Montreal ma miejsca piękne, ładne, średnie i brzydkie. Szwendam się po nich, chcąc złapać w słowa fenomen tego miasta. Ale czy jest to możliwe przy tak dużej jego różnorodności? Jest to ponoć najbardziej kosmopolityczne miejsce w Kanadzie z dominującą przewagą ludności francuskojęzycznej, sięgającą aż 70 procent. Z tutejszych widoków utrwalam w pamięci m.in. grupę wielkich statków zacumowanych w porcie na Rzece św. Wawrzyńca. Mam chyba w głębinach mej duszy potrzebę płynięcia na antypody i po antypodach, bo widok statków w portach zawsze na mnie dziwnie działa. Tak było w Gdyni, Szczecinie, Warnie, Neapolu, Palermo, Lizbonie, Marsylii, Tel Awiwie, Hajfie, Kew West, tak jest teraz i w Montrealu. Marzy mi się podróż dookoła świata metodą od portu do portu właśnie, z głębokim zapuszczaniem się w głąb lądu do miejsc sławnych i pięknych. Niestety nigdy nie było mnie na nią stać. Przed laty myślałem nawet, że zaciągnę się na któryś ze statków jako pomocnik marynarzy lub pracownik hotelowy, ale i ten plan spalił na panewce. Inna rzecz, że w tej mierze zabrakło mi determinacji wynikającej z braku wiary w siebie. Widok z portu na rzekę św. Wawrzyńca także rozmarza, podobnie jak i widok w Quebecu. Chciałoby się nią popłynąć chociaż do oceanu lub na Wyspę św. Edwarda. Widokiem, który również zostaje w pamięci jest panorama Montrealu roztaczająca się z tarasu na najwyższym wzniesieniu w Parku Mont-Royal. Stąd dobrze widać bezmiar zieleni, która otacza miasto, powiększonej o zieleń znajdujących za tym parkiem cmentarzy – katolickiego Notre-Dame-des-Neiges i protestanckiego Mont-Royal Cemetery. Tenże Park Mont-Royal przypomina nowojorski Central Park i jest dziełem tego samego projektanta – Law’a Olmsteda. Tam, gdzie było to możliwe, zachował on przyrodę w pierwotnym stanie, z naturalnymi łąkami, wytyczając jedynie ścieżki do wzgórz z punktami widokowymi.

