Z Antonim Chrościelewskim, byłym zesłańcem syberyjskim, żołnierzem II Korpusu Polskiego, uczestnikiem m.in. bitwy pod Monte Cassino i działaczem społecznym znanym w środowisku polonijnym, o wojennej przeszłości, historii Polonii nowojorskiej i budowaniu własnego świata rozmawia Katarzyna Ziółkowska.

 

– Brał pan udział w 64 Paradach Pułaskiego, togoroczna będzie pana 65-tą. Co sprawia, że zawsze bierze pan w niej udział?

– Jest to święto całej społeczności polskiej mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, a szczególnie w Nowym Jorku – społeczności, która trzyma się razem. Paradę budujemy sami i nie ma przesady w słowach „jak nas widzą tak nas piszą”. Pamiętam rok 1954 i moją pierwszą Paradę Pułaskiego. Szedłem ulicą Manhattanu, nie wiedząc, że istnieje coś takiego jak Parada Pułaskiego. Nagle usłyszałem polską muzykę i poszedłem w jej kierunku. Zobaczyłem wielką manifestację polskości. Lał ulewny deszcz, który nikomu nie przeszkadzał, wszyscy maszerowali razem – zaimponowało mi to. Postanowiłem, że w następnym roku ja też wezmę w niej udział. Miałem 27 lat, nie czułem się weteranem więc dołączyłem do Związku Młodzieży Polskiej. Należeli do niego młodzi ludzie, którzy nie mogli znaleźć wspólnego języka ze starą Polonią. Poszedłem zobaczyć jak działają i zapisałem się do nich. Związek wydawał swój miesięcznik „Świat Młodych”.

 

– Patrząc na Paradę sprzed 65 lat i tę dzisiaj widzi pan duże zmiany?

– W latach 50-tych maszerowała w paradzie masa ludzi. Po obu stronach 5 Alei stało po 8-9 rzędów patrzących ludzi, a na samą paradę przychodził ponad milion. Nie było mowy, żeby w Paradzie nie wziął udziału burmistrz. Życie Polonii zależy od fali emigrantów. Po II Wojnie Światowej ta fala napływowa była dużo większa niż dzisiaj.

 

– Gdy wybuchła druga wojna światowa, był pan nastolatkiem, który bardzo szybko musiał dojrzeć do podejmowania poważnych decyzji.

– Miałem 15 lat, kiedy w kwietniu 1940 roku, wraz z matką, starszą siostrą i młodszym bratem, zostałem wywieziony z rodzinnego Augustowa na Sybir, do północnego Kazachstanu. Tam spędziłem dwa lata. Formowanie Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR przez gen. Władysława Andersa to był fenomen, prawdziwy cud, a dla nas jedyna możliwość, żeby wydostać się z prawdziwego piekła. Udałem się na zgrupowanie w rosyjskim Tockoje – bez papierów, dowodu tożsamości, bez pieniędzy, miałem tylko kilka sucharów w torbie. Po dwóch tygodniach pociągami dojechaliśmy do Tockoje. To był początek grudnia, namioty postawione w śniegu. Po trzech dniach w tym obozie powiedzieli mi, że nie przyjmą mnie do wojska – „Jedź tam skąd przyjechałeś”, a miałem za sobą 3000 kilometrów. Okazało się, że nie przyjęli mnie, ponieważ – jak twierdzono – w tym czasie wojsko było już przenoszone w inne miejsce na południe Kazachstanu, gdzie było jego kolejne zgrupowanie. Zdecydowałem się wrócić do Sochorabowki w północnym Kazachstanie, bo tam ciągle przebywała matka wraz z rodzeństwem. W tej podróży z powrotem 200 kilometrów od trasy kolejowej trzeba było iść piechotą do pociągu. Była sroga, grudniowa zima, szedłem pod wiatr w 50-stopniowym mrozie – w młodym wieku dużo człowiek wytrzymał (śmiech). Po miesiącu trochę się odkurowałem i znowu pojechałem do wojska, tym razem na południe Rosji i przyjęli mnie.

