„Raz w Warszawie na pogrzebie sławnego przyjaciela zauważyłem, jak bardzo kolejni przemawiający nad grobem chcieli się reszcie żałobników podobać i jak niecierpliwie czekali na aplauz. Trochę później odwiedziłem bardzo chorą i starą ciotkę w szpitalu. Poprosiła, żebym nie przynosił żadnych owoców albo kwiatów, tylko farbę do włosów. Ciotka była kiedyś znaną pięknością i powiedziała mi na ucho, że absolutnie nie zamierza spotkać się z Panem Bogiem z posiwiałą cipą. Ja też, może po tej ciotce, jestem tak próżny, że bardziej nie można, i dlatego mieszkając na górze Manhattanu czyli Washington Heights cierpiałem, bo nikt mnie nie rozpoznawał. W East Village z miejsca złapałem drugi oddech. […] To, że się tam czułem lepiej, to nie znaczy, że dobrze, a to z powodu dręczącej tęsknoty za krajem. A kiedy się ta tęsknota robiła nie do wytrzymania, szedłem do Jolanty, czyli polskiej knajpy na Pierwszej alei między Siódmą i Ósmą ulicą. Siadałem, zamawiałem pół litra, a obok tęsknił Rafał Olbiński i filozof Michał Kott, świetny malarz Miłosz Benedyktowicz, też malarz, ale także i poeta Jacek Gulla oraz redaktorka z „Nowego Dziennika”, Julita Karkowska. W Jolancie każdego wieczora przepijały ciężko zarobione pieniądze brygady remontowe z Greenpointu i ich szef Piotrek Zalewski. Zaglądali tu czasem mocno zaprzyjaźnieni Dudzińscy, czyli Magda z domu Dygat, która jeszcze nie była świetnie się rozwijającą powieściopisarką, i Andrzej, grafik i malarz, który się już od dawna rozwinął. Oboje mieszkali wtedy elegancko w górze miasta i się zaklinali, że nie tęsknią, ale ja wiem, że tęsknili. Bo jak można było nie tęsknić, kiedy obok tęskniły podające wódkę obie kelnerki, Ania i Iwona. A przy sąsiednim stoliku pan Czesio, malarz pokojowy z Kielc […] Potem pan Benio, hydraulik z Pabianic, zaklinał się, że kiedyś w wojsku, trzydzieści lat temu, był raz na kurwach i tylko dzięki temu mógł przetrzymać emigrację, biedę i samotność. A znów pan Krzysio się przysięgał, że ma pod Łomżą mądrego psa, i pokazywał zdjęcie. Natomiast Zdzisio z Białegostoku opowiadał o narzeczonej, która jest ruda ale go nie zdradza. I piliśmy po kolei zdrowie tego brata, mądrego psa i wszystkich kurew, i rudej narzeczonej.” Pisał Janusz Głowacki. O latach w Nowym Jorku. Miejscach, które dzisiaj są kultowe. Albo których nie ma wcale. Dzielnicy na Manhattanie zamieszkałej w przeszłości przez Polaków. Która przepoczwarzyła się. I udaje całkiem inne miejsce. Z drogimi butikami. Sklepami handlującymi organiczną żywnością. Kawiarniami, gdzie czarny napój parzy się z ziaren wydalanych przez zwierzęta gdzieś w dalekiej Indonezji. I tylko coraz rzadszy widok nietrzeźwych rodaków zalegających na ławkach Tompkins Square Park przypomina o „Antygonie w Nowym Jorku”. I dramatopisarzu z odległego kraju, który kiedyś przemierzał wąskie uliczki East Village.

Janusz Głowacki zmarł 19 sierpnia. Miał 79 lat. I do końca urok młodego chłopaka. Zawadiackość. Autoironię. Przenikliwie spojrzenie. Był jednym z tych autorów, do których lubiłam wracać. I choć nigdy o to nie zabiegałam, liczyłam, że kiedyś przetną się nasze drogi, że może uda mi się porozmawiać z Autorem na żywo. Niestety. Najbliżej Janusza Głowackiego byłam podczas wywiadu z jego córką, Zuzanną. Miła dziewczyna, ale rozmowa bardziej niż rozczarowująca. Gdzie ta lekkość, dowcip, przewrotność, z którego słynnie jej ojciec – myślałam. Bezwiednie porównując córkę, stawiającą pierwsze prozatorskie kroki, ze sławnym ojcem. Dzisiaj myślę, że w takim zestawieniu każdy wypadłby blado. Jednak chciałoby się wierzyć, że iskra geniuszu została przekazana dalej.

Choć czy Janusz Głowacki byłby możliwy bez legendy PRL-u: Himilsbacha, stolika w „Czytelniku”, partyjek brydża z Antonim Słonimskim w Domu Pracy Twórczej w Oborach, setek anegdot, którymi hojnie obdarowywał w swoich książkach? Każdy ma takiego Głowackiego, na jakiego sobie zasłużył – parafrazując autora. Mój składa się z tęsknoty za nietuzinkowymi postaciami, o których dzisiaj się pisze – często z przekąsem, „polska inteligencja”.

*

Sięgam na półkę po wydany w 2007 roku zbiór dramatów Głowackiego „5 1/2”. Na pierwszych stronach nowojorskie fotografie pisarza. Biały garnitur. Białe bryczki pod Central Parkiem. Odrapane mury East Village z kolorowym graffiti. Głowacki z Christopherem Walkenem; próba „Kopciucha” w 1984 roku, w objęciach Dianne West, z Arthurem Millerem, podczas sesji amerykańskiego Pen Clubu poświęconej Gombrowiczowi (siedzi obok Czesława Miłosza i Susan Sontag). Recenzje z amerykańskiej i polskiej prasy. Dowody na sukces. Dowody na istnienie.

Oglądam zapisy rozmów. Czytam pożegnania. „Janusz Głowacki był całkowicie odrębną osobowością w polskiej kulturze i w polskim życiu publicznym. Pisał znakomicie. Jego sarkazm, ironia i uroda języka, powodowały, że głos miał zawsze wolny i wolność ubezpieczający. W swoim pisarstwie był nonkonformistą, a jednocześnie obrońcą godności polskiego pisarza. Nigdy nie zamieszkał w żadnej grupie i w żadnej koterii.* A potem zaglądam do Głowy i bez trudu znajduję fragment, który mówi o autorze „Kopciucha”, „Wirówki nonsensu” i scenariusza „Polowania na muchy” więcej, niż każda niezdarna próba opowiedzenia jego fenomenu przez pogrążonych w żałobie wyznawców: „Niedawno szedłem wieczorem do domu, a z drugiej strony murku wystawała głowa parkingowego. „Panie Januszu – zawołał – niech pan pozwoli”. Parę razy mocno potrząsnął moją ręką: „Pan nawet nie wie, jak ja pana szanuję. Przepraszam, że w tej chwili oddaję mocz”. Pomyślałem, że chyba jednak powinienem wrócić do Polski…”**

Napisz do autorki:
[email protected]

Weronika Kwiatkowska