Czterdzieści odcinków do felietonu z numerem 500. Czterdzieści tygodni. W tym czasie mogłabym urodzić dziecko. Ale nie mam tego w planach. Za trzy dni skończę 40 lat. Przyglądam się tej liczbie z lekkim niepokojem. Bardziej zdziwieniem. Że to już. Umowna połowa. Jeśli ma się szczęście. Lub nie. Zależy jak na to patrzeć. Starość bywa okrutna. Rzadko wygląda jak z reklamy kleju do protez zębowych. Gdzie piękna siwa pani w beżowym płaszczu. Na czerwonym rowerze. Koniecznie w okolicznościach przyrody jesiennej. Złotej. Polskiej. Pod bezchmurnym niebem. Z nieodłącznym towarzyszem: eleganckim staruszkiem w kraciastym, wełnianym szaliku. Z burzą włosów, ale tylko na głowie. A nie w uszach i nosie, jakie hoduje większość dżentelmenów w kraju nad Wisłą. Panowie z reklamy nigdy nie są łysi. Nie mają plam wątrobowych na dłoniach. I bruzd na czołach. Prawdopodobnie aktorzy występujący w telewizyjnych spotach są średnio o dwadzieścia lat młodsi niż postaci, które odgrywają. Sześćdziesięciolatkowie udają osiemdziesięciolatków. Jak w życiu. Tylko na odwrót. Dzisiaj wszyscy walczą z metryką. Tępią najmniejsze ślady rozpadu ciała. Ostrzykują. Oklepują. Wypełniają. Przeszczepiają. Nie chcą się starzeć. Bo to niemodne.

Czterdziestka to nowa trzydziestka – pocieszają znajomi. Jednak coraz wyraźniej czuję, że „światła rozmaitych możliwości” gasną.

„Smuga cienia to jeszcze nie memento mori, ale miejsce pod niejednym względem gorsze, bo już widać z niego, że nie ma nietkniętych szans. To znaczy: teraźniejsze nie jest już żadną zapowiedzią, poczekalnią, wstępem, trampoliną wielkich nadziei, bo niepostrzeżenie odwróciła się sytuacja. Rzekomy trening był nieodwołalną rzeczywistością; wstęp – treścią właściwą; nadzieje – mrzonkami; nieobowiązujące zaś, prowizoryczne, tymczasowe i byle jakie – jedyną zawartością życia. Nic z tego, co się nie spełniło, już na pewno się nie spełni; i trzeba się z tym pogodzić milcząc, bez strachu, a jeśli się da – i bez rozpaczy” pisał Stanisław Lem w „Opowieści o pilocie Pirxie”. Próbuję nie wpadać w popłoch. Godnie zaakceptować nieodwołalne. Ale uwiera poczucie zaprzepaszczonych szans. Dreptania w miejscu. Niemożność przełamania imigranckiego losu; wstania z kolan – jak głosi jedno z wielu paranoicznych haseł ostatnich lat. Które powtarzamy niczym posępną anegdotę.

„Czy ktoś z nas mógł jednak podejrzewać, że tamto nabierze takiej siły, że tak się namagnetyzuje, rozbłyśnie?”- pisze o czasie utraconym poeta. „Długie popołudnia pierwszych wtajemniczeń, rozmowy o książkach ograniczające się do „musisz, musisz to przeczytać” bo wrażenie było tak dojmujące, że nie do przekazania przez żadne ze znanych nam słów i zwrotów. Och, miłość, oczywiście. Ale ponad wszystko – potencjalność. Była wszędzie, walała się pod nogami, można się o nią było potknąć w przejściu; niektórzy nawet wyrzucali ją przez okno, jakby nigdy nie miało jej zabraknąć”.*

Może właśnie o to chodzi. O permanentne poczucie frustracji. Niespełnienie. Nie o upływ czasu. Lecz o jałowość minionego. Prowizorkę, bylejakość. A nade wszystko świadomość, że to nie rozbieg, wprawki, trudne początki, po których dopiero zacznie się „prawdziwe życie”. Lecz właśnie ono. Tu i teraz. Dlatego koncept „bycia w danym momencie”, o którym mówią samozwańczy spirytualni guru, jest tak trudny do zaakceptowania. Nie wystarczy wyrównać oddechu. Wyprostować pleców. Złożyć dłoni w wyuczonym geście. Trzeba jeszcze wyzbyć się oczekiwań. Porzucić złudzenia. Znaleźć w sobie akceptację. Dla tego co jest. Takim jakie jest. I że w ogóle jest.

Tak jak koty. Które nie zaglądają życiu pod podszewkę. Są. I to wystarczy. Podglądam letnie rytuały ogrodowej dwójki. Cecyl większość dnia śpi w ogórkach. Z daleka widać tylko kawałek białego pyszczka i różowy nos. Robię zdjęcie śmiejąc się na myśl o radiowym skeczu, którego tytuł nagle wyświetla mi się w głowie: „Z migawką nad sadzawką”. Rzecz była o fotografowaniu flory i fauny. I jak niemal wszystko w „Trójkowej Powtórce z rozrywki” tonęła w oparach absurdu. Zdjęcie odpoczywającego kota wysyłam bratu. Po chwili dostaję autorski rysunek sześcioletniej Misi z komentarzem, że skoro istnieje Sycylia, to miejsce, w którym mieszka jej ulubiony kot powinno nazywać się Cecylia. Najmłodsza bratanica idealnie oddaje nastrój popołudniowej drzemki w upalne, letnie popołudnie. Na załączonym obrazku, w cudownej krainie mordek nie-zdradzieckich, nawet słońce ma wąsy. I jeszcze nie ukradli księżyca. Czas zatrzymany na kartce wydaje się gęsty jak nowojorskie powietrze w lipcu. Oczy tej małej, jak dwa błękity. Myśli tej małej, białe zeszyty. Śpiewam Osiecką. I myślę o wierszu przeczytanym wiele lat temu w piśmie dla młodzieży, który młoda poetka wysłała na konkurs. Było tam coś o wyrywanych kartkach z zeszytów dzieciństwa, aż zostanie sama okładka. I puenta, którą pamiętam do dzisiaj: „Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią uczynić z niej skrzydła”.

*Jacek Dehnel, Hör ich das Liedchen klingen.

Napisz do autorki:
[email protected]

Weronika Kwiatkowska