 

– Po trzech tygodniach udało się panu znowu na gapę i bez dokumentów, dotrzeć do miejsca, gdzie formułowane było wojsko polskie.

– Miałem wtedy 17 lat. Zostałem przyjęty bez żadnych problemów. Przeszliśmy szkolenie, dostaliśmy wyżywienie, a po miesiącu otrzymaliśmy angielskie umundurowanie. Musztra w polowych warunkach, błocie i wodzie, a po niej czyszczenie odzieży, by dobrze wyglądać – to była twarda wojskowa szkoła. Wiele osób schorowanych i wycieńczonych podróżą tego nie wytrzymało i zmarło. Pod koniec kwietnia 1942 r. pociągami przetransportowano nas do portu w Krasnowodsku, a następnie statkami przez Morze Kaspijskie do Persji. Czarne suchary i słone śledzie z beczki to było nasze jedzenie, nikt nie pomyślał o wodzie. W takim stanie wypłynęliśmy na morze, gdzie zastała nas potężna burza. Wiele osób zostało strąconych przez fale i utopiło się. Płynęliśmy trzy dni, w końcu statek się zepsuł, a my zostaliśmy bez kropli pitnej wody i jedzenia. Na szczęście dopłynął do nas nowy statek, zabrał wszystkich na pokład i w końcu dopłynęliśmy do Pahlavi w Persji, gdzie Anglicy przygotowali dla nas obóz, dali świeżą i czystą odzież, a także żywność. Tam z kolei wielu zmarło z powodu wysokiej temperatury – nasze organizmy przyzwyczaiły się do dużych mrozów, inni umierali z powodu nadmiaru jedzenia – ich organizmy nie były przyzwyczajone do trawienia tak dużej ilości pokarmu.

 

– Z Pahlavi w Persji zostaliście przewiezieni do Iraku, do miejscowości Habbaniya, na zachód od Bagdadu.

– Na pustyni Anglicy zrobili sztuczne jezioro, a nad nim obozowisko dla nas. Spędziliśmy tam dwa miesiące, regenerując się oraz ćwicząc i przygotowując do walki. Później przewieziono nas ciężarówkami poprzez Irak i Jordanię do Palestyny, gdzie niedaleko Morza Śródziemnego została sformowana 3 Dywizja Strzelców Karpackich. Nasz oddział połączono z Samodzielną Brygadą Strzelców Karpackich, która walczyła już wcześniej na froncie w Libii pod Tobrukiem. Uzbrojono nas, przeszliśmy intensywne ćwiczenia. W 1942 roku przerzucono mój pułk artylerii przeciwlotniczej do Egiptu nad Kanał Sueski, po czym z powrotem do Palestyny. Później 3 Dywizja Strzelców Karpackich została przetransportowana do Egiptu, a następnie do Włoch. Ponieważ cała operacja zmiany lokalizacji trzymana była w ścisłej tajemnicy nie wiedzieliśmy, gdzie tym razem się znajdziemy. W połowie stycznia 1944 roku dotarliśmy do Włoch – miejscowości Taranto w okolicy Foggii. Po dwóch tygodniach obozowania nasze oddziały 2 Brygady 3 Dywizji Strzelców Karpackich zostały przerzucone na front we Włoszech. W końcu rzucono nas w rejon Monte Cassino. Wiedzieliśmy co to oznacza, nie było jednak wyboru.

 

– Wasz oddział, 3 Karpacki Pułk Artylerii Przeciwlotniczej, został tam przerzucony dwa tygodnie przed natarciem.

