Lubię lato. Najbardziej ze wszystkich pór roku. Mogłoby trwać bez przerwy. Pełnia wszystkiego w przyrodzie jakoś działa na mnie mobilizująco i inspirująco. Najwięcej pomysłów przychodzi mi do głowy właśnie latem, wtedy też mam najwięcej chceń. Słońce i długie dni rozjaśniają mnie od wewnątrz. Sam sobie wydaję się bardziej promienny i lżejszy. Ożywiam się towarzysko, chętnie podejmuję gości na na balkonie, chętnie pływam. W oceanie obmyślam kolejne artykuły. Najlepiej czuję się w letnich ubraniach i sandałach lub boso. Kiedy z początkiem jesieni trzeba powrócić do skarpetek, długich spodni, półbutów i koszul z długim rękawem, odczuwam to jako niedogodność. Przed laty całą zimę spędziłem w Miami Beach na Florydzie i czułem się wspaniale chodząc przez trzy miesiące tylko w szortach i podkoszulkach. Ba, woda w oceanie wydawała mi się wręcz za ciepła. Napływałem się wtedy za wszystkie czasy.

$

Powracają do mnie młodzi ludzie, który odwiedzali mnie w przeszłości, później zapodzieli się gdzieś w wirze swoich spraw i losowych zrządzeń. I po dawnemu proszą o ocenę wierszy, opowiadań, scenariuszy, prób filmowych, ról teatralnych, albo pytają o radę w sprawach życiowych lub zawodowych. Cieszy mnie to, bo czuję się im potrzebny. Jestem surowym oceniaczem i nie skąpię krytycznych uwag. Oni jednak nie czują się nimi dotknięci. I powracają z prośbą o nowe oceny a także i rady. Także proszą o nie w Internecie. Z czasem ich pytania stają się coraz trudniejsze, z czasem coraz dłużej muszę się zastanawiać się nad odpowiedziami. Kiedy im przypominam, że nie jestem alfą i omegą, nie przyjmują tego do wiadomości. Niektórzy proszą, żebym opowiedział im, jak to było ze mną w młodości i jak rozwiązałem to, czy owo zagadnienie. Bywa, że wówczas widzę własne błędy. Lubię dzielić się swymi przemyśleniami, spostrzeżeniami i zachwyceniami, lubię naprowadzać na tory, jakie uważam za właściwe, lubię podsuwać arcydzieła. Kiedy ci młodzi ludzie do mnie wracają, widzę, że coś w nich zasiałem. To daje mi satysfakcję i otwieram się na nich jeszcze bardziej. A oni na mnie tak samo.

$

Zmarłą niedawno Julię Hartwig zaliczam do najwybitniejszych poetek i eseistek współczesnych. Jakoś nie widzieliśmy Jej tu w Nowym Jorku. Ani wierszy, ani esejów ani nawet „Dziennika amerykańskiego”, który był sensacją literacką w Polsce. Na spotkanie z Autorką poświęcone tej właśnie książce przyszło w Warszawie ponad 400 osób. Pisałem w „Kartkach” o nim i o samym „Dzienniku”, nie kryjąc podziwu. Niestety dzieło to nie zostało tu należycie zauważone. Jak wiele najwybitniejszych dzieł zresztą. Nie lansowanych a mądrych. Polski Instytut Teatralny też tego „Dziennika” nie zauważył, nie mówiąc już o Studiach Polskich na Columbia University. Wielka szkoda. A do odkrycia są jeszcze „Wiersze amerykańskie” tejże Poetki.

