Ostatni dzień lata. Wystawiamy twarze do słońca. Ciągle nieustępliwe. Zawłaszczające. Plaża pusta. Gdzieś w oddali majaczy mężczyzna z wędką. W zatoce zacumowana żaglówka. Gdyby nie samoloty bzyczące nad głową jak komary, można by zapomnieć o cywilizacji. Wyobrazić sobie miejsce poza czasem. Nienaruszone. Niezadeptane. Przed zachodem słońca odkrywamy ptasie sanktuarium. Drewniany most prowadzi w głąb wydm. Idziemy ostrożnie. Wypatrując rzadkich gatunków, o których informują tablice. Światło ma kolor bursztynu. Trawy migoczą. Płoną. Słychać cykady. I ptasie trele. Para jemiołuszek przelatuje nad kosodrzewiną. Trudno je dostrzec nawet przez obiektyw. Patrzymy więc w przestrzeń. W nic. Rude łany. I niebieską płachtę nieba. Co jest po drugiej stronie?- pytam K. Portugalia – odpowiada bez namysłu. A potem sprawdza równoleżniki, by się upewnić. Że gdyby wyruszyć przed siebie, w linii prostej, dopłynęłoby się do Półwyspu Iberyjskiego. Ciekawe, czy mieszkańcy Ovar, Espinho i Porto stojąc na brzegu myślą o dalekiej Ameryce. O wyspie, na której rzadkie gatunki ptaków są pod ochroną. A oceaniczną florę odgradza się cienkim drutem i tabliczką. Przed człowiekiem. Żeby nie stratował. „Tutaj leży Allie Minun. Będzie się rozkładać od 200-400 lat”. Napisano na prowizorycznym nagrobku. W celu edukacyjnym. By uświadomić dzieciom, że zaśmiecanie plaży to zbrodnia. Że każdy papierek, butelka i puszka to gwałt zadawany przyrodzie. Mijamy budynek Theodore Roosevelt Nature Center i plac zabaw, gdzie zamiast karuzeli wystają z ziemi prawdziwe szkielety wielorybów. Spotykamy parę seniorów. Oboje w kapeluszach i z drewnianymi laseczkami. On wysoki, smukły. Ona niska, korpulentna. Ma szorty w kolorze zgniłej zieleni i filuterne, różowe piórko przy rondzie. Idą za rękę. W stronę zachodzącego słońca. Powietrze wibruje. Ich cienie stają się coraz dłuższe.

3078 mil morskich. Tyle wynosi odległość z Nowego Jorku do jednego z portugalskich portów. Płynąc z szybkością 10 węzłów na godzinę wyprawa trwałaby 12 dni i 20 godzin. Do Gdańska o cztery dni dłużej. Z perspektywy czternastu lat dwa tygodnie z kawałkiem wydają się chwilą. O podróży samolotem nawet nie myślę. Świadomość, że kilkanaście godzin stąd są ludzie i miejsca, które pogrzebałam, których musiałam się wyrzec, o których musiałam zapomnieć, paraliżuje. Żyjemy jak te modrosójki. Pod ochroną. W sanctuary city. Za cienką, niemal niewidoczną metalową żyłką. W warunkach zbliżonych do naturalnych. Na wolności. Ale z podciętymi skrzydłami.

*

O zmierzchu zamykają plaże. Tylko przy głównym wejściu jeszcze otwarty parking. Wysiadamy. Na deptaku tłumy. Mewy krążą nisko. Ktoś szuka toalety. Ktoś inny chce kupić butelkę wody. Mężczyzna z obsługi tłumaczy, że pracują do osiemnastej. Idziemy w kierunku oceanu mijając rodziny obładowane lodówkami turystycznymi i dziećmi. Czarnoskórych, gibkich nastolatków prężących wątłe muskuły przed dziewczynami w bikini. Grupkę leciwych kobiet w jaskrawych podkoszulkach. Samotną dziewczynę medytującą pod płotem. Niebo zmienia kolory. Odcienie szarości, błękitu, brudne róże, oranż, ochra. Spektakl trwa tylko kilka minut. Ale to wystarczy by doznać estetycznego wzmożenia.

„Niebiesko – różowe kolory zmierzchu. W tym barwnym woalu z mgły rozmywają się kontury; […] nie pozostaje nic innego, tylko barwy. Kolor jest w świecie czymś bardziej trwałym niż rysunek. Rysunek to tylko szkielet, na którym zawisa mglisty obraz świata”- pisał w dzienniku Sándor Márai. Przyglądał się porom roku. Przypływom. Odpływom. Ptakom wydziobującym oceaniczne resztki. Przyglądał się Ameryce, do której wyemigrował w 1952 roku.

„Montauk. Wybrzeże nocą. Wydmy, opustoszały, piaszczysty, porośnięty krzakami brzeg dusi się pod gęstą kołdrą mgły. W ciemnoszarym zmroku samochody gonią się bezustannie, szukają i straszą się nawzajem błędnymi świetlnymi znakami. Jakby ich pasażerowie – Amerykanie – uparcie szukali czegoś we mgle… miejsca, gdzie warto przystanąć i odpocząć. Na powierzchni trzech milionów mil kwadratowych ten zmechanizowany lud nomadów nieustannie czegoś szuka, dwieście milionów Amerykanów krąży po drogach, w słońcu i we mgle, dniem i nocą. Przed gankiem motelu przystaje auto, kierowca wysiada, wynajmuje pokój, po czym w ciemności nocy kolejno wyjmuje z auta dzieci, łącznie ośmioro. Jak iluzjonista króliki z cylindra, tak on wyjmuje z auta dzieci. Wszyscy znikają we wspólnym pokoju. O świcie ruszą dalej. „Spędzają wakacje”. Tajemniczy lud”.

Márai wrócił do Europy. Ale nigdy do domu. Przez szesnaście lat mieszkał we Włoszech. Ale opuszczonych w latach 50- tych Węgier nigdy nie odwiedził. Ostatnie lata życia spędził w Ameryce. Zamieszkał z żoną w Kalifornii. Kiedy zmarła na raka gardła, a kilka miesięcy później odszedł nagle- w wieku 47 lat – adoptowany syn pisarza, Márai przygotowywał się na śmierć. Kupił pistolet. Odbył kurs szkoleniowy. I – jako blisko dziewięćdziesięcioletni mężczyzna – strzelił sobie w łeb. Myślę o nim nad brzegiem oceanu. Powtarzając zdanie przeczytane rano: „Emigrant, który rozważa „powrót do kraju”, nie jest prawdziwym emigrantem. Wrócić do domu można tylko tak, jak Ulisses: by umrzeć”. I uśmiecham się pod nosem, bo patos Sándora nijak ma się do splendoru pierwszego dnia jesieni. Złotej łuny na niebie. I wszystkich obietnic, które dopiero mają się spełnić.

Weronika Kwiatkowska