– Tak, piechotę przerzucono trochę wcześniej. Niemcy mieli ten rejon pod kontrolą i zasięgiem swojej broni. Napięcie było ogromne. Nikt nie znał daty natarcia na Niemców. W nocy z 11 na 12 maja 1944 roku o godz. 11: 00 niebo pojaśniało. W jednym momencie wystrzeliło 5 tys. dział. Niemożliwością było atakowanie Niemców od czoła, dlatego nacieraliśmy wzgórzami od tyłu i z boków. Niemcy byli tak dobrze umocnieni, że za pierwszym razem nie udało się ich pokonać i nie zdobyliśmy celu. Przez następnych kilka dni przygotowywaliśmy się do ponownego ataku. Część żołnierzy z sześciu mniej potrzebnych oddziałów przeniesiono do piechoty. Mając doświadczenie z wcześniejszego ataku, użyliśmy miotaczy ognia, niszczących bunkry nieprzyjaciela. Niemcy, którzy byli już osłabieni pierwszym natarciem, nie wytrzymali tego ataku. Zostali pokonani. Zginęło około 1000 naszych żołnierzy. W nocy z 17 na 18 maja 1944 r. Niemcy – ci co przeżyli – opuścili klasztor na Monte Cassino, a polscy żołnierze zatknęli na jego murach biało-czerwoną flagę (pan Antoni ociera łzy). Zapanowała niesamowita euforia. Często myślę o komunistycznej propagandzie, że to zwycięstwo nie było warte tak wielkiej ofiary. Miałem okazję rozmawiać z Normanem Daviesem i on powiedział, że gdyby nie poświęcenie Polaków, Polska by w ogóle nie istniała, nikt by o niej nie wiedział.

 

– Po zakończeniu wojny odwiedził pan Monte Cassino kilka razy. Czy były to trudne powroty?

– Wie pani, emocje z czasem opadają. Nie zawsze nas weteranów, którzy walczyli o to wzgórze, dobrze przyjmowano. Pierwszy raz byłem na Monte Cassino podczas uroczystości związanych z 40-leciem zdobycia klasztoru. Przyjechało nas około 5 tys. ludzi z rożnych krajów naszej emigracji i wszyscy się pomieścili na cmentarzu. Kiedy przybyliśmy na 50-lecie w ogóle nas na cmentarz nie wpuszczono. Padał wtedy mocny deszcz…

 

– Bolało?

– Bolało. Ze Stanów Zjednoczonych przyjechała tam duża grupa, licząca 250 osób. Kilka tysięcy ludzi przybyło z Polski, przeważnie komunistów, a nas nie wpuszczono, ponieważ nie mieliśmy jakichś specjalnych przepustek.

 

– Po zwycięstwie nad Monte Cassino zostaliście we Włoszech.

– Po zakończeniu wojny żołnierze 3 Dywizji Strzelców Karpackich pozostali jeszcze przez jakiś czas na terenie Włoch i mieszkali w małych miasteczkach położonych nad Adriatykiem. Anglicy namawiali nas do powrotu do Polski, ale w 2 Korpusie byli przede wszystkim żołnierze, którzy przeszli rosyjskie łagry Nikt z nich nie był chętny do powrotu do Polski pod panowaniem Rosji. W 1946 r. wyjechaliśmy do Anglii, gdzie przygotowano dla nas obozy przysposobienia Przez pierwsze trzy lata studiowałem, a ostatnie dwa lata uczyłem się i pracowałem. Dostałem pracę w fabryce francuskiej firmy Renault, gdzie trafiłem na bardzo dobrych specjalistów – Anglików. W 1950 roku otrzymałem wizę amerykańską, o którą wnioskowałem jeszcze podczas pobytu we Włoszech. Nie wyjechałem jednak do Stanów Zjednoczonych. Gdy przyznano mi wizę po raz drugi, uznałem, że skoro Amerykanie tak bardzo chcą mnie u siebie to pojadę, tym bardziej, że brytyjska królowa płaciła za moją podróż (śmiech).

 

– Jak odnalazł się pan w Ameryce?

