Trudno sfotografować drzewo. Tłuste liście na zielonej ścianie lasu. Bezbrzeżne trawniki w świetle późnego lata. Zapadające się miękko pod nogami. Grynszpan, malachit, zieleń Veronese’a. Odcień butelkowy, oliwkowy, wojskowego uniformu, mięty. Zielona plama jest niefotogeniczna. Więc tylko patrzymy. Na wskroś. I wąchamy cielsko lasu. Który podchodzi pod płot jak wielkie oswojone zwierzę. Dalej są pałace. Fontanny. Różane ogródki. Domek ogrodnika, w którym nikt nie mieszka. Aleje azalii. Szklarnie. I ludzie. Spacerujący wytyczonymi ścieżkami. Mówiący za dużo. I za głośno. W majestatycznym arboretum wyglądający jak papierki po cukierkach, które ktoś wyrzucił na ścieżkę. Kolorowe. Szeleszczące.

Rodzina z dwójką dzieci zmierza prosto do ławki. Chłopiec ma dużą nadwagę i rumiane policzki. Siada, ciężko sapiąc, nie odrywając oczu od ekranu telefonu. Dziewczynka w przyciasnej sukience pyta, kiedy w końcu pójdą na lody. Ojciec rodziny, wyraźnie poirytowany, odpowiada, że już zjadła dwie porcje. Matka wtrąca, że w okolicy nie ma sklepu i łakocie kupi dopiero w miasteczku. To możemy już pójść? – pyta córka z nadzieją. Dopiero przyszliśmy – odpowiada ojciec. Zobacz jak tu jest pięknie – dodaje. Ale dziecko nie chce patrzeć na świat. Wyciąga z kieszeni niewielki przedmiot i za chwilę znika. Dorośli wystawiają twarze do słońca, ale po kilku minutach czują się niezręcznie. Na tej ławce. W środku parku. W pełnym słońcu. Bez grilla. Piwa w ręku. Głośnej muzyki albo głośnej telewizji. Bez kontekstu. Bez sensu. Więc z otchłani przepastnych torebek i fałd materiałów wygrzebują telefony. By – z nieukrywanym poczuciem ulgi – pozwolić się zassać. Znika letnie popołudnie. Jadeitowe łany. Seledynowe rozlewiska. Koreańska panna młoda pozująca do zdjęć. Przekwitające róże. Furkot skrzydełek przelatującego trzmiela. Na ławce w parku nie ma nikogo. Zostają tylko awatary. Ciała podłączone do sieci.

*

Coraz trudniej wyrwać wtyczkę. Równoległa rzeczywistość przywołuje. Dzwonkiem. Jesteśmy jak psy Pawłowa. Reagujemy. Bezwiednie sięgając po telefon. Sprawdzając wiadomości. Komentarze. Ilość polubień. Zaproszeń. Przypomnień. O urodzinach. Koncertach. Wernisażach. Marszach protestacyjnych. Na które chcemy pójść. Na które pójść powinniśmy. Naciskamy odpowiedni przycisk. I przez chwilę wydaje się, że mamy wszystko załatwione. Że jeśli nie uczestniczymy naprawdę. To chociaż na niby. Podnosimy kciuk do góry. Z aprobatą. Albo w dół. By wyrazić sprzeciw. Zwykle to nie wystarcza. Ale czasem musi. Rewolucja, jeśli przyjdzie, zacznie się na Facebooku.

Rozluźnienie więzi – mówi pani w programie o sztuce – za to odpowiedzialny jest internet. Nie ma wspólnoty. Ludzie siedzą w swoich latarniach morskich i wysyłają wiadomości – tłumaczy. Przypomina mi się wiersz Białoszewskiego. Ja. Stróż. Latarnik. Nadaję z mrówkowca. Nie zabłądźcie. Bądźcie. Mijajcie, mijajmy się, ale nie omińmy. Mińmy. My. Wy, co latacie i jesteście popychani. Napisał go w bloku na Chamowie – jak nazwali tę część miasta za trasą Łazienkowską mieszkańcy pobliskiej Saskiej Kępy. „Dom ogromny, na dziesięć pięter wysoki, na ćwierć kilometra długi. Stał szary i pusty. Na podwórzu skorupy”. Czy dzisiaj Miron nadawałby ze swojego fanpejdża? Zamieszczał nowe wiersze na tablicy. Wdawał w dyskusje z czytelnikami. Był liczony na lajki, po których wydawnictwa szacują potencjalne zyski? Ilu masz falołersów? – pytają. Ilu ludzi cię klika? Czy jesteś – jak pisał Konwicki – pyłkiem w wielomiliardowym obłoku kurzu, czy osobą, za którą stoją rzesze fanów gotowych otworzyć portfel, gdy przyjdzie pora?

Z drugiej strony. Bo zawsze jest druga strona. Łatwiej się znaleźć. Rozpoznać. Nadać komunikat. I go odebrać. Wirtualne znajomości coraz częściej się materializują. Przelotna wymiana zdań na hucznym bankiecie często nie miałaby szans na ciąg dalszy. Ale wracamy do domu i przeglądamy z zaciekawieniem profil nowo poznanej osoby. Odnajdujemy się w „mrówkowcu”. I odkrywamy. Na raty. Oczywiście każdy pokazuje się z najlepszej strony. Pręży do wirtualnego zdjęcia. Wygładza kanty. Ale nawet wyretuszowana wersja mówi o nas więcej niż byśmy chcieli. Zgodnie z zasadą: pokaż mi swój wall, a powiem ci, kim jesteś. Co lubisz. Kogo cytujesz. O czym dyskutujesz. Jaki masz gust. Czy zaśmiecasz ścianę cytatami z Coelho, ohydnymi reprodukcjami słabego malarstwa, kiczowatymi obrazkami zakochanych na norweskim fiordzie, filmikami o rozkosznych kotkach i setkami selfies, czy może masz inne, alternatywne propozycje. Jeśli test wypadnie pomyślnie, przy następnym spotkaniu face to face facebook nie będzie potrzebny.

Weronika Kwiatkowska