$

Janusz Kapusta nasz wspaniały rysownik i filozof-aforysta jest geniuszem! Jestem najgłębiej o tym przekonany. Ostatnio geometrię – naukę przekształcił był w sztukę. Rezultaty są zdumiewające i fascynujące. Cóż za wyobraźnia, cóż za umysł! Czyżby w przekonaniu Janusza geometria była najlepszą drogą do Absolutu? A może należy go szukać w samej geometrii właśnie? Janusz nie nazywa tego Absolutem, tylko najważniejszą proporcją na świecie, którą jest Złoty Podział. Poszukując go odkrył po drodze – jak sam pisze „całą serię nowych, nieznanych wcześniej jego zasad” i przystąpił do pisania o tym książki. W oczekiwaniu na nią możemy zobaczyć w Centrum Polsko-Słowiańskim na nowojorskim Greenpoincie 45 nowych prac o tymże Złotym Podziale. Niezwykłe te dzieła artysta nazwał „małą sceną”. Wypełniają ją warianty geometrycznych kombinacji, które są w pewnym stopniu również malarsko-rzeźbiarskimi kompozycjami. Zaskakującymi, inspirującymi i pięknymi w klasycznym rozumieniu tego pojęcia. W ich formach jest coś z estetyki starożytnych Greków i zarazem najnowszych geometrystów. Mnie samemu przypominają się linie, którymi odmierzał proporcje sam Leonardo da Vinci.

 $

 W maju minęło 50 lat od mojej matury, za kilka zaś dni minie 40 lat od mojego debiutu reżyserskiego, którym był „Czworokąt” Edwarda Redlińskiego wystawiony w Tarnowskim Teatrze im. Ludwika Solskiego. Przedstawienie było udane, podobnie jak dwa następne – „Gry kobiece” Krzysztofa Zanusiego i Edwarda Żebrowskiego w Katowicach oraz „Zapolska” wedle mojego scenariusza w Zielonej Górze. Po tych trzech spektaklach przestałem się bać publiczności i krytyków i nabrałem pewności, że jestem reżyserem komunikatywnym. Utwierdziły mnie w tym przekonaniu kolejne premiery w Łodzi, Wrocławiu i Słupsku. Widzowie dobrze rozumieli, co do nich mówię ze sceny i przyjmowali to z uznaniem. Chwalę się, ale tak było. Okrągłe rocznice sprzyjają spojrzeniu wstecz i samoocenom. Ciekawe, że ja – człek poważny i serio traktujący życie – najczęściej dostawałem do wystawienia klasyczne komedie. I one w mojej reżyserii naprawdę śmieszyły. Czasem nawet i mnie.

 $

Przypominam sobie czasem spory z moimi profesorami z Akademii Teatralnej na temat dramatów analizowanych na zajęciach. Upierałem się nieraz przy swoim ich widzeniu, tymczasem po latach widzę, że nierzadko to oni mieli rację. A byli to: Bohdan Korzeniewski, Zygmunt Huebner, Erwin Axer, Aleksander Bardini, Jan Świderski, Jan Kulczyński, Grzegorz Sinko, Zbigniew Raszewski, Jerzy Koenig, Jerzy Adamski, Józef Szczublewski. Nie mogę im o tym napisać, bo już nie żyją. Bywało jednak, że zgadzali się ze mną w interpretacji tego lub innego dzieła. Zwłaszcza Huebner, Sinko i Szczublewski. Nie da się dostatecznie głęboko zrozumieć Szekspira, Czechowa i Dostojewskiego, jeśli ma się tylko 25 lat. Nieraz życia nie starczy, by dostatecznie zrozumieć dzieła fundamentalne. Dobiegający sześćdziesiątki Axer wciąż zgłębiał „Fausta” i „Rozmowy z Goethem”, siedemdziesięcioletni Korzeniewski wracał do „Fantazego”, a dojrzałemu Huebnerowi spokoju nie dawały „Nie-Boska Komedia” i dzieła Conrada.

$

Uczę się cieszyć małymi rzeczami. Do niedawna wydawało mi się, że naprawdziwsza radość przyjdzie wtedy, kiedy zdobędę wymarzony szczyt w Himalajach, lub choćby w Alpach. W przenośni, rzecz jasna. Dziś cieszy mnie nasłoneczniona cisza i cienie pełne zieleni. Zwalniam. Minimalizuję.

$

Seneka – „Każdy jest na tyle szczęśliwy, na ile się za takiego uważa”.

 

Andrzej Józef Dąbrowski