„Kocham cię w najgorszym dniu, kiedy jesteś najlepszą dziewczyną”. Wiadomość tej treści otrzymałam w środę. W godzinach wczesnopopołudniowych. Wyznanie poprzedzone było propozycją: „Będziesz moją sekretną kochanką, że cię uszczęśliwiam”. Pisał Butch. Przy pomocy internetowego translatora. Dyktował po angielsku. Z ciężkim akcentem rodowitego mieszkańca Little Italy. Jak gdyby urodził się na Sycylii, a nie ulicy Broome czy Mulberry. Po których chodzi codziennie. Od przeszło 70 lat. Nigdy nie wyjeżdża. Bo po co. Ma tutaj wszystko, czego potrzebuje. Kilka restauracji, barów, sklepów. Wszyscy go znają. I on zna wszystkich. Jest kimś w rodzaju przewodnika. Atrakcji turystycznej. Stróża. Na odrapanych ścianach „La Mela Ristorante” wisiały fotosy z filmów, w których grywał epizody: „Chłopcy z ferajny” Martina Scorsese, „Strzały na Broadwayu” Woodego Allena, „Król Nowego Jorku” Abla Ferrary. Ale pokłócił się z właścicielem i kazał zdjąć. Zostały ślady. Prostokąty jaśniejszej farby. Nie będę robił za misia na Krupówkach – powiedziałby, gdyby mówił językami ludzi znad Wisły. I znał niedźwiedzia z Zakopanego, który straszył dzieci. Tymczasem przysyła kolejną wiadomość: „Koszt twoich niebieskich oczu i ładne włosy”. Próbuję zgadnąć, co miał na myśli. Korci, by odpisać, że koszt jest wysoki. Na który Franka Aquilino nie stać. Że składane codziennie daniny w postaci pajdy świeżego chleba z włoskiej piekarni, tudzież butelki wody źródlanej niegazowanej, czasem kawałka tiramisu z prawdziwym mascarpone lub cannoli z serowym nadzieniem, to za mało, by zdobyć serce dziewczyny. Mówię to przy okazji. Kiwa siwą głową. Rozumie. Poprawia filuterny kapelusik. I wzdycha, że gdybyśmy spotkali się wcześniej. O jakieś pół wieku. To by się oświadczył. Padł na kolana. Prosił o rękę. Kupił futro i brylanty. Zabrał w podróż kabrioletem. Że tylko chusta w groszki powiewałaby na wietrze. Mówi scenami z filmów. Które namiętnie oglądał. Kiedy jeszcze mu się chciało. Wierzyć w kinematografię. W sztukę aktorską. W swoje powołanie. Współczesne produkcje go nie interesują. Do kina przestał chodzić piętnaście lat temu. Wszystko już było – powtarza. I może ma rację. Patrzy na wskroś. Poprzez. Wyblakłym, rozbełtanym błękitem. Poprawia kołnierzyk koszuli. Zawsze zapiętej na ostatni guzik. I narzeka, że starość jest przykra. Że trudniej rano wstać z łóżka. Ogolić się. Przystrzyc włosy. Obciąć paznokcie. Coraz więcej czasu poświęcam na doprowadzanie się do porządku – mówi. To mnie nuży. To mi odbiera siły. Ale zmuszam się. Bez tego popadłbym w ruinę – tłumaczy. Nie jestem już taki młody.

*

Kiedy byliśmy młodzi, świat stał w miejscu. Kiedy byliśmy młodzi. Nikt nie umierał i nikt się nie rodził. Nucę pod nosem tekst Krzysztofa Vargi. I myślę o zbliżających się 40. urodzinach. Że za wcześnie. Że nie w porę. Że nie zdążyłam się przygotować. Dorosnąć. Rozgościć w poczuciu, że inżynierowa Karwowska to ja. Nigdy nie lubiłam serialu Gruzy. Czterdziestolatek z wąsem wydawał mi się szalenie nieatrakcyjny. Nudny. Irytujący. A przede wszystkim stary. Starością, której się nie wybacza. Po latach patrzę na Andrzeja Kopiczyńskiego z większą przychylnością. Doceniam szczupłą sylwetkę. I że miał włosy. Żona Magda, która z perspektywy nastolatki jawiła się kobietą wielką, może nawet otyłą, dzisiaj jest zadbaną, nieco krąglejszą, ale ciągle atrakcyjną babką, o której moja ciocia powiedziałaby „na fleku”. Warszawa z początku lat 80. odsyła do pierwszych wspomnień z dzieciństwa, waty cukrowej, wody z saturatora, lodów w Hortexie. Siostra ojca mieszkała w stolicy. Na ulicy Puławskiej. Odwiedzaliśmy się rzadko. Z jednej wizyty zapamiętałam spacery w parku, modne wtedy czarne sandałki z płótna, o których marzyłam, szklane puzderko z licznymi błyskotkami, które lubiłam oglądać i scenę, w której ciocia – pogrążona w nikotynowym nałogu, prosi o papierosa. Leżąc w wannie. Bez piany.

Nigdy wcześniej nie widziałam nagiej kobiety. Moja mama była raczej pruderyjna. Nie paradowała po domu w negliżu. Warszawska ciocia – przeciwnie. Dla niej nagość była stanem naturalnym. Potrafiła zasiąść w szlafroku, z nieodłącznym ćmikiem w dłoni ciężkiej od złotych pierścieni i kłaść karty w celu wywróżenia najbliższej przyszłości. Poły jedwabnego peniuaru rozchylały się przy każdym „dla ciebie, dla domu, o czym nie wiesz, czego się nie spodziewasz, co być może, co być musi, kto cię kocha, kto przy tobie zostanie”, ukazując kobiecość w pełnym rozkwicie. Lubiłam ją. Nosiła eleganckie kapelusze. Rozmawiała z nami jak z dorosłymi. Wiele lat później wyjechała do Stanów Zjednoczonych i stała się „ciocią z Ameryki”. Przysyłała paczki. Odwiedzając – wręczała ukradkiem zielone banknoty o wysokich nominałach. Lubiła rozmawiać. Opowiadać. Żartować. Była z innego świata. Barwna. Niecodzienna. Wolna. Ostatnio widziałyśmy się kilkanaście lat temu. Przyjechała do wrzesińskiego liceum na zjazd z okazji rocznicy matury. Pamiętam, jak z dumą prezentowała koronkowe body, które zamierza włożyć pod sukienkę i żartowała z „sześćdziesięcioletnich chłopców”, z którymi będzie tańczyć do rana.
Pomyślałam wtedy, że chciałabym być kiedyś taka jak ona. I marzenie ma dużą szansę się spełnić. Jestem ciocią z Ameryki. Wysyłam paczki. Czasem wróżę z kart. I jeśli nawet nie noszę kapeluszy, to mam kota. A to sytuuje wysoko w rankingu ekscentryczności. Kiedy na emeryturę wrócę do Polski, będę opowiadać siostrzenicom i bratanicom anegdoty z nowojorskiego życia. O starym aktorze drugoplanowym, który chciał zostać moim mężem, kafejce, do której regularnie zagląda DiCaprio, mafijnych porachunkach na ulicy Mulberry, Johnie Tomola i jego skrętach z marihuany, łysym akordeoniście wygrywającym szlagiery dla znękanych gorącem turystów i wszystkich innych egzotycznych postaciach, które spotkałam w mieście za wielką wodą i czystą.
Jeśli ktokolwiek będzie chciał słuchać.

Weronika Kwiatkowska