– Przypłynąłem do Nowego Jorku statkiem w 1952 r. Miałem jedną walizkę i 90 dolarów w kieszeni. Nowy Jork bardzo mi się nie podobał. Niesamowity rozgardiasz, tłumy ludzi… Przez pierwsze dwa lata nie czułem się tutaj za dobrze. Jednak uświadomiłem sobie szybko, że w Stanach Zjednoczonych są też dobre strony życia, że człowiek może wybudować swój własny świat, niezależny od otoczenia, i szybko ten plan zacząłem realizować. Zostałem i nie żałuję tej decyzji.

 

– Czy trudno jest ten własny świat tutaj zbudować?

– Nie jest trudno, tylko trzeba mieć chęci i wyobraźnię. Nikt mi nie mówił, gdzie mam pracować. Pomimo, że miałem dyplom inżyniera zacząłem pracować za dolara na godzinę. Szybko poszedłem do przodu i po trzech latach dostałem pracę w prywatnej firmie, która dostarczała do nowojorskich szpitali aparaturę medyczną, miałem pod sobą cały dział. Nie musiałem zmieniać nazwiska (śmiech), kto chciał nauczył się je wymawiać.
Pracując w tej firmie przez ponad 20 lat poznałem amerykański biznes, zasady jego funkcjonowania, odnawiałem kontrakty ze szpitalami, dała mi ta praca bardzo dużo. Poznałem byłego prezydenta Herberta C. Hoovera, Marlin Monroe oraz wielu wybitnych ludzi. Później założyłem swoją firmę, zajmującą się urządzeniami regulującymi i kontrolującymi klimatyzatory w dużych budynkach na Manhattanie. Bardzo pomocne okazało się moje wykształcenie inżynieryjno-elektryczne zdobyte w Anglii.

 

– W Związku Młodzieży poznał pan żonę.

– A w 1956 r. pobraliśmy się. Przez kilka lat byłem prezesem Związku Młodzieży, mieliśmy siedzibę na Manhattanie. Urządzaliśmy imprezy dla Polonii. Na sylwestry, organizowane przez nas w najlepszych hotelach, przychodziło wtedy 700-800 osób.

 

– W roku 1970 wybrano pana do dyrekcji Polskiego Domu Narodowego na Greenpoincie.

– Ten dom został zakupiony w 1914 r., a nazwę korporacji zarejestrowano już w 1904. W tym czasie działało w Nowym Jorku 36 polskich organizacji. Ludzie, którzy w tamtym czasie zarabiali po 5-7 dolarów tygodniowo potrafili na ten dom dać po 5-10 dolarów. Kiedy zakupiono ten dom, to obecnej dużej sali nie było, istniał tylko plac. Do dziś podziwiam patriotyzm ludzi, którzy przyjechali tutaj bo chcieli zachować polskość. Chcieli mieć miejsce, w którym mogli się spotykać, mówić po polsku i bawić się po polsku. W 1923 r. została wybudowana duża sala, która istnieje do dziś. Kiedy wybrano mnie do dyrekcji Polskiego Domu Narodowego był on na skraju bankructwa. Pierwszych kilka lat byłem sekretarzem, potem skarbnikiem. W 1980 r. zostałem prezesem Polskiego Domu Narodowego Na samym początku spotkała mnie niespodzianka – na kilka dni za niepłacenie podatków Dom Narodowy został zamknięty. Musieliśmy dopłacić 12 tysięcy dolarów, a dom miał w tym czasie 50 tysięcy długu. Zastanawiałem się jak to wszystko uratować, skąd wziąć pieniądze, żeby odzyskać klucze od Domu Narodowego. Żadna polska instytucja nie dała nam wsparcia.

