Wbrew katastroficznym przewidywaniom meteorologów, zwielokrotnionym przez siejące panikę media, huragam Irma, który przeszedł nad Florydą, nie wywołał największej katastrofy w dziejach USA.

Przez blisko tydzień z amerykańskich mediów, głównie z telewizji, choć również z prasy drukowanej, wiało grozą. Irma miała być najstraszniejszym huraganem w historii, zniszczenia miały być dużo większe niż po przejściu w 1992 roku huraganu Andrew. Wybrzeże Florydy miło zostać zalane kilkumetrową falą powodziową, wieszczono również śmierć setek jeśli nie tysięcy ludzi. Brakiem delikatności wobec poszkodowanych w wyniku tego huraganu, jak również tych, którzy ucierpieli po przejściu wcześniejszego huraganu Harvey w Teksasie, byłoby twierdzenie, że nic się nie stało. Zniszczenia są oczywiście znaczące. Faktem jest jednak, że są one dużo mniejsze od zapowiadanych, a liczba ofiar daleko niższa.

Atmosfera grozy wywołana przez CNN, MSNBC czy Fox News, które rzuciły na Florydę swoje najlepsze siły w postaci dobrze znanych z ekranu reporterów, udzieliła się także części mediów polonijnych. W jednej z wydawanych w Nowym Jorku gazet, już wówczas gdy Irma przestała wiać, na pierwszej stronie przeczytać można było, że „najstraszniejszy w historii huragan zniszczył USA”. Ten kompletnie nieprawdziwy, by nie powiedzieć idiotyczny tytuł, zostawmy bez szerszego komentarza. Media w pogoni za coraz bardziej wybrednym widzem lub czytelnikiem, w sensacji szukają recepty na spadające dochody. Tak właśnie zachowywała się telewizja, która próbowała wszystkich nas przykuć do ekranów, relacjonując na żywo wydarzenia na Florydzie na długo zanim cokolwiek się tam stało, nie bacząc na to, że sympatyczny skądinąd Anderson Cooper z CNN, próbujący wmówić nam, że jest bardzo groźnie, kiedy naokoło niego świeciło słońce, a ludzie spokojnie przechadzali się na plaży, wygląda raczej śmiesznie.

We wszystkim tym chodziło bardziej o podniesienie oglądalności niż o rzetelną informację. Warto jednak zastanowić się nad tym dlaczego zniszczenia, choć oczywiście duże, ostatecznie okazały się jednak mniejsze od zapowiadanych.

Pierwsza sprawa to niedokładne prognozy meteorologiczne. Faktyczny przebieg huraganu różnił się znacznie od zapowiadanego. Irma w dużym stopniu oszczędziła na przykład Miami Beach, a mocno zalała Jacksonville, leżące grubo ponad 500 km dalej na północ, w pobliżu granicy ze stanem Georgia. Tampa, która miała zostać zalana przez falę powodziową także ucierpiała mniej niż przewidywano. Huragan napędzany m.in. przez parującą wodę Zatoki Meksykańskiej i karaibskiej części Atlantyku, po zderzeniu z lądem, znacznie osłabł i nie był już tak silny, by wywołać ogromną w skali powódź.

Za niedokładne prognozy winy nie ponoszą meteorolodzy. Wykorzystywali oni wszelkie dostępne środki, w tym satelity, nad okiem huraganu przeleciał specjalny samolot obserwując z góry jego przebieg, używano też europejskiego i amerykańskiego modelu przewidywania przebiegu huraganów. Po prostu modele te nie są doskonałe i nie da się za ich pomocą wszystkiego dokładnie ustalić.

To co przede wszystkim uchroniło Amerykę przed zniszczeniami jakie mogliśmy obserwować po przejściu Irmy nad St. Martin, Barbudą i innymi wysepkami Karaibów, to bardzo dobra organizacja ewakuacji, przygotowanie i profesjonalizm służb ratunkowych, a także zmiana standardów budownictwa. Po huraganie Andrew, który jak dotąd był najbardziej destrukcyjny w historii Florydy, stan ten wzmocnił wymagania co do odporności budynków, które bez uszczerbku powinny wytrzymać huragan kategorii trzeciej. Wybudowano większą ilość schronisk, mogących przyjmować również osoby niepełnosprawne i zwierzęta, poprawiono drogi ewakuacyjne. Nie bez znaczenia jest też polepszenie systemu ostrzegania, w czym dużą rolę pełni internet i media społecznościowe. Krótko mówiąc Ameryka wyciągnęła wnioski z wcześniejszych kataklizmów, jak na przykład niszczycielska Katrina, która według różnych szacunków spowodowała od 1245 do 1836 ofiar śmiertelnych.

Tomasz Bagnowski