W Quebecu podają świetną kaczkę w pomarańczach. Równie świetne są winniczki w gorącym maśle z czosnkiem. A i owoce morza też dobrze smakują, nie wyłączając oceanicznych wodorostów, za którymi przepadam. Nie napotkałem jednak w żadnej z francuskich restauracji muszli świętego Jakuba (coquille st. Jacques), którymi się raczę podczas każdego pobytu w Paryżu. Czyżby były tylko przysmakiem paryskim właśnie? Ceny dość wysokie, ale jakoś je przełykam razem z potrawami. Raz się żyje!

$

Tym razem chodzę po Quebecu tropami Roberta Lepage, kanadyjskiego reżysera teatralnego i filmowego, którego bardzo cenię. On jest quebecczykiem właśnie. Niedawno widziałem piękne przedstawienie „887” o jego dzieciństwie i młodości spędzonej w jednej z tutejszych kamienic. Teraz oglądam je w rozszerzonej wersji wystawionej przez quebecką kompanię teatralną Ex Machina (Ex Machine). I ponownie jestem zachwycony, tyleż narracją, co wielofunkcyjnością zbudowanej na scenie kamienicy, która na przemian jest mieszkaniem, barem, ulicą, placem zabaw, parkiem, korytarzem. Akcja dzieje się symultanicznie w kilku wnętrzach na raz. Odpowiednie oświetlenie przydaje opowieści o dojrzewaniu bajecznej cudowności. A i w samym Lepage’u jest coś niezwykłego, jak zauważyłem przyglądając mu się z bliska. Jego przedstawienia zrobiły na mnie wielkie wrażenie, zwłaszcza „The Far Side of the Moon” w Royal National Theatre w Londynie, „The Seven Streams of the River Ota” w Brooklyn Academy of Music” i „KA” w Cirque de Soleil. W pamięci utkwił mi także „Człowiek, który pomylił żonę z kapeluszem”. Żałuję, że nie widziałem „The Image Mill” – scenicznej sagi przygotowanej na 400-lecie Quebecu. Lepage jest emocjonalnie mocno związany z tym miastem, ale nie wpada – jak podkreślił – w bezkrytyczny sentymentalizm. Na scenie stworzył swój rodzinny Quebec tak sugestywny, że patrzę teraz na to miasto jego oczami. Dopiero widok na Rzekę św. Wawrzyńca przywraca mi poczucie topograficznej realności. Patrząc na nią, nie sposób nie myśleć o przepływie wszystkiego i o przemijaniu. To potężna woda.

