Nikt już nie ma dziś chyba wątpliwości, że Andrzej Duda postanowił odegrać na scenie politycznej o wiele większą rolę niż przypisał mu Jarosław Kaczyński.

Oczywiście, że weta niechlujnie napisanych ustaw reformujących polskie sądy mają podłoże czysto merytoryczne. Nie można jednak zapominać o politycznych konsekwencjach tej zaskakującej dla obozu „Dobrej Zmiany” decyzji.

Andrzej Duda obiecywał w kampanii wyborczej, że nie będzie „notariuszem” rządu. Czy był nim przez pierwsze dwa lata rządów gabinetu Beaty Szydło? Nie poszedłbym tak daleko. Większość zmian, jakie dokonywała ekipa Zjednoczonej Prawicy była przecież częścią programu Dudy. Mógł się z nimi po prostu zgadzać. Jako prawnik nie mógł jednak zaakceptować ustawy, w której bardzo naginano trójpodział władzy, który niezależnie od stanu polskiego sądownictwa, jest święty. Zresztą główny doradca prezydenta Dudy w prezydenckich projektach ustaw reformujących sądy, czyli profesor Michał Królikowski ma jednoznacznie negatywną opinię o polskim systemie sądowniczym. Niektóre jego wypowiedzi mogłyby wyjść z ust pisowskiego jastrzębia. Jest to dowód, że ekipa Dudy ma konkretny plan reformy. Radykalny, ale mieszczący się w ramach Konstytucji RP.

Co oznacza taki ruch prezydenta poza tym, że przestał być postrzegany jako (siła popkultury naprawdę jest porażająca) „Adrian” z oglądanego przez milionową widownię satyrycznego serialu?

Ostatnie ruchu prezydenta Dudy jasno pokazują o co chodzi słowie państwa. Widzimy ustawienie się na nowej pozycji na polskiej scenie politycznej. Duda wetami nie tylko wypalił świeże paliwo słabnącej PO i Nowoczesnej. Prezydent jednym ruchem zahamował też rodzącą się na ulicach nową opozycję, która do tej pory nie była widoczna na marszach KOD. Na siłę tę liczyły szczególnie partie lewicowe jak Razem czy tacy lewicowi politycy jak Robert Biedroń i Barbara Nowacka.

Stanowcze działania prezydenta w konflikcie z niepopularnym w społeczeństwie Ministrem Obrony Narodowej Antonim Macierewiczem, sprzeciw wobec radykalnej reformy dociskanej butem przez Jarosława Kaczyńskiego nie tylko nie pozbawiły go poparcia ze strony mainstreamu (nie piszę o szaleńczych atakach na prezydenta ze strony niektórych jakobińskich publicystów prawicy) wyborców PiS. Duda wyraźnie sięgnął po centrum.

Nie jest tajemnicą, że bez poparcia wyborcy centrowego wyborów w Polsce wygrać się nie da. W ostatnich sondażach poparcie dla Andrzeja Dudy oscyluje wokół 60 procent. Systematycznie od lipca, gdy miały miejsca weta – rośnie.

Nie zapominajmy też, że każdy prezydent RP ma o wiele większy mandat społeczny do rządzenia niż jakikolwiek minister, który nie jest wybierany bezpośrednio przez lud. Andrzej Duda jest tego świadom. Dochodzi do tego z każdym rokiem realniejsza walka o schedę po Jarosławie Kaczyńskim, który przecież każdego roku jest bliższy końca swojej dziejowej misji lidera polskiej prawicy. Czy prezydent może więc stać się dla niego przeciwwagą, skupiając wokół siebie wolnorynkową prawicę popierającą dziś partię Jarosława Gowina i antysystemowców od Kukiza? Jest to coraz bardziej prawdopodobne. Szczególnie, że polska opozycja jest dziś histeryczna, niespójna, rozbita i nie ma charyzmatycznego lidera. Przynajmniej dopóki do Polski nie powróci Donald Tusk, który szykuje się do prezydenckiego starcia z Dudą. Jeżeli Duda pokona obarczonego coraz bardziej kuriozalną polityką eurokratów Tuska, a wszystko dziś na to wskazuje, prezydent będzie niekwestionowanym liderem prawicy.

Na polskiej scenie politycznej szykuje się więc arcyciekawa rozgrywka. Słabość opozycji spod znaku PO i Nowoczesnej, oderwanie od realnych problemów biedniejszej warstwy społeczeństwa powoduje, że po stronie opozycji tworzy się miejsce dla nowej politycznej siły. Musi być to polityczna siła różniąca się od tego, co proponuje nam duopol PO-PiS. Musi być to polityka oparta na spokoju, merytoryczności i wyważeniu. Czyż nie reprezentuje tego dziś właśnie administracja Andrzeja Dudy?

Łukasz Adamski