zostało wartościowego i pięknego w mieszkaniu, gdzie moja rodzina i ja przeżyliśmy życie? Nic, naprawdę nic.

Zapomnijmy znowu o idealizowanym scenariuszu: przeglądania po śmierci bliskiej osoby zakamarków rodzinnego domu, by odnaleźć w nich piękne listy, cenne dokumenty, złote zegarki i biżuterię, antyki, pięknie zachowane bibeloty. W rzeczywistości, po starych, ubogich ludziach zostają stare, tanie rzeczy – które bezlitośnie wyrzucamy.

Mało kto powraca do pięknego, rodzinnego dworu. Większość – do mieszkania w bloku, wyposażonego w PRL-owską tandetę.

Żeby choć zachowały się w moim mieszkaniu oryginalne meble, kupione w latach 60-tych: szafa, kredens, okrągły stół, wszystkie z drewna orzechowego. Niestety, padły ofiarą gierkowskich mód oraz relatywnego bogacenia się społeczeństwa, więc i mojej rodziny. Uosabiające erę Gomułki meble wylądowały na śmietniku, zastąpiły je nowoczesne meblościanki produkcji NRD, regały „dla Kowalskich” w przedpokoju, pseudonowoczesne żyrandole i lampy stojące. Szafki kuchenne pokryte zostały imitującą drewno tapetą, podłogi dywanową wykładziną.

Choć jest rynek na stare, dobrze zachowane meble z czasów PRL-u (urządza się np. nostalgiczne kawiarnie w tym stylu), nie obejmuje on spaczonych, porysowanych, modernistycznych meblościanek. Wylądują na śmietniku, podobnie jak podarte już dziś tapety ze ścian, dywany z podłóg, i jak wszystko co było w szafkach.

Przeglądamy z siostrą szufladę po szufladzie. Każdy zakamarek mieszkania jest skrzętnie wypełniony: torbami foliowymi, papierem pakowym i śniadaniowym, sznurkami, gumkami, pokrywkami słoików, puszkami po cukierkach (doskonały pojemnik na gwoździe lub spinacze), opakowaniami po mikserze, telefonie, starymi telefonami z Radomia, na tarczę (przydałyby sie w razie wojny lub awarii bezprzewodowego Panasonica). Ląduje to wszystko w wielkich torbach foliowych, które żmudnie wynoszę na osiedlowy śmietnik. Również na osiedlu rozmieszczono pojemniki na używaną odzież dla biednych. Wrzucam tam Ojca ubrania: szerokie spodnie, toporne buty, jakieś palta, kurtki i wiatrówki, garnitury z elany w kolorze popielatym.

W tej górze śmieci odnajdujemy czasem rzeczy dość ładne i wartościowe: włoski sweter jeszcze z metką, nigdy nie wyjęty z ozdobnego pudełka długopis Parker, kolekcję portfeli, ciągle tkwiące w celofanie pudełka kaw i herbat. To prezenty od siostry i ode mnie. Nigdy nie rozpakowane, bo żal, bo za ładne, bo jeszcze można donosić stare ubranie.

Analizowanie prezentów dostarcza wiedzy o moim oswajaniu się z Ameryką. Na samym początku przywoziłem Rodzicom jakąś tandetę, bo tylko na to było mnie stać, no i nie czułem jeszcze, które sklepy, które firmy są dobre i prestiżowe. Później, kiedy w Polsce „wszystko już było”, musiałem główkować, żeby sprawić przyjemność jakimś ciuchem o znanej Rodzicom nazwie, jak Dior i sprawdzałem trzy razy, czy nie ma metki Made in China.

Odżywają wspomnienia: w tych szklanych czarkach jedliśmy budyń, a ten serwis był na specjalne okazje, na święta. Takoż, kryształowa solniczna (do święconki) i w ogóle kryształowe szklanki, półmiski, patery. (Podobne jest znowu na nie popyt.) Plastikowe miseczki na owoce z NRD, bułgarska sokowirówka Malinka, radziecka lornetka teatralna.

Mimo że inżynier z wykształcenia i charakteru, miłośnik ładu i spisywania list, z kolumną „numer porządkowy” po lewej stronie, Ojciec nie do końca panował, zwłaszcza w ostatnich latach, nad swoim królestwem. A może go nie docenialiśmy? Może w tym nieładzie była jakaś metoda – że część dokumentów jest w regale w pokoju, a inne – w szafce w przedpokoju, gdzie jest licznik na prąd?

Słyszę od ludzi, że w każdym mieszkaniu po rodzicach jest taka graciarnia, i że w podeszłym wieku ludzie okazują irracjonalne przywiązanie do przedmiotów, nawet brzydkich, zużytych i nieprzydatnych. Niby to rozumiemy ale jakoś jest przykro bez wahania wyrzucać do wora cały dorobek czyjegoś życia. Ale co zrobić innego? Przecież nikt tych przypalonych garnków i poszczerbionych kubków nie zechce.

Przeczesujemy dom w poszukiwaniu dokumentów, bo to jest teraz najważniejsze: umowa o gaz i założenie konta w banku, upoważnienia, testament. W końcu udaje się nam z siostrą pozbierać do kupy tę dokumentację. Przy okazji znajdujemy ładne zdjęcie Mamy, znaczek organizacji technicznej NOT, jakieś medale, pracę magisterską Ojca (aspekty obróbki skrawaniem). A także opinię o Ojcu wystawioną w zakładach Cegielskiego: „Bezpartyjny, nie udziela się społecznie, ale wykwalifikowany pracownik.” Tak więc nie odkryliśmy wstydliwej przeszłości Ojca, jakichś tajnych jego teczek. (Ale czy Polonia mi uwierzy?).

Siostra już wyjechała, zabierając tylko kilka drobiazgów i zostawiając mnie z tym całym majdanem – ale i dając mi wolną rękę. Bez względu na to, czy to mieszkanie wynajmę, sprzedam czy jednak w nim zamieszkam – zostanie oczyszczone z każdego sprzętu, wypatroszone nawet z framug i instalacji elektrycznej. To będzie zupełnie nowy dom, tyle że pod zapamiętanym z dzieciństwa adresem.

A praca magisterska Ojca? Jego obrączki i różaniec? Pewnie je zabiorę i schowam w pudełku ale tak naprawdę nikogo już nie zainteresują. Tak jak, kiedyś, pamiątki po mnie.

Jan Latus