Na początku bałem się krytyki mówiąc, że po śmierci Ojca, oprócz smutku i pustki, odczułem swego rodzaju ulgę. Przecież przez ostatni rok nie wychodziłem wiele z domu i nie wyjeżdżałem z miasta, gdyż byłem zajęty pielęgnacją i dogadzaniem – niedołężniejącemu w oczach – ojcu. Okazuje się, że ludzie to rozumieją. Często sami musieli bowiem zajmować się kimś chorym, starym – albo przeciwnie: małym dzieckiem. I też czuli się więźniami we własnym domu.

Podobnie czuł się mój Ojciec, gdy musiał opiekować się śmiertelnie chorą żoną. Ostatnie jego lata z Nią były niewesołe, na pewno wyczerpujące psychicznie i fizycznie. Gdy Mama umarła, on odżył. Oczywiście, bardzo przeżywał jej śmierć ale zarazem nabrał ochoty do życia, podróżowania, poznawania ludzi, jakby chciał nadrobić te stracone lata. To wtedy zaczął mnie odwiedzać w Ameryce (przedtem nie było o tym mowy), to wtedy zaczął trochę wychodzić: do kawiarni, teatru, jeździć z wizytami do rodziny.

Tata by mnie więc zrozumiał – tym bardziej, że widziałem Jego wyrzuty sumienia, że czuł się winien, iż taki jestem przez niego uwiązany.

Już nie jestem.

Oswajam się z nowym, smutnym stanem ducha człowieka już bez rodziców. Przyzwyczajam się do absolutnej ciszy w mieszkaniu. Uświadamiam też sobie, że od tej pory będę robił ze swoim życiem wszystko, co tylko będę chciał i nikt się nie wtrąci i na to nie wpłynie. Zarazem jednak, nikogo nie będzie to obchodziło, nikt nie będzie dumny z powodu moich osiągnięć i smutny z powodu problemów.

Dla mnie to sytuacja nowa, ale przecież znana już wielu Czytelnikom.

Tak więc mogę robić co chcę. Ostatnie felietony piszę już nie w kawiarni, dokąd uciekałem przed pełną napięcia i cierpienia, niepozwalającą się skupić, atmosferą domu. Siedzę teraz w kuchni, gdzie już nikomu nie szykuję posiłków, panuje więc tu ład i cisza.

Od tej pory te moje ni to felietony, ni to dzienniki, ni to reportaże, powinny nabrać większych walorów poznawczych. Bo jaki to był ze mnie korespondent skoro, po pierwsze, nie pisałem o polityce (która absolutnie zdeterminowała to, jak się ktoś, zwłaszcza przyjezdny, czuje w Polsce). I po drugie, co to za korespondent, który nie wychodził na długo z domu? Ileż można polegać na intuicji i zmyśle obserwacyjnym, nie mając do dyspozycji faktów i własnych przeżyć?

Mam nadzieję, że teraz się to zmieni. Już nie będę pisał np. o „nocy muzeów” tylko jako ciekawym pomyśle gospodarzy miasta – sam spędzę w ten sposób noc. Będzie to więc co się zowie reportaż uczestniczący. Zacznę więcej chodzić na spotkania, do teatru, na koncerty, odwiedzać ludzi i chodzić po restauracjach (gdzie do tej pory samemu się wyrywać z domu jakoś mi nie wypadało).

Będę też wyjeżdżać z Warszawy – i z kraju. Dzięki temu te relacje nie będą tak warszawocentryczne – i takie krajowe.

Zacząłem od Poznania. Z tego miasta pochodził mój Ojciec, mam tam rodzinę i przyjaciół. Tam więc po raz pierwszy pojechałem pociągiem, tam po raz pierwszy spędziłem cały weekend poza domem.

Poznań jest ładniejszy i bardziej klimatyczny od Warszawy. Pewnie to samo powiedziałbym zresztą po wizycie w Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku. Choć urodziłem się w Warszawie, zawsze uważałem to miasto za brzydkie i nieprzytulne. Co poradzić – po zniszczeniach wojennych komuniści zafundowali nam swoją urbanistykę. Owszem, są tu ładne zakątki i ulice ale w Poznaniu, wędrując po śródmieściu, widziałem miasto zwarte, jednorodne architektonicznie (nowe budynki dobrze komponują się ze starymi, nie tak jak w Warszawie). Po części jest to wina przeszłego gospodarzenia tu Niemców i w ogóle wpływów niemieckich. Oraz tego, że Poznań nie doznał takich zniszczeń, jak Warszawa. Także gospodarności, więc i zamożności, jego mieszkańców. Jakikolwiek powód, efekt jest dobry. Stare dzielnice kamienic i willi, dobrze utrzymane, często już odrestaurowane, zachowały jakiś europejski sznyt. Znajdzie się tam setki klimatycznych lokali, kafejek, sklepików. Nawet centra handlowe – zwłaszcza to w budynkach Starego Browaru – imponują wysmakowaną architekturą.

Dobrze robi, po przejazdach tramwajem przez szerokie warszawskie ulice, spacer po uliczkach Poznania. Już się nie mogę doczekać na wizyty w innych miastach. Polska podobno jest piękna – będę to teraz sprawdzać, mimo że idzie bura jesień.

Wiem, że wielu osobom podoba się Warszawa, a nawet ją „kochają”. Ludzie tu urodzeni mają oczywisty sentyment do miejsca, i są dumni z jego walecznej przeszłości. Ale stolica podoba się też niektórym osobom przyjezdnym. Weekendowe spacery po parkach i ulicach Poznania to bowiem jedna rzecz, a życie tam na codzień, robienie kariery, szukanie bodźców i atrakcji – inna. Może po jakimś okresie zamieszkania zaczyna doskwierać prowincjonalność – mentalna i ta wynikająca z małej wielkości miasta? Może faktycznie tylko Warszawa jest tym wstępem, namiastką prawdziwego Zachodu? Metropolią, gdzie ludzie są ostrzy i szybcy, zarazem jednak najwięcej się tu dzieje?

Będę zgłębiał temat polskiej prowincji, skoro wreszcie skorzystam z zaproszeń w różne miejsca.

A żeby zachować dystans wobec polskich uroków i okropieństw, będę też jeździł za granicę. Pora zacząć wykorzystywać jeden z największych atutów mieszkania w Polsce: dostępność tanich biletów lotniczych i wycieczek zagranicznych. Za granicę wyjeżdżają tu wszyscy, także emeryci i młodzież na dorobku. Jakoś ich stać – i mają długie, europejskie urlopy.
W moim komputerze są już potwierdzone bilety i hotele w Budapeszcie, Barcelonie i Stambule. Na swoją kolej czeka też Nowy Jork. Nie mogę się już doczekać, kiedy odwiedzę miasto, w którym przemieszkałem, miło i ciekawie, 27 lat.

 

Jan Latus