Wędrówka trzech królów Benozzo Gozzoli to fantastyczna, wspaniała, artystyczna twórczość.

Jej przesłaniem jest chwała rodu Medyceuszów, orędowników jedności chrześcijaństwa, najważniejszych rzeczników idei krucjaty przeciw tureckim najeźdźcom.

Kiedy Gozzoli malował fresk papież właśnie jechał do Mantui, aby ponownie mobilizować do krucjaty, zabiegać u możnych tego świata o udział w niej. Każdy, kto oglądał wówczas to wspaniałe dzieło sztuki, nie mógł nie przypomnieć sobie wielkiego i ostatniego synodu Wschodu i Zachodu, gdy idea zjednoczenia była żywa, realna, a papież Eugeniusz i Jan VIII Paleolog pojednani wspólnym duchem, radzili nad wyparciem muzułmanów i odzyskaniem cesarstwa bizantyjskiego dla cywilizacji zachodniej.

Nigdy nie byłem we Florencji i chyba już nie będę. Czasu nie stanie na wszystkie podróże – niektóre realizowane, większość z planowanych odkładana na później. Teraz nie, mówię sobie, ale na pewno w przyszłym roku. To „później” robi się coraz ciaśniejsze, krótsze, wieczność wydłuża się. Nie zobaczę arcydzieła Gozzoliego. Oglądam je więc na stronach internetowych. Robi wrażenie.

Trudno powiedzieć, jak Piero przeżył widok egzotycznej delegacji, ale na pewno w pamięci utkwiło mu nakrycie głowy cesarza Konstantynopola. Della Francesca nie może o nim zapomnieć. Niby korona władcy, a zarazem papacha, turban, czapula. I władcza, i prostacka; i pańska, i siermiężna.

Ta czapka pojawia się na innym obrazie della Franceski. Jednym z najbardziej tajemniczych i bodajże najczęściej dyskutowanych. Niezwykle kontrowersyjnych. Pod tym względem nie ma takiego drugiego w dziejach malarstwa. Dziś wisi w w książęcym pałacu w Urbino. Niewielkich rozmiarów, nadzwyczaj enigmatyczny obraz przedstawia… No właśnie. Co? Obraz składa się jakby z dwóch niezależnych części. Po lewej, „z tyłu”, mamy przedstawienie biczowania Jezusa. Po prawej, scenę jakby zupełnie nie związaną z tamtą: stoi trójka mężczyzn. Rozmawiają? Kontemplują? Mijają się na przechadzce.

Żaden obraz nie wzbudził tylu dyskusji co „Biczowanie Chrystusa”. Tak naprawdę, nadal nie wiemy, co on przedstawia, gubimy się w gąszczu domysłów. Mnogość interpretacji zaciemnia tylko spojrzenie na to dzieło.

Rozpocznijmy od spraw niewątpliwych. Obraz jest wyraźnie dwudzielny. Po lewej stronie, jakby „w głębi”, mamy scenę biczowania: Jezus ze skrępowanymi do tyłu rękami stoi przy słupie – klasycznym, jońskim. Na jego szczycie stoi posążek złoty. Wygląda jak figurka jednego z bogów greckich – Hermesa, może Apollina. Kolumna niczemu innemu nie służy – nie wspiera stropu, ani ścian, w przeciwieństwie do innych kolumn w porządku korynckim; trudno ją też nazwać ozdobą tego wnętrza. Wygląda raczej jak pręgierz.

Jedna z postaci po lewej stronie zdaje się przytrzymywać Jezusa ręką, w drugiej trzyma nahajkę. I drugi biczownik. Dwaj kaci wykonują swoje zadanie, ubrani są w krótkie suknie, rodzaj togi do pół uda, odsłaniającej ich gołe, bose nogi. Reprezentują niższy stan.

Tyłem do widza stoi czwarta postać, ubrana zamożniej w suty biały strój do ziemi. Także bose nogi i na głowie rodzaj turbanu. Wygląda jak nadzorca, ktoś, kto pilnuje sumienności wykonania kary: liczy uderzenia, może sprawdza, czy razy są dostatecznie mocne.

Piąta postać tej sceny jest jakby wycofana: nie bierze udziału w egzekucji, siedzi, przygląda się. W przeciwieństwie do pozostałych osób jest to osobistość kolorowa: ma czerwone buty, czy pończochy, czarne/granatowe spodnie (?), różową koszulę i czerwony element nakrycia głowy z czarnym otokiem. Spogląda na to, co się dzieje, raczej obojętnie. Jego kapelusz do złudzenia przypomina czapę Jana VIII Paleologa. Ale co on by tu robił?

Za tą postacią przez otwarte drzwi widać schody do góry. Architektura tego wnętrza, jak i styl ubioru postaci sugerują scenerię klasyczną – oczywiście pomieszczenie rzymskiej Jerozolimy, w której sąd nad Jezusem, biczowanie i ostatecznie ukrzyżowanie miało miejsce. Nic tedy dziwnego, że zgodnie z Nowym Testamentem, tę siedzącą postać brano za Piłata. Sędzia Jezusa i władca Konstantynopola w jednej osobie? Według częstej interpretacji, Paleolog został przedstawiony jako ów obojętny Rzymianin, bowiem tak jak zachował się Piłat wobec Jezusa, podobnie postąpił Jan VIII, bezczynny, bierny, wobec męczeństwa chrześcijan w Bizancjum.

Z prawej strony mamy ewidentnie zupełnie inną sytuację – nie w antycznej scenerii, ale w otoczeniu renesansowego włoskiego miasta. Trzy stojące postaci jakby nie miały ze sobą nic wspólnego, nic ich nie łączyło. To nie aberracja przedstawienia, to styl della Franceski: malował figury posągowe, kolumnowe, ale zawsze nieco osobne, oddalone od siebie. Nawet w scenach przedstawiających bezpośrednie kontakty międzyludzkie, wzajemne oddziaływanie postaci na siebie jest minimalne, osoby na obrazie są jakby zamknięte w sobie, z dystansem wobec pozostałych. Sprawiają wrażenie aktorów antycznej tragedii odrębnie wygłaszających swe kwestie, niż bohaterów współczesnego dramatu w dialogowym zwarciu.

Ale cóż to za dziwne postaci. Kontynuując powyższą metaforę, są jakby wzięte z trzech różnych sztuk scenicznych. Ten z prawej we wzorzystym płaszczu, z krótko ostrzyżoną głową, jest być może księdzem. Ale niekoniecznie, równie dobrze może to być osoba cywilna. Podobnie ów z lewej, brodaty, w todze czerwonej narzuconej na jakąś szatę, w kapeluszu. Coś mówi do pozostałych, ale młodzieniec pośrodku zdaje się nie słuchać. Patrzy gdzieś w dal. Dziwna postać, ubrana z grecka, bosa, młodsza od tamtych dwójki, nie pasuje ani do tego towarzystwa, ani do scenerii. Jak z innego świata.

Czesław Karkowski