W końcu umówiłem się z miastem, że będę spłacał tę sumę na raty. Na początek wyłożyłem 3500 własnych dolarów, ale powiedziałem, że od tego czasu będę wiedział o każdym wydanym i zarobionym dolarze. W końcu udało nam się spłacić długi. Dom Narodowy stał się ośrodkiem polskości. Każdego roku odbywają sie tu akademie 3 Maja i 11 listopada. W sumie zorganizowałem ich około 60-ciu. Do tego dochodzą inne imprezy, spotkania, koncerty. Dziś Polonia nie jest w stanie utrzymać Domu Narodowego, dlatego wyszliśmy w stronę Amerykanów.

 

– Potem był Związek Weteranów.

– Pierwszy raz wyjechałem z żoną do Polski w 1991 r. Wcześniej musiałem się zapisać do Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, bo to oni organizowali tę wycieczkę. Ich siedziba Dom Weterana na Manhattanie był już wystawiony na sprzedaż, ale udało mi się go ocalić. W 2000 r. zostałem komendantem Okręgu 2. SWAP działającego w Nowym Jorku. Obecnie generuje on dosyć duży dochód, pozwalający nam nie tylko na działalność Stowarzyszenia Weteranów, ale także na wspieranie innych organizacji i akcji. Dzięki wsparciu Okręgu 2. SWAP został m.in. wybudowany pomnik „Patriota” w Stalowej Woli, Centrum Informacyjne na Monte Cassino i pomnik generała Andersa w mieście Cassino. Dzięki naszej pomocy wydano wiele książek i nakręcono kilka filmów. W budynku Domu Weterana Polskiego na Manhattanie mieści się małe, ale o unikatowym charakterze Muzeum Tradycji Oręża Polskiego oraz Archiwum Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, dokumentujące działalność najstarszej polskiej organizacji weterańskiej w świecie, która działa nieprzerwanie od 1921 roku.

 

– Szczególnie ważne wspomnienie z pana jakże bogatego życia?

– Moment, który bardzo dobrze pamiętam miał miejsce, gdy po 25 latach polecieliśmy do Polski. To był rok 1965. Wtedy po raz pierwszy po 25 latach zobaczyłem ojca i matkę. Było to niesamowite uczucie. Drugie wspomnienie, to zejście ze statku rosyjskiego na Morzu Kaspijskim. Nie mogłem wtedy uwierzyć, że żyję.

 

– Pana syn powiedział mi, że najbardziej ceni pana za to jakim jest pan tatą i że pokazał mu pan znaczenie słów Bóg, Honor, Ojczyzna.

– Przyjemnie jest coś takiego usłyszeć, zwłaszcza, że syn urodził się w Stanach Zjednoczonych. Chodził do szkół amerykańskich, a mimo to zna bardzo dobrze historię Polski. W domu zawsze mówiliśmy po polsku.

 

– Patrząc na pana życie wiele razy otarł się pan o śmierć, a jednak Pan Bóg miał dla Pana inny plan. Co pan najbardziej ceni w życiu?

– Opatrzność uratowała mnie w wielu wypadkach, nie raz byłem blisko od stracenia życia. Najbardziej cenię wychowanie jakie dostałem w domu. Urodziłem się w 1924 roku, zaraz po odzyskaniu niepodleglości, ta euforia polskości została we mnie na całe życie. Nigdy nie szukałem osobistego dobrobytu. Przyjmowałem wszystko takie jakie jest. To, co mogłem zmienić zmieniałem. Jeśli czegoś nie mogłem zmienić dopasowywałem się i szedłem do przodu, zawsze starając się oddzielić plewy od ziarna. Spotkałem w życiu wiele wybitnych osób – ostatnio Antoniego Macierewicza i prezydenta Andrzeja Dudę, ale był czas kiedy chciałem oddać paszport polski, bo czułem, że w Polsce źle się dzieje, gdy zaczęto wyrzucać historię z nauki szkolnej. Gdyby nie patriotyzm to nie byłoby Polski. Nie wiem ile mi życia zostało, ale do końca pozostanę Polakiem.

rozmawiała Katarzyna Ziółkowska