A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze.

Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.

MT 20 8-11

Zapewne każdy z nas spotkał kogoś, kto ma zawsze rację. A gdy tak krytycznie spojrzymy na siebie, to możemy zauważyć, że to w pewnym stopniu odnosi się także do nas. Taki nadęty „bąbel” często powtarza: „Czy to moja wina, że ja mam zawsze rację?”. A jeśli nie powtarza, to sobie tak myśli. Trzeba przyznać, że pieniądze, władza, tytuły naukowe, godności lub zwykła głupota sprzyjają procesowi stawania się takim „bąblem”.

Na jednej ze stron internetowych, 29-letnia kobieta skierowała pytanie do psychologa: „Jak rozmawiać z człowiekiem, który uważa, że wszystko wie najlepiej i nikt poza nim nie może mieć racji? Który nie przyjmuje do wiadomości, że może robić cokolwiek źle i na każdą próbę zwrócenia uwagi reaguje fochami?” Odpowiedź psychologa brzmi: „Warto jasno i wyraźnie stawiać granice, mówić o tym, co jest akceptowalne, a co nie, wyjaśniać, ale nie reagować na szantaże emocjonalne (a to właśnie jest ‘foch”). Czasem odcięcie się, nie podejmowanie dyskusji, ale zrobienie po swojemu i nie przejmowanie się czyjąś opinią o nas też ułatwia życie. Opis sytuacji jest bardzo ogólny, dlatego zachęcam do jego uszczegółowienia lub kontaktu z psychologiem, z którym będzie się Pani mogła przyjrzeć sytuacji, uzyskać wsparcie i pomoc w dokonaniu zmiany”.

Bezkrytycza wiara w swoją nieomylność jest pewnego rodzaju chorobą i wymaga leczenia, bo jak każda inna choroba jest czymś złym w życiu społecznym i osobistym. Po wysłuchaniu powyższego fragmentu mój znajomy powiedział: „Ty chyba piszesz o sobie”. Odpowiedziałem: „Najbardziej autentycznie brzmi nasze pisanie, gdy sami tego doświadczamy”.

Arystoteles, jeden z trzech, obok Platona i Sokratesa najsławniejszych filozofów greckich powiedział: „Prawda leży pośrodku – może dlatego wszystkim zawadza”. Człowiek często upatruje prawdę w samym sobie ‘ja mam rację”. Aby dotrzeć do tej prawdy w środku, trzeba zrezygnować z wygodnego dla nas punktu widzenia, własnego wygodnictwa, złych nawyków i wyruszyć „do środka”, aby poznać prawdę. Tam na pewno spotkamy, tych, którzy także wyruszyli w drogę, a których uważaliśmy za tych którzy nie mają racji. Przy spotkaniu „w środku” powinniśmy znaleźć prawdę obiektywną.

Ale co to jest prawda obiektywna? Odpowiadając na to pytanie filozofowie napisali setki tomów i nie sposób w tym krótkim artykule podążać za nimi. Zacytuję tylko jednego z nich. Ksiądz profesor Józef Tischner w swojej „Filozofii po góralsku” napisał: „Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: świenta prowda, tys prowda i gówno prowda”. Trzymając się tej konwencji możemy powiedzieć, że nas interesuje święta prawda. W Starym Testamencie świętość była wyłącznym atrybutem Boga, oznaczała Jego wielkość, majestat i transcendencję. Bóg jest źródłem prawdy absolutnej. Zaś Jezus Chrystus wskazuje na siebie jak źródło prawdy: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.” Prawda boża jakże często jest odmienna od ludzkiej prawdy. Prorok Izajasz ujmuje to w słowach: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi”. A zatem w odkrywaniu prawdy nasze myślenie winniśmy konfrontować z myśleniem Bożym. Prawda, która odnajdujemy w Bogu, w Chrystusie nie jest zawężona tylko do sfery intelektualnej, ale jest poszerzona miłością w nieskończoność. Przykładem tego jest dzisiejsza przypowieść ewangeliczna.