$

W Trois Rivieres pod Quebekiem odwiedzam pana W. N. przedwojennego znajomego mojej mamy, który wyemigrował z Polski w 1968 roku i kilka lat później osiedlił się w Kanadzie. Jest on jednym z niewielu Starszych Braci w Wierze, którzy nie pomstują na Polskę, za to że musieli ją opuścić. Przeciwnie – mówi wprost, że skorzystał z okazji, żeby wyjechać na Zachód, bo przedtem nie miał takiej możliwości. Pracował w Kanadzie najpierw jako pomocnik lekarza a później – po odpowiednich studiach – jako samodzielny internista. Żona – Polka pracowała jako pielęgniarka. Moja mama pomogła mu przetrwać czas Zagłady, wyszukując schronienie u kuzynów na wsi i organizując dlań koleżeńską zbiórkę pieniędzy. Po wojnie on te pieniądze oddawał w ratach przez kilka lat, ale nie wszyscy chcieli je przyjąć. Dziś pan N. ma 95 lat i wciąż bardzo sprawny umysł. Pijemy z jego synem pejsachówkę przywiezioną z Polski i oddajemy się wspomnieniom. Słucham opowieści o zmarłej żonie i córce, słucham także opowieści o dawnym Lublinie i Żydach z Kalinowszczyzny, którzy zostali wymordowani przez Niemców. Ustalamy fakty, prostujemy nieścisłości. W pewnym momencie pan N. sięga po album z przedwojennymi fotografiami i pokazuje mi zdjęcie mojej mamy i jej dwóch starszych sióstr podpisane jako „Trzy Gracje z Lublina”. Nie powiem, urodziwe były to gracje i szykowne. Na innym koleżeńskim zdjęciu mama jest uwidoczniona jako smukła panienka z grubymi warkoczami sięgającymi aż do pasa. Chciałem je wycyganić, ale pan N. był do tych fotek przywiązany tak, jak do zdjęć swojej rodziny, której część zginęła w Sobiborze. Mamę zapamiętał jako figlarkę skłonną do robienia kawałów i naigrawania się z kawalerów, którzy jej się nie podobali. Wspominał też kapitana Józefa Millerta, dowódcę jednego z oddziałów stacjonujących w Lublinie, zakochanego w mojej mamie bez pamięci i planującego z nią rodzinną przyszłość. Zapamiętał go jako bardzo wytwornego i eleganckiego pana i z doskonałymi manierami. W czasie okupacji kapitan Millert został dowódcą AK w okręgu Włodawa. Pan N. twierdzi, że zginął on podczas partyzanckiej walki z Niemcami, tak też mówiła mi mama. Tymczasem z odnalezionych niedawno dokumentów wynika, że został zamordowany przez zbirów z Gwardii Ludowej na rozkaz samego Moczara, który widział w nim wroga nowego ustroju i charyzmatycznego dowódcę, będącego autorytetem dla AKowców. Szukam teraz innych dokumentów, bo o kapitanie Millercie chciałbym coś większego napisać. Mam jego piękne listy i pocztówki, jakie pisał do mamy w latach 1937- 40. Po wybuchu wojny wydostał się z zasadzki niemieckiej i ukrywał się na Chełmszczyźnie pod innym imieniem i nazwiskiem. Tam zorganizował ruch partyzancki, który rozszerzył się także na Ziemię Włodawską.

Pan N. przyznaje, że świat zachodni już sporo wie o Holokauście, nie chce natomiast wiedzieć o tragedii Polaków. A to przecież Polacy byli następnym po Żydach narodem skazanym na wyniszczenie w olbrzymiej części. Obaj ubolewamy, że wiedza o Polsce jest wciąż mizerna i że nie ma lobby polskiego ani w Stanach Zjednoczonych, ani Kanadzie. A Ukraińcy są tu potęgą, podkreśla pan N. Nie podejmuję polemiki, bo przecież dobrze wiem, jak słabą mamy pozycję w obu tych krajach. Na zakończenie wizyty pan N. wyściskał mnie serdecznie i podkreślił, że zapamiętał moją mamę, jako jedną z najpiękniejszych kobiet i zarazem jedną z najpiękniejszych postaci, jakie spotkał w swym życiu. Po wyjściu od niego poczułem bolesne kłucie w sercu. Coś we mnie zawyło. Na siłę zmuszałem się do myślenia o czymś innym a nie o mamie.

$

Patrząc na ową wielką rzekę św. Wawrzyńca usiłuję wypunktować różnice między Kanadą a Stanami, ale idzie mi to kiepsko. Wciąż za mało wiem. Pan N. i jego syn zapewniali, że pod każdym względem żyje się tam świetnie.

$

W drodze powrotnej do Nowego Jorku podczytuję zmarłego niedawno Janusza Głowackiego. I znajduję takie oto spostrzeżenie po zamachu na World Trade Center – „Pisze się dużo o fundamentaliźmie islamskim. Dzieli talibów na lepszych i gorszych. Mnie wszyscy wydają się dość okropni. Po arabskiej stronie po tym, co się stało, jakoś nie widzę żadnej skruchy. Ja już nie mówię o potępieniu. Tak jakby w ogóle się nic nie stało”. Sprawę tę widzę identycznie. Nie pamiętam jakichś spektakularnych arabskich aktów solidarności z ofiarami zamachów w Europie i Ameryce. Islam wdzierający się do Europy będzie coraz większym problemem i nikt nie ma dobrego pomysłu, jak się temu przeciwstawić. Polityki Niemiec i Francji w tym względzie w ogóle nie rozumiem. Kanada też postanowiła przyjąć kilka tysięcy emigrantów z obozów dla uchodźców. Swoją drogą nastał czas, żeby o tym islamie coś więcej wiedzieć i nie uklepywać stereotypów.

 

Andrzej Józef Dąbrowski