Z pisaniem – gdy wyczerpią się wszystkie rozterki, co i po co pisać, to najlepiej doprowadzić się do maszyny i zacząć. Przynajmniej ja tak robię. I potem przebrnąć przez „ohydną mgławicę początku”. Pisał Mrożek do Lema. Cytując Gombrowicza. Dobrze sięgnąć do klasyków. Gdy mgławica początku nie dość, że ohydna to jeszcze otchłanna. A cotygodniowe ćwiczenie prokrastynacji sprawia, że osiągam mistrzostwo w nie- pisaniu. Uciekając się do coraz wymyślniejszych sposobów odwlekania nieuniknionego. Biała płachta pustej kartki działa jak czerwona. Na byka. Nagle przypominam sobie o zaległych listach, rachunkach do zapłacenia, posprzątaniu lodówki albo ręcznej przepierce. I oddalam się. Na drugi albo i trzeci krąg. Domowego piekła. Dzisiaj zdążyłam wykonać masaż borowinowy całego ciała (!), zakroplić oczy kotu (kto ma kota ten wie, że sprawa dość mocno się komplikuje kiedy zwierzę na widok podejrzanie wyglądającej buteleczki postanawia schować się pod łóżko), odbyć dwie bardzo intensywne dyskusje drogą internetową, z czeluści szafy wydrzeć sznur sztucznych pereł potrzebnych do kostiumu z lat 20- tych (impreza dopiero za trzy tygodnie), iść na zakupy, obejrzeć film dokumentalny o festiwalu w Jarocinie (Wolność. Po co wam wolność? Macie przecież telewizję. Wolność. Po co wam wolność? Macie przecież Interwizję, Eurowizję. Wolność. Po co wam wolność? Macie przecież tyle pieniędzy. Wolność. Po co wam wolność? I będziecie ich mieć coraz więcej*) przy okazji posłuchać starego kawałka Kultu, którego tekst znowu zrobił się dziwnie aktualny, a następnie podzielić się refleksją z grupą osób, którym punkowe ideały szumią jeszcze w głowach, jak młode wino, w parku za dworcem, pod jarzębiną.

*

I jest już późno. Piszę bzdury. Kot zapędził mysz do dziury. Śpiewam Maanamem. I gapię na Cecyla. Który śpi przybierając najdziwniejsze pozy. Niektóre naśladują ludzkie. Kiedy podpiera głowę łapą. Albo przeciąga przez sen. Te rozczulają najbardziej. Więc sięgam po aparat. I robię serię niepotrzebnych zdjęć. Które – niczym debiutująca matka – będę pokazywać wszystkim bez względu na to, czy chcą oglądać czy nie. Szczególnie podczas towarzyskich spotkań suto zaprawianych alkoholem. Szczególnie po północy. Gdy zagląda się w czeluście. Gdy na wierzch wypełza cała ta bagienna słowiańszczyzna. I tylko czekać kto pierwszy zaintonuje rzewną pieśń. Z całą perfidią na którą stać neofitę, będę podtykać fotografie wszystkim koleżankom, które kiedyś zmuszały mnie do oglądania noworodków, raczkujących, bezzębnych, idących do szkoły, pierwszej komunii albo za mąż. Będę je dręczyć żenującym aktem wymuszania zachwytu nad bezpańskim, któremu wybraliśmy imię z kalendarza i opowiadać anegdoty z życia pod jednym dachem z przedstawicielem innego gatunku. Tymczasem oglądam album wykonany przez dziewczyny z Ridgewoodteki, a wręczony mi w dniu 40 urodzin, w którym nie dość, że życzenia wzruszające, to jeszcze zdjęcia od kołyski, fragmenty felietonów, migawki z życia, o którym – gdyby odrzucić pielęgnowany przeze mnie Weltschmerz- musiałabym powiedzieć, że było i jest dobre.

*

Ostatnie zdanie poprawiam. Wykreślam. Cofam kursorem. Wymazuję. Bo od zawsze mam niejasne poczucie, że przyznać się do tymczasowego, lecz jednak, szczęścia, to jak położyć na środku autostrady i czekać na samochód. Albo walec. Że nie wolno rozgościć się w poczuciu spełnienia. Bo to usypia czujność. I kiedy przyjdzie potem, bo zawsze jest jakieś potem, będziemy nieprzygotowani.

*

Metafora z walcem przenosi we wczesne latach 80-te. Wakacje. Nagrzany, lepki asfalt i autostrada E8, o której dowiaduję się z Wikipedii, że była drogą międzynarodową, łącząca Wschód z Zachodem. Biegła od przejścia granicznego w Świecku (NRD) do Terespola. Zahaczając o niewielkie miasteczko w którym się urodziłam. Obok stawku były pola. Dalej zapuszczone garaże. I ślepa uliczka, na której rodzice uczyli dzieci jeździć rowerem bez dodatkowych kółek albo – co zdarzało się rzadziej – samochodem. A grupki wyrostków paliły pierwsze papierosy i piły tanie wina, zagryzając (w sezonie) kolbami kukurydzy pastewnej, która smakowała jak namoknięty papier. Parę kroków dalej była trasa szybkiego ruchu. Nie pamiętam kto wymyślił tę zabawę, ale przez jakiś czas oddawaliśmy się jej z wielkim upodobaniem. Polegała na tym, by położyć się na środku jezdni i słysząc nadjeżdżające auto wytrzymać jak najdłużej. W dziecięcych wyobrażeniach wygrywał ten, kto zdołał uciec wprost spod kół rozpędzonego pojazdu. Szczęśliwie były to czasy, gdy samochody przejeżdżały z rzadka i zwykle ciężarówki, więc zbliżające się niebezpieczeństwo czuliśmy w naszych wątłych ciałkach na długo przed pojawieniem się obiektu na horyzoncie. Do dzisiaj pamiętam zapach rozgrzanego asfaltu, w którym masywne koła rzeźbiły koryta i nieznaczne drgania ziemi. Strach przemieszany z dziką radością i podnieceniem. Błękitne nieskończone niebo. I ten moment. Tuż przed zerwaniem się do skoku. W przepaść rowu. W gorące popołudnie. W życie.

*Po co wolność, Kult z płyty „Kaseta”. 1989 rok.

Napisz do autorki:
[email protected]