Oddantonio, jeden z rzekomo przedstawionych na obrazie Piero della Francesca pt. „Biczowanie”, nie był lubiany; gorzej nawet – był znienawidzony z powodu okrucieństwa, hulaszczego trybu życia, rozwiązłości. Jeden tylko przykład jego niegodnych postępków, najbardziej chyba drastyczny. Jego paź zapomniał zapalić światła o stosownej porze. Kazał obwiązać mu głowę szmatą nasyconą palną substancją, podpalił i zostawił na długą mękę konania.

Ale jego zwolennicy bronią Oddantonia. Powiadają, że łatwowierny młodzian dał posłuch pochlebstwom zauszników chciwego sąsiada, Sigismundo Pandolfo Malatesty, z Rimini. Za jego namową młody władca Urbino zatrudnił jako osobistych doradców, dwóch agentów Sigismundo, którzy mieli doprowadzić go do upadku. Działając zgodnie z instrukcjami pracodawcy przez swoje namowy, pochlebstwa i osobistym przykładem zdeprawowali Oddantonia.

Przecież zapowiadał się na świetnego pana – wybitnie zdolny, kształcony w kulturze antycznej, wrażliwy, delikatny. Nagle coś się stało. Znikczemniał od władzy, rozbestwił się od złego towarzystwa popleczników Malatesty? A może zwyczajnie ujawnił prawdziwą naturę – złą, zepsutą, podłą? Wszystko być mogło. Dawne czasy, skąpe zapisy, kto to dziś wie, jak naprawdę było.

W każdym razie demoralizacja książęcego dworu postępowała szybko. Niekończące się zabawy, bachanalia, orgie i uliczne awantury z udziałem mieszkańców, podważały stabilność księstwa. Sigismundo liczył na łatwe przejęcie Urbino.

Wszystko szło zgodnie z planem. W lipcu 1444 roku 17-letni książę został zamordowany we własnym pałacu, wraz ze swymi dwoma kompanami. W trzytomowej „Memoirs of the Dukes of Urbino” James Dennistoun powstrzymuje się od sądu. Cytuje dokumenty, z których może nawet wynikać, iż Oddantonio zginął przypadkiem, a celem gniewu mieszkańców miasta byli owi dwaj łajdacy.

Natychmiast kolejnym księciem Urbino został z woli mieszkańców Federico i okazał się bardzo zdolnym, światłym władcą. Choć był starszy, wcześniej pominięto go w sukcesji rządu, a i teraz zgoda powszechna była konieczna: Federico był nieprawym synem, odsuwanym na bok. Ambicje miał jednak ogromne, talenty – niemałe.

Dawny barwny świat włoskich kondotierów… Ileż emocji, pychy, okrucieństwa, chciwości… Określenia można by mnożyć. Setki miasteczek zajętych przez lokalnych wojaków. Władali spłachetkiem ziemi, najmowali siebie wraz ze swymi oddziałami na usługi możniejszych – papieża, króla Neapolu, radnych bogatej Wenecji… Toczyli wojny ze sobą, albo razem – przeciwko komuś innemu. Ciągłe konflikty zbrojne, podjazdy, przelana krew. Zawierali przymierza, których nie zamierzali dotrzymać, kłamali, oszukiwali, nie cofali się przed żadną podłością, byle tylko zyskać trochę więcej. Umacniali swoje władztwo, budowali kościoły, twierdze, ozdabiali miasta, dbali o ich rozwój. We własnym interesie. Zatrudniali najlepszych artystów do pracy nad uświetnieniem ich panowania. Postaci dzikiego średniowiecza i rozkwitu renesansu. Jak następca Oddanonio, Federigo da Montefeltro – cyniczny, brutalny kondotier, ale jednocześnie mecenas sztuk, założyciel jednej z najwspanialszych bibliotek literatury antycznej.

Zapis inwentaryzacyjny stanu posiadania katedry w Urbino wymienia trzech pierwszych władców miasta przedstawionych na przechowywanym tam obrazie autorstwa Piero della Franceski.

Najstarszy Guidubaldo Montefeltro zmarł w połowie lutego 1442 roku; Oddantonio – zginął po półtora roku niefortunnego panowania. Po nim nastąpił Federico. Na jego dworze artysta pracował przez pewien czas. To znaczy, kiedy dokładnie? Jak niemal wszystko w życiu Piera, konkretów jest mało. Obraz „Biczowanie” powstał a latach między 1444 a 1469 rokiem. Na pewno artysta nie rezydował w Urbino przez 15 lat. Choć wspomniany James Dennistoun nietrafnie nazywa Piera „nadwornym malarzem” u Federigo da Mantefeltro, jednak na pewno nie przebywał on przez cały ten czas na dworze w Urbino.

Namalował jeszcze słynny dziś portret księcia i jego małżonki – daty powstania tych obrazów, jak zwykle, niepewne. Nie był więc „nadwornym malarzem”, ale chwilowym gościem. A przybył do Urbino przed 1469 rokiem w wyniku patriotycznego ferworu lokalnych mieszkańców. Otóż kiedy Federigo zaprosił na swój dwór wybitnego flamandzkiego artystę, Justusa z Gandawy, podniosły się głosy oburzenia. „Jak to? – powiadano – to nie ma u nas dość wybitnych twórców? Nie stać nas na znakomitszego rodaka?”

W wyniku protestów do Urbino doproszono wpierw Paolo Uccello, który przebywał tam w latach 1465-1469 i właśnie della Franceskę. Cieszył się on już wielką sławą w środkowych Włoszech, toteż jego obecność u Federigo da Montefeltro (prawdopodobnie w tym samym mniej więcej czasie) uświetniła rządy kondotiera. Ale znając praktyczną naturę artysty – ciągle wędrował. Brał nowe zamówienia, więcej i więcej, choć nie mógł sprostać bieżącym obowiązkom, porzucał pracę, wracał do dawnych, pozostawionych odłogiem malowideł. Pracował pod naporem zleceniodawców, którzy irytowali się, ponaglali go, naciskali na rodzinę, aby zmusić go do wywiązania się z zobowiązań. Cztery lata na jednym miejscu, to nie dla niego. Wyjeżdżał więc, wracał. Niespokojna natura, albo człowiek przestraszony życiem: czy wystarczy mu majątku na dalsze lata? Czy będzie miał z czego żyć? Tracił wzrok, ale czy już wtedy czuł, obawiał się, że jeszcze rok, dwa lata i przestanie widzieć, nie będzie mógł malować, zabraknie środków na utrzymanie, będzie zależał od litości obcych. Choroba (katarakta) ugodziła go najboleśniej, podobnie jak prawie 400 lat później Ludwiga van Beethovena. Kompozytor ogłuchł. Gdyby Piero stracił inny zmysł, słuch powiedzmy, mógłby funkcjonować zawodowo; gdyby Beethoven stracił węch, albo nawet wzrok, pozostałby w pełni sprawnym muzykiem. Natura, Przeznaczenie, drwi czasem z ludzi okrutnie.

Czesław Karkowski