Środa noc
Hillary Clinton w końcu przemówiła. Zabrała się za swoją wyborczą klęskę w książce „What Happened”, która właśnie weszła do księgarń. Pani Clinton ruszyła w trasę (biorąc za możliwość spotkania z sobą i autograf nawet po 1,500 dolców od łebka).

Jak przystało na główną postać Lewicy, Hillary Clinton jest oczywiście „ofiarą”. Nie, nie przegrała dlatego, że prowadziła złą kampanię oraz była słabym kandydatem, nie. Przegrała bo… lista jest długa. Parafrazując słowa Marszałka Piłsudskiego: „naród amerykański generalnie dobry, ale ludzie k…”, bo ośmielili się wybrać Trumpa, a nie światłą, mądrą, no i pierwszą kobietę-prezydenta Hillary Clinton, której to stanowisko się po prostu należało – to była jej kolej, po Baracku Obamie. Z wyżyn swojej mądrości orzekła, że zamiast niej, Amerykanie wybrali „najmniej doświadczonego, najmniej kompetentnego, wiedzącego najmniej prezydenta w całej historii kraju”.
A to wszystko przez:

Po pierwsze – Berniego Sandersa – ten socjalista bowiem ośmielił się wystartować w prawyborach Partii Demokratycznej przeciwko niej. I zamiast naprawdę prowadził kampanię, zachodząc Hillary od lewej flanki. Zdaniem Clinton spowodował w ten sposób „trwały uszczerbek”, bo uciekał się do „plotek oraz podważał charakter” byłej Pierwszej Damy. Zdaniem Hillary, wszystkie jego oskarżenia że jest przedstawicielem „globalnej elity” biorącej po 250 tysięcy dolarów za przemowy do bankowców, okazały się wodą na młyn odwetowców… wróć, Trumpa. Nie, nie było w tym nic zdrożnego, ani w mataczeniu wokół tzw. „darowizn” od Wall Street, bo przecież małżeństwo Clintonów oraz Clinton Foundation musiały jakoś wiązać koniec z końcem.

Po drugie – kandydatka Partii Zielonych Jill Stein, o „której nie warto by wspominać”, gdyby nie fakt że zabrała Hillary głosy w stanach, gdzie ta ich desperacko potrzebowała jak w Wisconsin. Argument słaby, skoro tylko prawdziwi twardziele głosowali na Stein. Tacy, którzy i tak nie oddaliby głosu na Clinton.

Po trzecie – prezydent Barack Obama i wiceprezydent Joe Biden. Ten pierwszy miał nie ostrzec Amerykanów, że Moskwa na chama próbuje wpływać na wybory. Za słabo też dzielił się własną popularnością: z książki przebija przekonanie, że jako „pierwszy czarnoskóry” prezydent powinien bardziej działać na rzecz „pierwszej kobiety-prezydenta”. Biden zgrzeszył, bo nie dość entuzjastycznie wspierał kandydatkę demokratów, jakby tajemnicą poliszynela nie było, iż za Clintonami specjalnie nie przepada.

Po czwarte – no oczywiście: „seksizm i mizogynizm”. Nie dość, że Amerykanie ośmielili się słuchać „ostentacyjnie seksistowskiego kandydata” (Trumpa), to część kobiet miała czelność także na niego głosować, nie popierając swej – jakby powiedziały feministki – siostrzycy. W wywiadach wręcz wylewał się żal do kobiet, że tak słabo ją popierały, jakby to miał być obowiązek, bez względu na charakter i poglądy kandydatki.

Po piąte – straszny Putin. Był dobry, dopóki Hillary Clinton była sekretarzem stanu i robiła z nim sporo fajnych dili (także dla Clinton Foundation), ale który okazał się niedobry w 2016 r. bo chciał „wpłynąć na nasze wybory i zainstalować tu przyjazną sobie marionetkę”.

