Wszystko było na różowo. Marynowane neonowe rzodkiewki. Płatki cebuli w odcieniu hot pink. Krewetki zerkające czarnym oczkiem z miski z sałatą, jarmuż z kawałkami arbuza, łosoś – ni to wędzony, ni surowy – o konsystencji i smaku orgazmicznym. A na deser tort oliwkowy z bitą śmietaną, listkami mięty i malinami w kolorze malinowym. Nawet wódka była szlachetniejsza niż zwykle, bo wybełtana z gałązkami jałowca i rozmarynu. Domowy chleb z masłem, które – nie śmiałam zapytać, ale mogło zostać ubite w maselnicy przez niestrudzone miłośniczki kuchni – smakował polskim niebem, łąką, złotym łanem. Tarta z zanurzonymi w słodkim serze, pieczonymi pomidorami z fantazyjnie układającą się gałązką mile łechtała kubki smakowe, przenosząc w miejsca podniebiennej rozkoszy, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. To była uczta inicjacyjna. Odkrywająca nowe, nieoczywiste zestawienia smakowe. Wywracająca język na drugą stronę. Po której każdy następny posiłek przygotowany we własnej kuchni wydaje się skromny, banalny, bez polotu.

Kasia i Karolina Gumpert są siostrami. Ślązaczkami. Artystkami. Pierwsza fotografuje. Druga gotuje. Obie fascynuje to, co na talerzu. Musi być smacznie. I pięknie. Kompozycja jest tak samo ważna, jak treść. Najbardziej prozaiczne danie – jeśli przygotowane z najwyższej jakości produktów i z odrobiną fantazji- może stać się przeżyciem. Przygodą.

Czerwcowy, nasycony zapachami wieczór. Letnie przesilenie. Naelektryzowane powietrze. Przy stacji metra grupka dziewcząt. Odsłonięte, gibkie ciała. Młodość w całym swym splendorze. Przepychu. Wodzimy wzrokiem. Za niezasłoniętym. Lśniącym. Gładkim. Miasto łasi się do ich rąk. Kolan. Stóp. Ociera miękko. Mruczy. Myślę o miejscach, które na nie czekają. Rozświetlonych. Iskrzących. Pulsujących pod skórą. Nowojorskich dachach, ogródkach, barach z muzyką na żywo, klubach, w których nie można rozmawiać. I nie trzeba. Ta noc do innych jest niepodobna. Jest zwierzęca. Lepka. Słodka od kwitnących lip. Smakuje truskawkowym błyszczykiem, którym najładniejsza z nich maluje usta, przeglądając się w szybie pociągu.

We wtorek spotykamy się u Freuda. Wiedeńska, niewielka restauracja czci ojca psychoanalizy. Na zdjęciach elegancki starszy pan ze schludnie przystrzyżoną brodą. Pijemy kolorowe koktajle o adekwatnych nazwach: The Unconscious, The Narcissist, Sigmund’s Spritz, Taboo. Dania z karty przygotowane przez szefa Eduarda Frauneder’a, który – jak czytam w folderze – został nagrodzony gwiazdką Michelina są smaczne, lecz – jak na amerykańskie standardy – niewielkie. I dość drogie. Pyszny apple strudel na deser, w pięknych okolicznościach Greenwich Village, rekompensuje wcześniejsze niespełnienia.

Mogłabym tak całe lato. Nie wyjeżdżać z miasta. Włóczyć się po knajpach. Spotykać ludzi, z którymi chce się rozmawiać. Czytać książki. Spać do południa. Odpoczywać. Zamiast chodzić do pracy. W celu wyłącznie zarobkowym. Spędzałabym życie na dolce far niente bez wyrzutów sumienia. Umiałabym nic nie robić. Byłabym w tym świetna.

Nie idź do pracy. Nie idź do pracy. Tam czeka na ciebie nic.* Pisał poeta, którego lubię. Czytać o różnych porach życia. Wystarczy wziąć książkę do ręki. Otworzyć na dowolnej stronie. Wybrać – jak z półki w supermarkecie – jedno zdanie. Dwa wersy. I gotowa pointa. Slogan reklamowy. Motto życiowe. Cytat na kartkę okolicznościową. Hasło na sztandary.

Jest wybór: praca albo zmysły
Jest taki wybór na ten wieczór.
Nie wierzy w pracę, jej owoce są
nie do zniesienia. Nie dowierza zmysłom.
Zmysły zawodzą. Praca wyje leżąc.
Jest również trzecia wersja,
ale ją pomińmy.**

W czwartek wieczorem celebrujemy urodziny koleżanki. Miss Favela to knajpa brazylijska. Gra Bossa Nova band. Drinki są mocne i aromatyczne. Śpiewamy sto lat. Po polsku. A potem próbujemy tańczyć. Gdyby nie przejeżdżające co chwilę metro przez Williamsburg Bridge można byłoby się poczuć jak w Rio. To miasto może być wszystkim. Brazylią, Polską, kawałkiem Chin albo Włoch. Metropolią. Wioską. Zesłaniem. Nagrodą. Atrakcją turystyczną. Czym chcecie. Dlatego nie przestaje kusić. Mamić. Potrząsać grzechotką na stopie zmęczonej wybijaniem obłąkańczego rytmu.

4 lipca płonie niebo. Ludzie gromadzą się. By oglądać fajerwerki. Jeść mięso z rusztu. Pić słabe piwo. Stać w korkach w drodze do domu. Nie wychodzimy na dach. Pilnujemy kota, który schował się pod łóżkiem i myśli, że na zewnątrz trwa oblężenie; wojna homo sapiens z przedstawicielami innych gatunków. A to tylko patriotyczny wytrysk. Pohukiwanie pod gwiaździstym sztandarem. Jennifer Lopez śpiewająca tę samą piosenkę odkąd z ciasnego mieszkania w bloku na Bronxie wyszła na scenę. Wszystko już było. Amerykański hymn. Amerykański kicz. Grzyby atomowe w kolorach jankeskiej flagi. Miliony trzymające rękę na sercu. Wierzące w swój potężny kraj. W dolara. W drużynę baseballa. W Boga. Coroczny rytuał nie obchodzi nas wcale. Jesteśmy osobni. Na uboczu. Poza systemem.

*,** Marcin Świetlicki

Napisz do autorki:
[email protected]

Weronika Kwiatkowska