Gospodarz winnicy zatrudniał robotników w różnych porach dnia. Mimo, że ze wszystkimi umawiał się o zapłatę w wysokości denara, to jednak gdy przyszedł wieczór i wszyscy otrzymali umówioną zapłatę to jednak ci co pracowali od samego rana uważali, że zostali potraktowani niesprawiedliwie. Pracowali najdłużej a otrzymali taka samą zapłatę, jak ci, którzy pracowali krótko: „A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze”.

Według ludzkiej logiki, ludzkiego myślenia, pracujący najdłużej powinni otrzymać najwięcej. Jedna z pań w mojej parafii, przedstawiła mi własne tłumaczenie usprawiedliwiające postepowanie zarządcy. Otóż nie każdy pracownik pracuje tak samo wydajnie. Obibok może pracować cały dzień, a mniej zrobi niż ten, który pracował dwie godziny. To prawda, ale nadal jest to ludzkie myślenie, a nie boże.

Człowiek ocenia przez zawężony pryzmat materialnej rzeczywistości, jego widzenie jest cząstkowe, zaś Bóg widzi całościowo i Jego sprawiedliwość nie mierzy się odważnikami na wadze, ale przykłada się miarę miłosierdzia i miłości, które nie mają granic. Jeśli pójdziemy tropem ludzkiej logiki w interpretacji ewangelicznej przypowieści to dojdziemy do wniosku, że trzeba prosić Boga, aby jak najszybciej obdarzył nas nagrodą nieba, bo po co tak długo trudzić się na ziemi. A przecież każdy z nas chce się „trudzić” na ziemi jak najdłużej.

Szukając pełniejszego zrozumienia tej przypowieści trzeba uwzględnić kontekst religijny z czasów Jezusa. Judaizm wtedy dochodził do szczytu legalizmu. Powszechne było przekonanie, że na zbawienie trzeba zapracować. A ile nagromadziliśmy zasług określały liczne prawa, które trzeba było wypełnić. Bezduszne wypełnienie stało się ważniejsze od tego, co jest w naszym sercu, ważniejsze niż sama miłość. Namnożono wiele praw, które trzeba wypełnić. Te prawa dzieliły ludzi na dwie klasy. Pierwsza to sprawiedliwi, którzy skrupulatnie wypełniali, nieraz bezdusznie te prawa i dzięki temu, jak uważano byli na drodze zbawienia. Drugą kategorię stanowili niesprawiedliwi, grzesznicy, którzy nie zawsze skrupulatnie przestrzegali prawa, które mnożyli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Świetnie ilustruje to przypowieść o faryzeuszu i celniku, którzy modlili się w świątyni. Faryzeusz z pogardą spoglądał na celnika i wychwalał się przed Bogiem, jaki to on sprawiedliwy, jak skrupulatnie wypełnia prawo. Celnik zaś bił się w piersi i przepraszał Boga. Chrystus powiedział, że to celnik odszedł usprawiedliwiony, nie faryzeusz. Tę myśl podejmuje Ewangelia na dzisiejszą niedzielę. Chrystus kładzie nacisk bardziej na miłość niż na skrupulatne zliczanie czynów bezdusznej poprawności.

U chrześcijan może to rodzić pewne wątpliwości. Bramy Królestwa Bożego otwierają się tak samo dla tych, którzy przez wiele lat byli dalecy od nauki Chrystusa, a może nawet ją zwalczali, jak i dla tych, którzy całe życie walczyli i cierpieli dla Królestwa Bożego. W drodze do królestwa Bożego liczy się osobista więź miłości z Bogiem. Bardzo często konwertyci ostatniej chwili płonęli ogromną miłością. Z drugiej strony, wierność Bogu przez długie życie niesie przewagę nad konwersją ostatniej chwili, gdyż każdy dzień przepojony ogromną miłością i ewangelią jest budowaniem Królestwa Bożego na ziemi i gdy staniemy przed Bogiem, to nie tylko nasze serce będzie przepełnione miłością, ale także ręce będą pełne dobra.

ks. Ryszard Koper