Po szóste – były dyrektor FBI James Comey, który oświadczeniem z ostatnich dni przed głosowaniem, w sprawie wznowienia śledztwa przeciw niej, wywrócił „do góry nogami” całą kampanię. „Co to było, słaby dowcip? O czym on do cholery myślał?” częstuje byłego szefa federalnych w swojej książce Clinton.

Po siódme – seksmaniak, były kongresmen Anthony Weiner, były już mąż, najbliższej współpracownicy Clintonowej Humy Abedin, którego wybryki seksualne w internecie, doprowadziły FBI do akcji w sprawie kandydatki i dodatkowo kompromitowały.

Po ósme – „New York Times”, który pisząc za dużo o aferze z mejlami z prywatnego serwera Clintonowej, „wpłynęł na wynik wyborów”. Jakby NYT wraz z całą rzeszą mediów, bez żadnej żenady i ograniczeń nie wspierały kandydatki Partii Demokratycznej w kampanii.

Po dziewiąte – amerykański system wyborów prezydenta poprzez „beznadziejne” Kolegium Elektorskie, jakby reguły gry nie były takie same od początku Stanów Zjednoczonych. Hillary wolałaby prowadzić kampanię tylko w przyjaznych aglomeracjach: Nowy Jork, Los Angeles i Chicago.

Po dziesiąte – tak, tak, to musiało być – „nienawiść”. Hillary nie może pojąć, jakim cudem Ameryka jej nie pokochała. „Muszę zmierzyć się z faktem, że wielu ludzi – wręcz miliony – zdecydowały, że mnie nie lubią (…) Co spowodowało, że stałam się piorunochronem ściągającym na siebie nienawiść? Pytam naprawdę, bo się zgubiłam…” napisała w książce.

A więc miliony Amerykanów, mizogynów i nienawistników, kobiet co wyrzekły się swej kobiecości, nie głosując na tę pierwszą w Białym Domu, wreszcie media i politycy Partii Demokratycznej którzy za mało się starali… oto powody porażki, nie, klęski, której Clintonowa nie spodziewała się w najczarniejszych snach (opisuje, jak niemal traciła dech, dowiadując się, że Trump zostaje prezydentem). Jakieś błędy własne? Kandydatka bąknęła, że żałuje że powiedziała górnikom, że muszą odejść, aby zrobić miejsce dla zielonej energii. Że „zrobiła prezent” Trumpowi, nazywając jego zwolenników „godnymi potępienia”. Że „głupie” było używanie własnego serwera jako sekretarz stanu. Przyznała nawet, że prowadziła nieodpowiednią kampanię. Ale zaraz dodała, że błąd polegał na tym, iż była ona oparta na „przemyślanej polityce oraz budowanych z wysiłkiem koalicjach” i nie miała w związku z tym szans z Trumpem, mistrzem reality show, który „po ekspercku oraz nieustannie podgrzewał gniew i resentymenty Amerykanów”.

Słowem, znów Samo Dobro padło w walce z Czystym Złem… czyli, że Clinton zrozumiała niewiele. Przegrała, bo jej typowa polityka tożsamościowa, gdzie każda mniejszość jest dopieszczona a wszystkiemu winne hordy białych, niewykształconych mężczyzn, prowadziła donikąd we wkurzonym globalistycznym i polityczno-poprawnościowym przegięciem społeczeństwie.

Aha, w trakcie książkowej wycieczki po kraju, Hillary Clinton zawita do stanu Wisconsin. W czasie kampanii nie była tam nigdy, zakładając że nie warto: bo obywatele i tak zagłosują na kandydatkę demokratów, jak robili to przez dziesiątki lat. Trump w kampanii bywał tam wielokrotnie, w efekcie wyrywając w dniu wyborów zwycięstwo. To tylko pokazuje jak beznadziejnie słabym i nie rozumiejącym Ameryki kandydatem, była – niedoszła, na szczęście – pierwsza kobieta-prezydent Stanów Zjednoczonych.

Jeremi Zaborowski