Sezon ogórkowy. Mizeria. Nic się nie dzieje. Miasto wyjeżdża z miasta. Za miasto. Polacy do Polski. Albo odwrotnie. Spotkany po latach kolega ma dorosłego syna. I córkę. I żonę. I firmę. I sukces. I życie, które wydaje się jakoś niemożliwe. Z perspektywy imigranta. Zanurzonego w tymczasowości. Nauczonego, by nie przywiązywać się. Nie osadzać. Nie mościć. Że wszystko jest na chwilę. Na niby. I nie trzeba obrastać w rzeczy. Nie trzeba – jak pisze Justyna Bargielska – mieć wszystkiego naraz. Po kolei też nie trzeba. Dla domu na kredyt, dwójki dzieci i pracy od 9 do 5 istnieje alternatywa. Większość nowojorskich znajomych żyje w wynajmowanych mieszkaniach, bez etatów, ubezpieczenia na życie i planu na przyszłość. Nie mają dzieci. Mają koty. Często nerwicę. Czasem udane związki. Na pewno umiejętność adaptacji do permanentnej zmiany, jaką jest życie w Nowym Jorku. I odwagę. By po swojemu. Wbrew oczekiwaniom. Cudzym. Własnym. Bo najtrudniej zrzucić pancerz przekonań, który wrastał przez lata tworząc drugą skórę. Odróżnić co przychodzi ze środka, a co zostało narzucone. Kiedy mówię/myślę ja, a kiedy tylko powtarzam czyjeś prawdy, sensy. Najtrudniej wyjść z własnej głowy.

„Trzeba”. „Człowiek musi”. (Inaczej się udusi?) „Nigdy nie można”. „Powinnaś”. Kategoryczne sądy. Połajanki. Porady. Unikam ludzi, którzy wiedzą lepiej. Stronię od rozmów, podczas których czuję się jak na szkoleniu motywacyjnym prowadzonym przez ignoranta, który uwierzył, że powtarzane co rano przed lustrem „jestem zwycięzcą” uczyni go „człowiekiem sukcesu”. Żenują proste, żeby nie powiedzieć: prostackie recepty na szczęście, wyświechtane slogany przepisane z pudełka na herbatę, złote myśli z internetu wygłaszane z namaszczeniem i powagą przez samozwańczych coachów, motywatorów i trenerów, których wiedza i doświadczenie opiera się na kilkudniowym szkoleniu i wyrywkowej lekturze „zalecanych poradników”. Niezmiennie dziwi bezrozumny zapał, przedziwna żarliwość, z jaką neofici implementują najgłupsze teorie z przekonaniem, że posiedli tajemną wiedzę, dotarli do sedna. Jak śpiewał Janerka: pytania są wciąż takie same, na przykład dlaczego jest źle. Od kopa do braw. Od gnoju do gwiazd. Tak przecież jest blisko. Że tylko się pytać i śmiać.

*

Sezon ogórkowy. Koty leżą w ogórkach. Szukając cienia tratują uprawy Jerrego. Kiedy przychodzi podlać ogródek skaczą przez płot. Lub do mieszkania. Zostawiają ślady. Odciśnięte, wyżłobione w ubitej ziemi. Z perspektywy okna wyglądają, jakby odpoczywały w zielonym wigwamie. Pod sklepieniem z liści. Na pachnącej ziemi. W okolicznościach przyrody komponują się lepiej, niż na kanapach i fotelach. Lubię patrzeć jak ganiają motyle. Ostrzą pazury o konar drzewa. Spacerują po płocie stawiając drobne kroki z niewymuszoną gracją. Mogłabym godzinami kontemplować. Żywą naturę z kotem. Zamiast tego ucinam sobie popołudniową drzemkę. Śnią mi się stada gęsi na błękitnym niebie, które obrzucają mnie jajami. Sprawdzam w senniku. „Gęsi lecące widzieć – zapowiedź dalekiej podróży w nieodległej przyszłości”, „Gęś symbolizuje czystość i krzepkość wewnętrznej natury. We śnie oznacza dobrobyt, powodzenie i dostatek. Odnosi się również do życia rodzinnego i zwiastuje dobry okres dla zacieśniania głębszych więzi rodzinnych”. „Jajko we śnie to zapowiedź nowego etapu w życiu, początek dużych zmian”. „Widzieć jak jajka spadają – pokłócisz się z bliską ci osobą”. Szkoda, że gęsi we śnie nie darły pierza: „Gęsie pióro – bardzo dobry znak, zwłaszcza dla pisarzy, redaktorów, nauczycieli – odniesiesz sukces zawodowy”.

Wieczorem oglądamy „Kedi”. Film dokumentalny o wolnożyjących kotach w Stambule. List miłosny do miasta. I czworonogów, dla których otwarte są wszystkie drzwi. Mieszkań, restauracji, meczetów. Podczas zeszłorocznej zamieci śnieżnej, najcięższej od 20 lat, małe sklepiki i wielkie galerie handlowe przygarniały uliczne zwierzaki, organizując im tymczasowe miejsca do spania. Programy informacyjne na całym świecie obiegły zdjęcia zwierząt odpoczywających w eleganckich pasażach handlowych. Wszystko dlatego, że koty przez muzułmanów traktowane są ze szczególną troską. A to za sprawą Mahometa i jego kotki Muezzy. Zaleca się, by każdy wierny opiekował się przynajmniej jednym bezdomnym kotem (choćby zostawiając miskę z karmą i wodą), a niegodziwe zachowanie w stosunku do zwierząt jest piętnowane. Dlatego po Stambule spacerują setki tysięcy kotów. Wszystkie wyglądają zdrowo i nie boją się ludzi. Są wolne. Nie mają właścicieli, ale zaprzyjaźniają się i towarzyszą mieszkańcom w codziennej gonitwie. Film przybliża historie kilku najciekawszych egzemplarzy. Jest kot, który wyleguje się całymi dniami pod drzwiami restauracji, a gdy zachce mu się jeść drapie w okno i szef kuchni w podskokach przynosi mu najlepsze kąski. Inny – król dzielnicy – każdego ranka odwiedza mieszkanie sąsiadki i wyjada jedzenie z misek jej kota. Ale „Kedi” to również opowieść o ludziach: historia samotnego mężczyzny, który ciężko chorował na nerwicę, ale odkąd zaczął dokarmiać bezpańskie koty, wyzdrowiał i znalazł sens życia. Malarki, która wierzy w podnoszenie wibracji za pomocą mruczenia. Starszej pani opiekującej się futrzaną zgrają, której codziennie gotuje domową karmę. I wielu innych, dla których obecność zwierząt jest źródłem radości i wzruszenia. A poza wszystkim to opowieść o mieście, które z perspektywy kota wydaje się jeszcze bardziej tajemnicze i frapujące. Polecam.

Napisz do autorki:
[email protected]

Weronika Kwiatkowska