$

Na owym cmentarzu Notre-Dame-des-Neiges pochowany jest Zdzisław Paweł Pozażycki – mój przyjaciel z lat 70 ub. wieku. Był bardzo uzdolnionym dziennikarzem o zacięciu reportersko-śledczym i równie uzdolnionym znawcą sztuki współczesnej, celującym w wystawiennictwie. Pisałem o nim parokrotnie m.in. w „Mieszkańcach mojej pamięci”, co spotkało się ze sporym odzewem jego znajomych w Polsce i Kanadzie. Jeszcze i dziś zgłaszają się do mnie jego przyjaciele z młodości i krewni żyjący na emigracji. Ostatnio odnalazł mnie w Paryżu jego cioteczny brat mieszkający w Niemczech. Po tylu latach! Każdy z nas ma inny obraz jego osoby, bo każdy znał go w innym czasie i innych okolicznościach. Przepytujemy się nawzajem z jego dziejów, próbując złożyć je w chronologiczną i spójną całość, ale nie jest to możliwe bo nie był to osobnik spójny. Przeciwnie, składał się z samych przeciwieństw. Dla jednych był Zdzichem, dla innych Pawłem. Dla wszystkich był kimś nie do końca rozpoznawalnym i przeniknionym. Nawet dla mnie, choć – wedle jego deklaracji – byłem najbliższym mu człowiekiem i jedynym powiernikiem. Miał w sobie coś, co przyciągało doń niemal wszystkich. Rozbudzał nie tylko fascynację swoją osobą, ale także miłość. I to nie tylko pań. Zakochiwały się w nim gwiazdy sceny, ekranu, estrady i luminarze nauki. Był sierotą od wczesnego dzieciństwa, zatem wszyscy mu pomagali. On jednak żadnego związku nie był w stanie utrzymać. Po jakimś czasie, zazwyczaj niedługim, nudzili go wszyscy. Zmieniał miejsce zamieszkania i telefon, zrywał wszelkie kontakty i tworzył wokół siebie nowe otoczenie. A później znów je zmieniał. Przez jakiś czas był menedżerem i przyjacielem Violetty Villas, ale i z nią nie wytrzymał, bo – jak wynikało z jego relacji – nie udało mu się jej przekonać, że nie wszyscy zazdroszczą jej głosu i sławy, i nie wszyscy są przeciwko niej. Ode mnie oddalał się co jakiś czas, bo denerwowała go moja „normalność”, rzekoma lub rzeczywista (?), i nie mógł znieść „nadmiaru nieszczęść”, które na mnie w owych latach spadały. Nie żyłem samotnie i miałem dwóch innych sprawdzonych przyjaciół, zatem nie przeżywałem zbytnio owych oddaleń. Po kilku miesiącach wracał, bo „jestem taki normalny i tylko ze mną może dłużej wytrzymać a nawet wyjechać na bezludną wyspę”. Pomagałem mu zawsze, ale im bardziej pomagałem, tym bardziej go to drażniło, choć był od tejże pomocy uzależniony. W końcu już nie można mu było pomóc, bo wpadł w konflikt ze wszystkimi. Nawet z tymi, którzy obdarzali go uczuciem i przychylali nieba. Do Kanady wyjechał w niejasnych okolicznościach. W tejże Kanadzie próbował rozpocząć wszystko od nowa, ale wkrótce skonfliktował się nawet z najbardziej oddanymi mu osobami. Zmarł na raka płuc mając zaledwie 50 lat. Nie chciał rzucić palenia. Dziś wszyscy wspominają go z sentymentem, ale nikt nie wie, czym było to coś, co nas do niego przyciągało. Szelmowsko-młodzieńczy wdzięk? Przewrotno-cyniczna inteligencja? Buntownicza postawa wobec wszystkich i wszystkiego? Tajemniczość? Miałem go nieraz dość, ale nigdy nie zdobyłem się, żeby mu czegoś odmówić. Wciąż nie wiem, dlaczego, bo przecież próbował uwieść osoby, które kochałem. Przedziwnie czułem, że jest on zadany mi przez los. Byłem od niego kilka lat młodszy, ale paradoksalnie w naszych relacjach to ja stałem się silniejszą stroną, żeby nie powiedzieć – ostoją.

$

Bazylika Notre-Dame-de-Montreal imponuje swymi zewnętrznymi i wewnętrznymi rozmiarami. Może pomieścić 3800 wiernych. Jej niezwykłe wnętrze jest dziełem amerykańskiego architekta Jamesa O’Donnela, który znakomicie połączył elementy neoklasyczne z neogotyckimi. Między nimi ustawione są wysokiej klasy rzeźby, zaś w neogotyckich oknach znajdują się piękne witraże autorstwa kanadyjskiego artysty Victora Bourgeau’a. Wykonane zostały we francuskim Limoges. Każde neogotyckie okno przedstawia kolejny rozdział z historii Montrealu. Piękny jest również neogotycki ołtarz główny z rzeźbą przedstawiającą ukrzyżowanego Chrystusa, przy którym stoi Matka Boska i św. Jan. U jego stóp klęczy Maria Magdalena. Całość konstrukcji ustawiona jest na błękitnym tle pod gwiaździstym sklepieniem. Wspaniałym dziełem rzeźbiarskim jest także ambona Philippe’a Heberta z postaciami proroków Ezechiela i Jeremiasza. Wieże fasady tejże Bazyliki mają 69 metrów wysokości i górują nad montrealską „Starówką”. Świątynia ta jest zaliczana do najwspanialszych budowli w całej Ameryce Północnej. I w rzeczy samej – jej piękno wywiera silne wrażenie.

$

Z przyjemnością wędruję po Vieux-Port. Jest to atrakcyjny teren parkowy powstały na nabrzeżu w miejscu starego portu. Główny trakt spacerowo-rozrywkowy ciągnie się przez 12,5 km. aż wspomnianej „Starówki”. Co chwila mija mnie ktoś jadący na rowerze, wrotkach, hulajnodze czy deskorolce. Niektórzy popisują się wymyślną ekwilibrystyką na tychże wehikułach. Słońce mnie uoptymistycznia. Miary wrażeń dopełniają wszechobecne uśmiechy. Tak rzadkie wśród nas Polaków. Ja też się uśmiecham tu w duchu. Do świata, miasta i do siebie.

Andrzej Józef Dąbrowski