Wróćmy na chwilę do wspomnianego na początku tej opowieści, owego lutowego dnia 1439 roku we Florencji. Tłum ludzki w zdumieniu i oszołomieniu podziwia wjazd do miasta władcy Bizancjum Jana VIII Paleologa. Gapie oniemieli na widok wielkiego, wspaniałego orszaku, egzotycznego dla nich władcy.

W sumie towarzyszyło Janowi VIII w tej nadzwyczaj ważnej wyprawie do Europy, do Włoch, siedemset osób z okładem – polityków i dworaków, duchownych, uczonych. Pospólstwo rozdziawiło gęby w niemym podziwie: próżność, buta władzy, dostojeństwo majestatu, parada wspaniałych koni, bogatych strojów. Lud nie miał okazji dotychczas oglądać tylu wspaniałości, takiego bogactwa, potęgi i zamorskiego cudu. Artyści malarze, jak zwykli ludzie, także obecni, oniemieli wobec ogromu przepychu, wręcz orgii wizualnej.

Wśród nich był i młody Piero della Francesca. Mógł mieć 19 lat, może kilka więcej. Patrzył na efektowne widowisko. Zabawne, że on i inni, najsilniej zapamiętali paradne nakrycie głowy Jana VIII Paleologusa. Dziwaczne, nie z tego świata. Nie tylko on, malarz od Franciszki, wykorzystał w późniejszej twórczości tę osobliwą ozdobę, która tak silnie utkwiła mu w pamięci. Pisanello niemal natychmiast po procesji delegacji bizantyjskiej przystąpił do szkicowanie podobizny zamorskiego cesarza. Na medalu wyrył profil Jana VIII i jego osobliwe nakrycie głowy. Historycy twierdzą, że medal ów z profilem cesarza Konstantynopola zrobił furorę we Włoszech. Wykorzystywano później jego wizerunek do innych malarskich przedstawień.

Wątpię, nie wierzę w taką prostą, jednokierunkową zależność. Historycy myślą schematycznie. Zródło inspiracji nie musi być jedno, może być ich wiele. Na pewno Pisanello był pierwszym wykonawcą wiernego portretu władcy Konstantynopola, ale wrażenie, jakie na zebranych wywarł ów przemarsz delegacji wschodniego chrześcijaństwa, był przeogromny. We Florencji i gdzie indziej nie było wiele atrakcji – ot czasem jakaś kościelna procesja, niekiedy może egzekucja, przejazd dygnitarzy przez miasto. Znajome widoki. A tu nadzwyczajna sposobność, egzotyka i wystawny luksus. Dla wszystkich niecodzienność, dla artystów – uczta dla oka. Przeżycie musiało być potężne, a pamięć wzrokowa tego, co zobaczono – trwała. Fantazja karmiona wspomnieniem pozostała żywa na lata. Nie tylko jednego artysty, wówczas w mieście było ich wielu.

Lata później Bednozzo Gozzoli namalował dla Medyceuszów wędrówkę trzech króli. Ogromny fresk. Parada jak przejazd wschodniej delegacji przez miasto. Suta, bogata, kolorowa. Inspiracja nie ulega wątpliwości.

Drugim z kolei władcą jadącym na tym malowidle do Betlejem jest Baltazar. Brodaty, na białym koniu. Nosi rysy Jana VIII Paleologosa. Najstarszy z królów, Melchior. To podobizna Józefa, patriarchy Konstantynopola, który starał się o zażegnanie schizmy na zwołanym soborze w Konstancji w 1414 roku. Ale inni historycy dopatrują się w tym wizerunku cesarza Zygmunta, orędownika zjednoczenia wschodniego i zachodniego chrześcijaństwa, tego, który (wśród innych działań) pasował Sigismundo Malatestę na rycerza – wydarzenie upamiętnione na fresku Piera w Tempio.

Fresk w kaplicy Medyceuszów, wykonany w 1459 r i odrestaurowany w 1992 r., zdumiewa jaskrawymi barwami, epicką panoramą i znakomicie oddanymi szczegółami rysunku. Benozzo Gozzoli (1420-97), rówieśnik della Franceski, był wielkim mistrzem malarstwa, uczniem samego Fra Angelico. Wraz ze swym nauczycielem jechał do Rzymu, aby pomóc mu w dekorowaniu kaplicy papieża Mikołaja V.

Wielka, potężna, wpływowa rodzina Medyceuszów zleciła mu samodzielne wykonanie zadania – przedstawienie chwały rodu. Gozzoli wybrał temat peregrynacji trzech królów do Betlejem. Miast jednak skromnej, samotnej wędrówki wschodnich mędrców do ubogiej stajenki, artysta przedstawił rozległy pochód pysznych władców górzystą, krętą drogą ku okazałemu zamkowi na szczycie zielonej góry. Wielka świta, dygnitarze, polowanie po drodze. Zbytek i bogactwo. Pielgrzymi w drodze ani zmęczeni, ani brudni, czy kurzem pokryci. Lśnią świeżością, błyszczą kolorami. Gozzoli widział przemarsz delegacji Kościoła wschodniego przez Florencję. Podobizny Jana VIII i patriarchy Konstantynopola, a raczej Zygmunta Luksemburskiego, przekonują o słuszności domysłu, iż te dwa wizerunki malarz nałożył na siebie; „dwa”, czyli obraz pamięci tego, co zobaczył we Florencji i malowidło, które powstawało na ścianach kaplicy.

Wspaniały orszak wspina się przez nagie wzniesienie. Poniosła artystę fantazja? Niekoniecznie. Historyczny przyjazd do Ferrary okazał się pomyłką. Nie dość, że miasto nie miało pieniędzy na tak kosztowne przyjęcie wielkich dostojników, to jeszcze wybuchła w nim zaraza. Kosma Medyceusz zaoferował gościnę we Florencji. Uciążliwa droga, około 200 kilometrów, przez góry. Nie wiem, czy Gozzoli widział tę wędrówkę paruset osobowego orszaku. Starał się jednak uchwycić ten epizod wraz z jego zasadniczą wymową: stajenką, celem, zbawieniem, jest Florencja Medyceuszów. Potężna rodzina jest najlepszym obrońcą wiary, gwarantem wysiłków o zjednoczenie chrześcijaństwa. Nie tylko czynem popiera ideę, ale jeszcze finansuje wysiłki Rzymu i Konstantynopola dla urzeczywistnienia zbożnego celu.

Czesław Karkowski