„W pierwszym czyhałem wśród róż i stokrotek, skoczyłem nagle, nie trafiłem w płotek. W drugim mnie ogon napadł, więc po walce, bardzo dokładnie ukryłem go w pralce. W trzecim świat świńska spustoszyła grypa, ja jednak zszedłem na kompleks Edypa. W czwartym bez kitu odwaliłem kitę, gdyż gzyms się skończył gwałtownym niebytem. W piątym sam rzekłem pa pa tej planecie, kiedy odkryłem koty w internecie. W szóstym w głodowych mękach żywot ustał, bo miska była do połowy pusta. W siódmym sromota, a jednak z bon motem: opuściłem Gotham z kobietą – kotem. W ósmym zaś spośród wielu możliwości, wybrałem śmierć na wewnętrzne sprzeczności. W dziewiątym cały mój los się zawiera: oddali mnie w łapy pana Schrödingera”. – Pisze Tomasz Majeran w tomiku zatytułowanym „Koty. Podręcznik użytkowania”. Niewielka książeczka z rysunkami Poli Dwurnik podzielona na dziewiętnaście lekcji, to nie tylko opowieść o relacji człowieka z kotem, ale przede wszystkim zabawa intertekstualna, „mistrzowskie poruszanie się po tradycji wiersza”. „Zastrzyk – tego nie robi się kotu”, „Gdybym mówił językami myszy i ludzi, a ogona bym nie miał, stałbym się jak sierść zająca albo szczur śmierdzący”, „Opowiem ci bajkę jak kot palił fajkę. To nie jest bajka. To nie jest fajka”. Uśmiecham się przy każdym kolejnym wersie. Cecyl śpi obok. Zwinięty w precel. Czasem poruszy wibrysami. Rozcapierzy łapy. Przeciągnie. Ziewnie. Jak człowiek. Patrzę na tego przybysza z innej planety i myślę, że to on daje nam lekcje. Uczy. Cierpliwości. Czułości. Empatii. Otwiera przestrzenie dotąd nieeksplorowane. Uszlachetnia. Ulepsza. „Wciska łeb pod pachę ludzkości”. I domaga się atencji. Trzeba się zatrzymać. Pochylić. Zauważyć. Być tu i teraz – jak mówi najbardziej wyświechtane hasło ostatnich lat.

O kotach mogłabym długo. Ale niekoniecznie. Zbiór podręczników („Dlaczego mój kot to robi?”, „Jak wytresować kota” tom I i II, „Kot – instrukcja obsługi”), który otrzymałam w prezencie od najbliższych z okazji zbliżających się urodzin i bez, bardziej mnie zaniepokoił niż ucieszył. Kiedyś mogłam liczyć na zestaw najgorętszych tytułów sezonu, dzieła zebrane ulubionych pisarzy, recenzowane w Dwutygodniku debiuty, tomiki poezji z niszowych wydawnictw. Dzisiaj dostaję repetytorium wiedzy o czworonogach. Może i interesujące, ale przecież nie samym kotem żyje człowiek.

*

Po trzech miesiącach oczekiwania w skrzynce na listy znajduję karmę. Dla mózgu. „Szepty i szyki” Kamila Zająca – autora z Wrocławia, twórcy popularnej strony pt. „Tkliwi nihiliści opanowujący pozycję dystansu”, która na Facebooku ma już 185 tysięcy fanów. Co dziwi niepomiernie. Bo kto podejrzewałby Polaków o tkliwość i dystans? „To jest debiut późny i świadomy. Pośpiech upokarza”- mówi autor. „Tak brzmi jedno z przykazań dekalogu Tkliwych Nihilistów. Podpisuję się pod nim: uważam, że we wszystkich dziedzinach sztuki fajnie jest nastroić głos, wiedzieć, co powiedzieć, do kogo i po co. Dziś wszyscy mają dążność do tego, żeby zaprezentować się światu jak najwcześniej. Ale do tego trzeba być Rimbaudem. Marcin Świetlicki i Andrzej Sosnowski debiutowali po trzydziestce – jest w tym odrobina magii, no i głos ma szansę się skrystalizować”- dodaje.

Niewielki tomik, ze świetną okładką (projekt graficzny: Artur Skowroński) i frazami, które coś otwierają, uruchamiają („Kpina z czytelnika? Rzeź języka? Śrut nocnej ciszy. Głos się rozchodzi”.) zabieram w podróż metrem. Dobrze się czyta w pustym o tej porze wagonie.

Jechałem autobusem bez biletu.
Czytałem artykuł: Bogatemu wszystko
wolno. Nie chciałem okazać dowodu.
Udawałem, że szukam go w torbie.
Pokazałem woreczek śliwek,
które dostałem od babci.
Kanar chwycił mnie za rękę.*

*

Kilka dni później otrzymuję kolejną przesyłkę. Joachim Sartorius. „Zegar szronu”. Na okładce czarno-białe zdjęcie. Mężczyzna siedzi w fotelu. Na tle imponującej biblioteki. Czyta. Tuż za głową, na oparciu, siedzi kot. Biały. Puszysty. Bliźniacza fotografia znajduje się na drugiej stronie obwoluty. Mężczyzna nadal w bezruchu. Zanurzony w lekturze. Tym razem kot spaceruje z wysoko uniesionym ogonem. Pewnie z jego powodu koleżanka zdecydowała się na „wybór utworów wybitnego niemieckiego poety, dotąd prawie nieznanego w Polsce”.

Nic się nie dzieje.
Nic więcej niż
lato słów
na spękanych wargach,
usychające
w oczach. […]

* Śliwki robaczywki, Kamil Zając

** Brinkmann stoi, Joachim Sartorius

Napisz do autorki:
[email protected]

Weronika Kwiatkowska