Sprawa „Biczowania”, obrazu, który wzbudza tyle kontrowersji, ciągle nie jest zakończona. Zapewne nigdy nie będziemy wiedzieli, jakie intencje przyświecały artyście. Detale obrazu nie składają się w spójną całość. Istnieje więc wiele możliwych dalszych kombinacji tych niezbornych (z naszego punktu widzenia) elementów dzieła i układania ich w odmienne narracje.

Jeden z historyków sztuki zwrócił uwagę na schody widoczne przez otwarte przejście za postacią Piłata. Jeśli więc przedmiotem rozmowy trzech osób na przednim planie jest biczowanie Jezusa, to dyskurs ów odbywa się w konkretnym miejscu – schody widoczne z tyłu za Piłatem to Scala Santa, powszechnie znane jako schody Piłata. Jedna z ważnych relikwii rzymskich – stopnie, po których szedł Jezus, by stanąć przez Piłatem, a następnie schodził umęczony w drodze na Golgotę.

Święte schody, według legendy, w 326 roku sprowadziła z Jerozolimy do Rzymu św. Helena, matka Konstantyna i umieszczono je przed dawnym pałacem papieskim naprzeciwko bazyliki św. Jana na Lateranie.

Dwadzieścia osiem marmurowych stopni dla ochrony oprawiono w drewno, a dziś pielgrzymom wypada wspinać się po nich jedynie na kolanach. Dzięki temu przez otwory wydrążone w drewnie łatwiej mogą zobaczyć krew Jezusa, która kapała na schody.

Stopnie te Piero zapewne zobaczył w czasie swej rocznej wizyty w Rzymie, a zatem „Biczowanie” tam właśnie mogło powstać między rokiem 1458-9 i stamtąd dotrzeć do Urbino.

I to być może. Dla większości ówczesnych humanistów upadek Konstantynopola to nie tylko polityczna i religijna sprawa, nie tylko świętokradztwo, ale i gigantyczna klęska cywilizacyjna, zniknięcie świata starożytnej Grecji zinterpretowanego na chrześcijańską modłę. Papież Pius II w jednym z kazań mówi (cytuję za: Carlo Ginzburg – The Enigma of Piero. Piero della Francesca The Baptism, The Arezzo Cycle, The Flagellation. With an Introduction by Peter Burke. Transl. by Martin Ryle and Kate Soper. Verso 1985, s. 151): „O szlachetna Grecjo, czyżby teraz sprowadzono na cię kres i śmierć: Jakże więc wiele słynnych i potężnych miast starto na proch? Gdzie dziś odnajdziemy Teby, Ateny, Mykeny, Laryssę, Lacedemonię, Korynt i te inne pamiętne twierdze, których mury, a nawet ruiny już nie istnieją. Nikt nie może powiedzieć nam, gdzie stały. (…) często szukaliśmy Grecji w niej samej, choć prawdziwie była jedynie w Konstantynopolu…”.

Rządy cesarza Jana VIII można porównać do postawy Piłata, wspólnika Turków w torturowaniu kościoła Wschodniego.

Podzielam zdanie tych historyków, którzy sugerują, iż dzieło della Franceski stanowi alegorię cierpień chrześcijaństwa po upadku Konstantynopola w 1453 r. Według tego poglądu, dwaj mężczyźni przyglądający się w głębi biczowaniu Jezusa, to cesarz Jan VIII Paleologus (rozpoznawalny po fantazyjnej czapie, która takie wrażenie zrobiła nie tylko na naszym malarzu) oraz Mehmed II (mężczyzna tyłem w turbanie), zdobywca i ostateczny pogromca Bizancjum. Postaci z przodu to raczej typy ludzkie, a nie konkretne osoby z wyglądu i imienia. Reprezentują obojętność zachodniego świata w obliczu podboju wschodniego chrześcijaństwa. Albo nawet ściślej: z lewej i z prawej mamy przedstawicieli obu Kościołów – stosownie: wschodniego i zachodniego – oraz pośrodku młodzieńczą, prostą, bez żadnych splendorów postać alegoryczną – instytucję, jeszcze bez żadnych dystynkcji ewangelicznie ubogi Kościół powszechny.

Jak podliczyła wspomniana znawczyni twórczości Piera della Franceski, mamy obecnie 17 odmiennych (ale niekiedy podobnych) interpretacji „Biczowania”. Możemy na pewno spodziewać się dalszych, bo przecież tematyka nie została wyczerpana. Wyobraźnia ludzka i inwencja badaczy są bez granic.

Dzieło Piera jest nie tylko przedmiotem zainteresowania historyków sztuki. Zwrócili nań uwagę również złodzieje. Associated Press poinformowało 6 lutego 1975 roku: „Trzy bezcenne obrazy renesansowych mistrzów, Rafaela i Piero della Franceski, zostały skradzione dziś wczesnym ranem z książęcego pałacu w Urbino. Policja nazwała to ‘największą kradzieżą sztuki we współczesnych Włoszech.”

Złodzieje skorzystali z rusztowania wzniesionego do remontu fasady pałacu, wybili okno i uciekli, między innymi z Madonną di Senigallia (jednym z moich najulubieńszych obrazów) oraz „Biczowaniem”. Jak zwykle w podobnych przypadkach dwie koncepcje dominowały wśród hipotez na temat domniemanych sprawców. Jeśli wchodzą w grę dzieła słynne, których praktycznie nie da się sprzedać, to albo kradzież zamówił jakiś obsesyjny kolekcjoner na osobistą własność, albo złodzieje liczą na okup w zmian za zwrot dzieł.

Władze zwróciły się przez telewizję i radio do sprawców z apelem o traktowanie zrabowanych dzieł z najwyższą troską. „Nie dotykajcie palcami kolorów – ostrzegano. – Przykryjcie obrazy aksamitnym materiałem i owińcie je jakąś miękką materią. Trzymajcie je w chłodnym i suchym miejscu.”

Ponad rok później w marcu, szwajcarska policja odzyskała obrazy. Wcześniej anonimowi rozmówcy zażądali w rozmowie telefonicznej ogromnego okupu za oddanie dzieł skradzionych w Urbino. Były dwa różne telefony: raz domagano się około 1,5 mln dolarów za każdy obraz – w tamtych czasach niebotyczna suma, ponownie -153 tys. dolarów od sztuki. Udając bogatych nabywców, przedstawiciele policji rozpoczęli negocjacje z rzekomymi sprawcami. Podobno nigdy nie doszło do ostatecznego spotkania stron, ale dzieła odzyskano. Znaleziono je w pokoju hotelowym w Locarno. Nastąpiły aresztowania, dzieła zwrócono do Urbino, szczegółów jednak do dziś brak. Czyżby jednak doszło do ugody ze złodziejami?

Czesław Karkowski